Ślubowała, że nie opuści męża pijaka do śmierci. Jak mocno musi być zdemoralizowany katolicki Bóg, że takie ma oczekiwania [FRAGMENT]

"Artur Nowak i Marek Sekielski w tej szczerej do bólu książce rozmawiają o własnym 'trwaniu w życiu' - uzależnieniach, które doprowadziły ich na skraj przepaści, gdzie już nic się nie liczy: ani rodzina, ani praca, ani przyszłość. Liczy się jedno - zdobyć alkohol i się napić. I równie szczerze opowiadają o swoim leczeniu, mozolnej i krętej drodze prowadzącej do tego, żeby żyć naprawdę" - pisze wydawca. Przedpremierowo publikujemy fragment książki, która premierę będzie miała 31 sierpnia.

Artur Nowak, Marek Sekielski "Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba", Wydawnictwo Rebis - przeczytaj fragment:

Marek: Pamiętam seks po narkotykach, bo umówmy się, że alkohol nic wyjątkowego nie tworzy w tej materii. Natomiast narkotyki dawały poczucie takiej wyjątkowości, wyjątkowego podniecenia, wręcz duchowego doznania. Seks wchodził na zupełnie inny poziom. Nie trwało to jednak wiecznie. Dosyć szybko dostrzegłem zmianę. Organizm adaptował się i sfera tego mistycznego pożądania, które się pojawia po ecstasy czy innych stymulantach, po jakimś czasie była tylko i wyłącznie gdzieś w mojej psychice. Czułem psychiczne bardzo silne podniecenie i żądzę, a fizycznie nie byłem do tego po prostu zdolny. Głowa pragnęła, a ciało mówiło "nie". Miałeś od strony czysto fizycznej zaburzenia seksualne?

Artur: Tak. Po narkotykach, po amfie. Każdy wie, jak to działa.

Marek: To jest ta iluzja – bierzesz coś po to, żeby poczuć tę wyjątkową seksualną wibrację i zrealizować jakąś swoją fantazję w seksie, a de facto robisz sobie krzywdę, bo za chwilę ten seks zaczyna ci sprawiać kłopoty. Masz problemy z erekcją i całe wymarzone życie erotyczne zamyka się w twojej głowie.

Artur: Okradasz się, a zarazem zwalniasz tak naprawdę z kreatywności. Idziesz z nurtem i wydaje ci się, że dajesz partnerce coś niepowtarzalnego, a naprawdę to jest tak, że nic w tę relację nie wnosisz. I to jest zwodnicze. Bo jak zaczynasz eksperymentować z narkotykami w łóżku, wydaje się to bardzo atrakcyjne. Bez tego nie masz w tym łóżku nic do pokazania. Wszystko wydaje ci się słabe. Z czasem zachowujesz się jak szczur. Był zresztą taki eksperyment ze szczurami, które dotykały jakiegoś dającego im rozkosz urządzenia, i robiły to, dopóki nie zdechły. Słyszałeś o tym.

Nowa książka Ałbeny Grabowskiej 'Doktor Anna'Anna po studiach wraca do Warszawy. Towarzystwo Lekarskie widzi w niej kogoś, kto nigdy nie powinien leczyć

Marek: Tak. Ja jestem przekonany, że w ogóle nie da się zbudować prawdziwego związku po alkoholu ani po narkotykach. Będąc w nałogu, funkcjonujesz cały czas w świecie iluzji i takiego nieprawdziwego wyobrażenia tego związku. A pod tą mgiełką iluzji, pod nakryciem tej fantazji, nakryciem z narkotyku, z alkoholu, pod spodem w zasadzie nie ma nic. Jest pustka. Jest to samo, co w innych, zwykłych poalkoholowych relacjach z ludźmi. Uwielbiałem moje balangowe znajomości. Poznawałem kogoś na imprezie, to się z nim świetnie bawiłem, miałem doskonały kontakt i w ogóle bardzo go lubiłem. Zupełnie fizycznie czułem, że go bardzo lubię, zaprzyjaźniam się i jest supergość. Natomiast tu się pojawia to, o czym wcześniej wspominałem. Tydzień później jestem trzeźwy i myślę sobie o tych poznanych ludziach, i dociera do mnie, że w sumie nic o nich nie wiem. To jest jedna wielka fikcja.

I niestety trwałość relacji nawiązywanych przez uzależnionego jest bardzo wątpliwa. Dużo znam smutnych historii o związkach, które się rozpadały, gdy jedno z partnerów leczyło swoje uzależnienie. Bo często alkoholik współtworzył ten związek w trakcie czynnego uzależnienia, a już podczas terapii, uczciwie przyglądając się swojemu życiu, dochodził do wniosku, że to jednak "nie to". Partner, partnerka nie pociągają się, nie mają wspólnych pasji, łączników między sobą, brakuje tego związku właśnie. I takie pary się rozstawały. Nie dlatego, że ktoś sobie kogoś znajdował na boku, tylko dlatego, że ci ludzie robili taki uczciwy rachunek swojego życia i się okazywało, że ten związek jest udawany.

Artur: Znam mnóstwo przykładów współuzależnionych kobiet, które maskowały uzależnienie swojego partnera, usprawiedliwiały go przed rodziną, dziećmi. Opierały go, karmiły. Krótko mówiąc, stwarzały tym ludziom warunki do picia. Absolutnie nie przyjmowały do wiadomości patologii, w jakiej żyją. Kalkulowały sobie, że ten człowiek jednak zarabia jakieś pieniądze, że czasami jednak jest trzeźwy, kupi kwiaty na Dzień Kobiet, że czasem pojadą na jakieś wczasy. A więc żyjesz w mroku i pocieszasz się jakimiś przebłyskami światła, normalności, i to ci wystarcza. No i to wszystko uzasadnia się jakimiś wielkimi słowami: miłością, cnotą poświęcenia i tak dalej. Ja myślę, że taka sytuacja dość dobrze pozwala zrozumieć, o co chodzi w słowach, że człowiek, który nie kocha sam siebie, nie jest zdolny do dawania miłości drugiej osobie.

Zobacz wideo Piłeś? Nie wchodź do wody. To najgłupszy pomysł

Nie chcę nikogo urazić, nie mam kwalifikacji, żeby oceniać, czy dana relacja jest zdrowa czy nie, bo to jest subtelny temat. Bo łatwo komuś radzić z boku. No ale przychodzi taki moment, że trzeba sobie postawić proste pytanie, jakie mam o sobie zdanie, czy rzeczywiście zasługuję na upokorzenia, które znoszę, czy naprawdę kocham swoje dzieci, skoro wikłam je w te chore relacje. U nas to jest mocno podbudowane apoteozą cierpienia, że żona ma być cierpliwa, że przed Bogiem ślubowała, że nie opuści swojego męża pijaka do śmierci. Jak mocno musi być zdemoralizowany ten katolicki Bóg, że takie ma oczekiwania. To jakiś psychopata.

Marek: Ciężko taką rodzinę pozbierać do kupy.

Artur: Bardzo trudno. Jest takie ciekawe zjawisko, które się pojawia w rodzinach alkoholików po zerwaniu z alkoholem. Role w takich związkach zaczynają się przewracać do góry nogami. Jakieś utrwalone schematy, do których wszyscy się przyzwyczaili, przestają funkcjonować i trzeba wejść w nowe, z innymi zadaniami. Koledzy z AA opowiadali mi o takich paradoksach – i to nie były jednostkowe historie – kiedy kobiety mówiły do swoich mężczyzn i partnerów, którzy nagle zaczęli zdrowieć: "Kurwa, to ja już wolałam, jak ty piłeś". Okazuje się, że ci faceci zaczynają na trzeźwo przeżywać swoje emocje, nerwy, konfrontować się z problemami, no i te kobiety wypadają ze swoich ról gasicielek różnych domowych pożarów. Nagle mają czas dla dzieci, dla siebie, żeby o siebie zadbać, ale nie potrafią. Najzwyczajniej nie wiedzą, jak to jest iść z dzieciakami na spacer, do kosmetyczki, bo nie robiły tego od lat. Dzieciaki też nie kumają, o co chodzi, bo przyzwyczaiły się żyć samopas w czasie, gdy mama ogarniała sto problemów pijanego ojca.

Marek: Dla partnerki czy partnera albo dzieci osoby trzeźwiejącej to musi być piekielnie trudne.

Artur: Znam małżeństwa, które przeżyły naprawdę ciężki okres. Jeden koleś po pijaku wpadł pod samochód. Ledwo go odratowali. Nie dostał odszkodowania, bo okazało się, że ten wypadek był z jego winy. Leżał miesiącami po szpitalach ogarniany przez żonę i siłą rzeczy przestał pić, no bo w szpitalu pić nie wolno. No i jak koleś postawiony wielkim wysiłkiem żony na nogi zaczął dochodzić ze sobą do ładu, to związek się po prostu rozpadł. Nagle się okazało, że ten pijany codziennie typek ma jakieś priorytety, że coś poza wódką, którą pił latami, jest dla niego ważne. Ta kobieta miała olbrzymie pretensje, bo przecież poświęciła mu swoje najlepsze lata. No i można postawić dobre pytanie: Co tych ludzi tak naprawdę ze sobą łączyło? Okazuje się, że ta kobieta nie szukała partnera, ale kogoś, kogo uratuje. Nie wiem, z jakich powodów. Może miała taki przykład w domu, gdzie matka była służką taty, albo poczuła jakąś samarytańską misję. Jest też tak – ale to już temat na inną opowieść – że ludzie chcą być w związku za wszelką cenę.

Arkadiusz B. podczas rozprawyNie ma ciała - nie ma zbrodni? Mówił, że jest wnukiem Barei, odsiaduje dożywocie

Marek: Dokładnie na tym to polega. Alkohol, czyli konkurent do miłości, jest tak potężnym przeciwnikiem, że nie sposób z nim wygrać. Dopóki osoba uzależniona nie upora się z tym sama. Taka jest trudna prawda o tej chorobie. Dotykamy delikatnego kawałka – pomocy dla osób współuzależnionych. Odkąd publikuję na YouTubie, na kanale Sekielski o nałogach, rozmowy z uzależnionymi, dostaję mnóstwo wiadomości prywatnych. Sporą część stanowią pytania, a nawet prośby współuzależnionych kobiet. One wszystkie chcą natychmiastowego, prostego rozwiązania. Bardzo kochają tych swoich pijaków i walczą o nich ze wszystkich sił. Szukają im terapii, grożą, proszą. Robią to, co właśnie jest przeciwskuteczne. To nie ich wina. One kochają i chcą ratować. I czynią to jak w modelowym współuzależnieniu. Nie wiedzą, że pomaganie w ten sposób alkoholikowi nie jest dobrą metodą. Szukanie mu terapii, krycie jego błędów, wpadek, sprzątanie po nim brudów – to wszystko działa dokładnie odwrotnie. Bo to zdejmuje odpowiedzialność z jego barków.

Uzależniony, jeśli w ogóle chce się leczyć, musi sam o siebie zadbać, wziąć odpowiedzialność za to, co robił, i za to, co chce zrobić. W tym za swoje leczenie. Wyręczanie się innymi osobami, rodzicami, rodzeństwem czy partnerką, jest przeciwieństwem odpowiedzialności. Najlepszym rozwiązaniem jest okazanie twardej miłości. Pokazanie mu palcem: wypierdalaj. Ciężko mi to mówić, bo to najboleśniejszy temat w konfrontacji z osobami współuzależnionymi: wytłumaczenie im, że tak naprawdę najlepsze, co mogą zrobić, to okazać tej bliskiej osobie bardzo surową wersję miłości. Twarde warunki postawić i absolutnie nie głaskać, nie sprzątać brudów, nie naprawiać błędów, tylko dać jej ponieść konsekwencje własnych czynów. Często najskuteczniejsze jest spakowanie delikwentowi walizki i wyrzucenie z domu. Albo wyprowadzenie się samemu. Wiem, że to potwornie trudne, ale głaskanie po głowie i proszenie nie zadziała.

Artur: Tak. To jest zdrowe podejście. Ewa Woydyłło powiedziała Kasi Nosowskiej, która przyszła do niej, bo nie mogła sobie poradzić w relacji z alkoholikiem: "Zajmij się sobą". Jedyne, co można zrobić dla naszych pijanych partnerów, to postawić ich w sytuacji prostego wyboru. Kogo kochasz bardziej? Kochasz siebie, mnie, nasze dzieci czy flaszkę? To proste. Niestety często pojawia się tu zakłamywanie. Bo jak chuchasz, dmuchasz i ogarniasz pijaka czy narkomana, to tego wyboru go pozbawiasz, robisz mu krzywdę, nie dajesz mu możliwości, żeby poznał trochę inne życie, bez wsparcia z zewnątrz, w bałaganie, który sam się nie posprząta, bez tych wszystkich kół ratunkowych. Moja żona jeszcze przed ślubem taki wybór mi dała i bardzo jej za to dziękuję. To było niezwykle dojrzałe. Myślę, że byłem już w takim miejscu, że gorzej się nie da.

Marek: Da się. Zawsze, gdy się wydaje, że już nie można niżej upaść, da się dobić do dna i dalej kopać w tym mule od spodu. Uwierz mi.

Ogarnij się czyli jak wychodziliśmy z szambaOgarnij się czyli jak wychodziliśmy z szamba Rebis

Więcej o: