"Zdążyłam zabrać plecak, pelerynę i poszłam pełna wiary i oddania". Tak łączniczka "Zośki" wspomina wrzesień '39

"'Łączniczka 'Zośki'" to ważny głos w sprawie udziału kobiet w walce w czasie wojny. Bohaterka wspomnień jest dowodem na to, że rola kobiet była nieoceniona i nie ograniczała się jedynie do pomocy, wsparcia i łączności.

Danuta Rossman (z d. Zdanowicz) urodziła się w 1922 roku i wychowała w środowisku warszawskiej inteligencji. Jej młodzieńcze lata przypadły na okres wojny. Była harcerką i nieocenioną łączniczką Tadeusza Zawadzkiego "Zośki", ale przede wszystkim pełną życia dziewczyną. Największą radość czerpała ze spotkań z przyjaciółmi z liceum Batorego i gimnazjum Królowej Jadwigi. To byli bohaterowie "Kamieni na szaniec". Uwielbiała tańczyć i śpiewać. Choć powodzenie miała ogromne, to nade wszystko ceniła przyjaźń.

W czasie wojny brała udział w licznych akcjach zbrojnych, walczyła w Powstaniu Warszawskim, a po jego zakończeniu przebywała w obozach jenieckich na terenie Niemiec. Po wojnie wraz z mężem, Janem Rossmanem, kontynuowali pracę nad rozwojem działalności harcerstwa w Polsce i za granicą, mając na niego kluczowy wpływ.

Zobacz wideo "Pierwszego Niemca, hitlerowca, zabiłem mając lat 14"

Książka Doroty Majewskiej i Aleksandry Prykowskiej, która ukazała się 25 sierpnia, to autoryzowany zapis życia Danuty Rossman wzbogacony o dotąd niepublikowane dokumenty i fotografie.

Dorota Majewska. Aleksandra Prykowska "Łączniczka 'Zośki'", Wydawnictwo MUZA S.A. - fragment: 

W dniu wybuchu wojny byłam w Olesinku. Pamiętam dobrze pierwsze dni. Mama wysłała nas na wschód. Załadowaliśmy się na bryczkę: ciocia Anna, Baśka, Przemek, Józef Wilnianin, który pracował w Olesinku, i ja. Dojechaliśmy do Wisły i stało się jasne, że ewakuacja nie ma sensu. Mama powiedziała: "Warszawa będzie się bronić". Jako harcerka chciałam walczyć. Powstał problem, kto otoczy opieką ciotkę i Baśkę. Wtedy 13-letni Przemek w obecności naszej mamy powiedział: "Danka, ja cię zastąpię, a ty jedź do Warszawy". I mama się na to zgodziła. Do dzisiaj myślę, że to było wielkie bohaterstwo z jej strony. Wybrałam walkę.

Pogotowie Wojenne Harcerek

Olesinek opuściłam 7 września. Wsiadłam do kolejki, która dowiozła mnie do Piaseczna. Stamtąd już piechotą dotarłam na Grottgera. Taty i wuja nie zastałam w domu. Na wezwanie pułkownika Umiastowskiego ruszyli na wschód, aby wstąpić do wojska. Zdążyłam zabrać plecak, pelerynę i poszłam pełna wiary i oddania. Ze zgrozą wspominam walące się domy, ogień, gruz i jęki rannych. Biegałam, roznosząc opatrunki. Nie odczuwałam zmęczenia. Byłam potrzebna. Pełniłam nocne dyżury w Szpitalu Ujazdowskim. Pamiętam, że chodziłam w trampkach, aby stukaniem obcasów nie zakłócać spokoju rannym. Ale kiedy opuszczałam szpital, marzły mi nogi. Prosto po nocnym dyżurze rano biegłam się uczyć. W Pogotowiu Wojennym Harcerek pomagałyśmy więźniom, wysyłając im paczki żywnościowe, oraz rodzinom uwięzionych i straconych. Już w pierwszych dniach okupacji hitlerowskiej do Warszawy zaczęli napływać ranni uchodźcy. Mogłyśmy się wykazać nabytymi umiejętnościami w niesieniu pomocy. Naszym zadaniem było również przeszkolenie sanitarne nowicjuszek. Uważam, że byłyśmy dobrze przygotowane. Natomiast Pogotowie Wojenne Harcerzy zorganizowano w ostatniej chwili. Kierownictwo objął Florian Marciniak. Obydwa Pogotowia pełniły służbę frontową. Chłopcy walczyli z pożarami, odgruzowywali zasypanych, dostarczali rannych do punktów sanitarnych i grzebali zabitych. Pamiętam, że do 1943 roku zwłoki pomordowanych na Pawiaku przewożono do prosektorium na Oczki (Śródmieście), skąd rodzina mogła je odebrać. Po 43 roku zwłok nie wydawano nikomu. Grzebano je dyskretnie pod płotami cmentarzy.

Felice Schragenheim i Elisabeth Wust - sierpień 1944 roku (z lewej) i Felice Schragenheim w 1941 rokuByła całkiem przeciętną niemiecką nazistką. Potem zakochała się w Żydówce i wszystko się zmieniło

Tajne komplety

Koledzy z Batorego zdali maturę przed okupacją. Mój rocznik już nie miał tego szczęścia. Jednak szkoła zorganizowała tajne komplety, które bardzo rzetelnie funkcjonowały. Wydaje mi się, że tajna nauka, jak mówiliśmy: nauka "po cichu", trwała już od października 39 roku. Solidne lekcje w mieszkaniach prywatnych. Jednym z nich było mieszkanie Hali Glińskiej przy Bagateli 15 (Plac Unii Lubelskiej w dzielnicach Śródmieście i Mokotów). Musieliśmy dobrze ćwiczyć pamięć. Książki, zeszyty, notatki – rzeczy zakazane! Zapiski na niewielkich karteczkach, łatwych do ukrycia, robiliśmy w napięciu. W każdej chwili mógł wtargnąć patrol niemiecki i wtedy… w najlepszym razie groziło nam aresztowanie. W trakcie wykładu trzymałyśmy robótki ręczne dla niepoznaki. Zawsze w pogotowiu stały kubki z herbatą, świadczące o spotkaniu towarzyskim. Za tajne nauczanie można było zostać rozstrzelanym albo trafić do obozu. Jeden z kompletów prowadzonych przez wspaniałą polonistkę panią Annę Białokurową z Królowej Jadwigi został zdekonspirowany. To była bardzo inteligentna i mądra kobieta. Zdobywaliśmy wiedzę za cenę bezpieczeństwa. Każdy z nas ryzykował swoje życie.

W czasie wojny studiowałam na Wolnej Wszechnicy Polskiej. Dostałam się tam dzięki Hance Zawadzkiej. To były tajne komplety. Wyższa uczelnia, kierunek humanistyczny. Pamiętam, że wykłady z historii prowadziła pani Helena Radlińska, wybitna pedagog i działaczka niepodległościowa. Z pochodzenia Żydówka. Groziło jej przejście do getta. Hanka Zawadzka miała dobre kontakty z siostrami urszulankami i u nich umieściła panią Helenę. Tam mogła spokojnie przetrwać całą okupację. Chorowała, ale udzielała nam lekcji, leżąc w łóżku. Odwiedzałam ją u sióstr urszulanek na Powiślu. Klasztor mieścił się przy ulicy Gęstej. Bywał tam też profesor Kula, który potajemnie wykładał historię.

Studiując, nie miałam żadnego konkretnego zawodu na myśli. Najbardziej interesowały mnie sprawy społeczne. Naukę traktowałam bardzo poważnie, jednak akcje organizacji "Wawer" stanowiły dla mnie priorytet. Wolałam działać z chłopcami. Polecenia wydawane przez Hankę Zawadzką wykonywałam rzetelnie. Jednak na tamtym etapie działania chłopców uważałam za ważniejsze. Bezpośrednio narażali swoje życie i chyba dlatego chciałam im pomagać. Czułam też powinność wspierania ich w tak trudnych przedsięwzięciach.

Już we wrześniu 39 roku przy poparciu prezydenta Stefana Starzyńskiego powstał w Warszawie Stołeczny Komitet Samopomocy Społecznej. Tworzyły się punkty pomocy w urzędach, szkołach i domach prywatnych, przyjmujące bezdomnych. Pamiętam, że zbierałam odzież zimową dla żołnierzy w stalagach. Robiłam też na drutach czapki i szaliki dla dzieci. Im, najtragiczniejszym ofiarom wojny, szczególnie należało pomagać. Nierzadko wygrzebane z gruzów, brudne, głodne, wystraszone i bezradne znajdowały ciepłe miejsce i opiekę dzięki wsparciu ludności cywilnej i harcerzy. Niemowlęta, najczęściej sieroty, umieszczano w słynnym domu Baudouina przy ulicy Nowogrodzkiej 75, w którym początkowo pracowałam z Halą Glińską. Tam odbyłyśmy szkolenia sanitarne pod kierunkiem dr Marii Śliwińskiej. Wszystkie harcerki z naszej drużyny uczyły historii i geografii Polski. Opiekowały się też więźniami z Pawiaka.

Pogotowie Harcerzy

Komisarzem Pogotowia Harcerzy został Lechosław Domański, ps. "Zeus". Władze wojskowe zadecydowały, że młodzież męska nieobjęta służbą wojskową, a zdolna do noszenia broni, ma ruszyć na wschód i tam ewentualnie zostać wcielona do wojska. Sprawą ewakuacji harcerzy przed wojskami niemieckimi zajął się Domański. Rankiem 7 września 1939 roku ruszył z Warszawy pieszy batalion składający się z ponad pięciuset starszych harcerzy. Wśród nich byli: Tadeusz Zawadzki, Janek Bytnar, Alek Dawidowski, Leszek Grzywaczewski i inni chłopcy z "Pomarańczarni". Zanim doszli do Włodawy, okazało się, że polskie oddziały już opuściły to miasto. W Chełmie Lubelskim doszła do nich wiadomość, że na wschodnie tereny Polski wkroczyły wojska sowieckie. Stąd po ostatniej odprawie nastąpił powrót małymi grupkami do Warszawy. Ta dwutygodniowa wędrówka okazała się bezsensowna. Żal było straconego czasu, kiedy Warszawa potrzebowała pomocy. Po powrocie z tej "wrześniowej wycieczki", jak Tadeusz nazywał marsz na wschód, dał się zauważyć i odczuć tragizm okupacji niemieckiej. Leszek Grzywaczewski tak snuje swoje wspomnienia:

Pierwsze tygodnie w okupowanej Warszawie były okropne. Zawalił się cały nasz świat i nie wiedzieliśmy, jak sobie znaleźć miejsce w nowej rzeczywistości. Spotykaliśmy się u Tadka Zawadzkiego lub u mnie w domu i zastanawialiśmy się, co robić. Byliśmy gotowi włączyć się do walki z okupantem, ale na razie nie wiedzieliśmy jak. Poza tym panował głód, drożyzna, brak pieniędzy. Trzeba było zacząć zarabiać

Zofia PosmyszPrzetrwała Auschwitz. "Dźwiganie nieprzytomnych to był koszmar"

Ustalono, że będą produkować marmoladę ze śliwek. Pomysł dobry, kiedy nie było czym smarować chleba. Po towar popłynęli barką: Tadeusz, Janek Bytnar, Jurek Kozłowski i Lechosław Domański. Przywieźli wory owoców i zaczęli produkować marmoladę w kotle do gotowania bielizny. Do słodkiego przedsięwzięcia dołączyły Hanka Zawadzka i Urszula Głowacka. Dla laików nie było to łatwe zadanie. Gorący mus śliwkowy kipiał, pryskał i parzył ręce, czasem po łokcie. Chłopcy jednak nie przestawali myśleć o tym, żeby zrobić coś konkretnego. Harcerki sanitariuszki opatrywały w szpitalach rannych żołnierzy, a harcerzom z "wycieczki wrześniowej" udało się wstąpić do organizacji Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej (PLAN). Tadeusz z Leszkiem Grzywaczewskim na początku powielali numery "Biuletynu Polskiego". Robili to w różnych mieszkaniach, także u Leszka. Jeden z założycieli PLAN-u Jerzy Drewnowski wspominał, że "naturalnym przywódcą grupy był Tadeusz Zawadzki". Alek Dawidowski wykazywał się niezwykłą aktywnością. Do akcji PLAN-u należało niszczenie niemieckich afiszy propagandowych. Na początku listopada wydano ogłoszenia informujące o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa. Głośne stało się to, co Tadeusz ze swoją grupą nalepiał na tych proklamacjach:

Marszałek Piłsudski powiedziałby: a my was w d… mamy

Pomysłodawcami i autorami tekstu byli Kazimierz Kott i Jan Sterling. Tysiąc takich nalepek wydrukowali w mieszkaniu Jurka Masiukiewicza: Jurek, Tadeusz, Janek Bytnar i Andrzej Zawadowski. Aby ośmieszyć kobiety sypiające z okupantem, produkowali nalepki o treści:

Kobiety chodzące z Niemcami zawiadamia się, że miejsca w domach publicznych są jeszcze wolne

Lechosław Domański "Zeus", który był członkiem Głównej Kwatery Harcerzy, zamierzał uporządkować sprawy "Pomarańczarni", aby móc całkowicie oddać się działalności w Głównej Kwaterze. W listopadzie "Zeus" zwołał zebranie dla Tadeusza, Janka Bytnara, Janka Wuttke, Alka Dawidowskiego, Jurka Masiukiewicza, Jacka Tabęckiego i Andrzeja Zawadowskiego. Szefem tej starszoharcerskiej siódemki wybrany został Tadeusz. Znalazł swoje powołanie. Wzrastał na wielkiego wodza. "Zośka" i jego koledzy w grudniu zrezygnowali ze współpracy w PLAN-ie. Można powiedzieć, że szczęście im dopisało, ponieważ w styczniu 1940 roku była wielka wsypa, skutkiem której aresztowano członków PLAN-u, a także ich rodziny. Większość z nich straciła życie. Tadeusz, wspominając wrześniowy marsz, uznał, że choć wydawał się on bezsensowny, miał też swoje dobre strony. "Wycieczkowicze wrześniowi" mogli się lepiej poznać. Tadeusz był świetnym obserwatorem i kiedy zrozumiał swoją rolę, wiedział, kogo chce mieć przy swoim boku.

Lączniczka 'Zośki'Lączniczka 'Zośki' Wydawnictwo MUZA S.A.

Więcej o: