"Z rozrzewnieniem wspominam nagranie muzyki do 'Pana Tadeusza'. Byliśmy proszeni, żeby najpierw nagrać poloneza..."

"Mówi o swoim życiu i spotkaniach z 235 orkiestrami, którymi dyrygował na niemal wszystkich kontynentach. Swojej książki nie kieruje jednak tylko do melomanów, lecz także do osób, którym muzyka poważna wydaje się skomplikowana lub trudna. Dzięki tej lekturze stanie się ona przystępna i zrozumiała. Czytelnicy będą też mogli odkryć rolę dyrygenta - artysty we fraku, stojącego przed orkiestrą, który wraz z muzykami realizuje własną koncepcję utworu zapisanego w partyturze" - mówi o książce "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" Wiesław Ochman. To wywiad rzeka z Antonim Witem, światowej sławy polskim dyrygentem.

W 1971 roku otrzymał II nagrodę w prestiżowym Międzynarodowym Konkursie Dyrygenckim Herberta von Karajana w Berlinie Zachodnim. Wielokrotnie sprawował funkcję dyrektora naczelnego lub artystycznego krajowych i zagranicznych orkiestr, m.in.: Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach (1983-2000), Filharmonii Narodowej w Warszawie (2002-2013), Orquesta Filarmónica de Gran Canaria (1987-1992). Wśród licznych nagród, wyróżnień i odznaczeń, jakie otrzymał, są: Fryderyk (2002), Grammy (2013), Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2011), Order Narodowy Legii Honorowej przyznawany przez Republikę Francuską (2015). Występował niemal na całym świecie, dyrygując najlepszymi orkiestrami.

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci", Czytelnik - fragment:

Ma pan na swoim koncie bardzo wiele nagrań, zarówno archiwalnych (dla Polskiego Radia), jak i płytowych. Według statystyk wydał pan ponad dwieście pięćdziesiąt płyt.

To prawda, ale bardziej niż liczba cieszy mnie ich nakład.

Ponad sześć milionów egzemplarzy!

Byłem zaskoczony, gdy kilkanaście lat temu zapytałem o stan sprzedaży moich nagrań i dowiedziałem się, że zostało sprzedanych ponad pięć milionów płyt, na których jest choćby jeden utwór pod moją batutą. Niektóre z nich, na przykład "Moją ojczyznę" Smetany, sprzedano w nakładzie stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy, zaś "III Symfonia" Góreckiego rozeszła się w ćwierć milionie egzemplarzy. To wielka zasługa firmy Naxos, która ma wspaniałą dystrybucję. Na całym świecie, ale zwłaszcza w Japonii, przychodzą do mnie po koncercie słuchacze z prośbą o autografy na tych płytach. Ostatnio pojawił się meloman, który miał ich aż trzydzieści sześć! A kompletnym zaskoczeniem był dla mnie list napisany przez marynarza z amerykańskiej łodzi podwodnej, który pochwalił się kolekcją moich płyt. Jest to dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji. Dzięki temu dostaję recenzje z całego świata, zresztą bardzo pozytywne. Ale ile było płyt tak naprawdę, to nie wiem. Bo czasem wydawane są następne, będące kompilacją poprzednich. Zdarza się, że po koncercie przychodzi ktoś, kto ma taką moją płytę, jakiej jeszcze nie widziałem!

Pana przygoda z nagraniami zaczęła się w Krakowie.

Prawda jest taka, że tak jak się cieszyłem, że zaczynam pracę w Krakowie w orkiestrze radiowej, to z niepokojem myślałem, że będę musiał robić nagrania. Nagrywanie nie sprawiało mi przyjemności.

Dlaczego?

Bo nagra się coś, a później po przesłuchaniu zawsze okazuje się, że można było to zrobić lepiej. A jak później poprawić? Przyznam się, że bardzo mało jest takich nagrań, z których byłbym w pełni zadowolony. To mi zresztą zostało do dziś. Zdaję sobie sprawę, że nagranie jest zależne od wielu czynników. Na przykład gdy orkiestra wypada idealnie, to śpiewak jest już zmęczony. Takich sytuacji jest wiele. I trzeba wybierać.

Nagrania to kompromisy artystyczne?

W większości. Nie bez zazdrości przeczytałem w wywiadzie z jednym z naszych dyrygentów, który na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zrobił serię nagrań wysoko ocenionych przez środowisko muzyczne i krytykę, że on po trzydziestu latach od dokonania nagrania nie zmieniłby w nim ani jednej nuty. Szczęśliwy człowiek…

XIV MIEDZYNARODOWY KONKURS PIANISTYCZNY IM. F. CHOPINA - MARTHA AGRICHUciekła tuż przed wejściem na estradę. Wróciła i wygrała - tak zaczęła się kariera najlepszej pianistki świata

Po Krakowie został pan szefem WOSPR-u w Katowicach, też orkiestry radiowej. I znowu musiał pan nagrywać.

W WOSPR-ze to już było co innego. Tam bowiem bardzo często otrzymywaliśmy propozycje nagrywania płyt. Więc nie dość, że nagrywałem dla radia, to jeszcze na płyty. W Krakowie, owszem, nagrałem jedną płytę, bardzo piękną, są na niej "Harnasie" Szymanowskiego, ale w Katowicach tych propozycji płytowych było znacznie więcej. Warto pamiętać, że nagrania płytowe były wówczas bardzo intratnym rodzajem działalności wielu orkiestr. W czasach socjalistycznych dawało to dodatkowe zarobki orkiestrze, co było jeszcze ważniejsze niż teraz. Płyty były dodatkowo płatne i to początkowo dobrze płatne. Muzycy orkiestrowi chcieli nagrywać jak najwięcej. Dlatego kiedy byłem dyrektorem w Katowicach, starałem się, aby nagrania płytowe pojawiały się w dużej ilości…

…filmowe także.

Nigdy wcześniej nie nagrywałem muzyki filmowej, ale okazało się to dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Przede wszystkim były to kompozycje Wojciecha Kilara, a czasem także i innych twórców. Dało mi to okazję spotkania z wybitnymi reżyserami, na przykład z Andrzejem Wajdą, z Krzysztofem Zanussim, z Kazimierzem Kutzem. Z rozrzewnieniem wspominam nagranie muzyki do "Pana Tadeusza", bo Wajda, chociaż się przyznawał, że do muzyki nie ma specjalnego ucha, zawsze poczytywał sobie za punkt honoru, żeby stawić się na nagraniach. Zresztą muzyka do "Pana Tadeusza" jest świetna. Byliśmy proszeni, żeby najpierw nagrać poloneza, Wajda na to nagranie przyjechał, a my nie przypuszczaliśmy, że ten polonez stanie się później takim przebojem.

Wojciech Kilar komponował też muzykę do wszystkich filmów Zanussiego. Pamiętam historię, którą opowiedział mi Kilar. Zanussi kiedyś tak się do niego zwrócił: "Wojtku, żebyś ty mi napisał tak piękną muzykę jak do 'Pana Tadeusza'". A Kilar na to: "A ty, Krzysiu, żebyś mi zrobił tak dobry film jak 'Pan Tadeusz'". Zanussi opowiada zresztą tę historię także na swoich spotkaniach, czego byłem świadkiem…

(...)

Istnieją nagrania, których się pan wstydzi?

Wstydzi… hm…wolałbym nie używać tego słowa, ale czasem trzeba.

Na przykład?

Nagrania sponsorowane z solistami nie najwyższych lotów. Były one korzystne finansowo dla orkiestr, którymi wówczas kierowałem.

Dziś by się pan już na to nie zgodził?

Gdy byłem dyrektorem orkiestry i miałem propozycję, która była korzystna dla orkiestry, nie miałem prawa odmówić. Tak uważałem. Pamiętam, gdy byłem z zespołem w Libanie, miejscowy milioner chciał zorganizować z naszym udziałem dodatkowy, niezbyt prestiżowy koncert. Odmówiłem wówczas, co nie spodobało się mojemu zespołowi. Cofnąłem więc tę decyzję, ale okazało się, że libański meloman i tak nie chciał przeznaczyć na ten koncert niezbędnej kwoty.

Sporo z pańskich nagrań zajmuje muzyka polska. Ma pan szczególny stosunek do rodzimych kompozytorów?

Na pewno tak, ale nie będę opowiadał, jak niektórzy kandydaci na medycynę, że już od młodości z entuzjazmem kroili żaby. Jednym z głównych moich zadań jako szefa orkiestr radiowych było nagrywanie muzyki polskiej. Musiałem więc tę muzykę polubić i to mi się udało. Uważam, że jest to muzyka warta wykonywania i utrwalenia. Poza tym jeśli my, Polacy, jej nie nagramy, to kto to zrobi? Chętnie nagrywałem nie tylko polską muzykę XX wieku, ale także starszą, na przykład utwory Moniuszki czy Karłowicza. Teraz moje nagrania z muzyką polską często zdobywają uznanie, jestem zapraszany za granicę właśnie po to, żebym wykonywał polskich kompozytorów. Mam bardzo miłe wspomnienia z "II Symfonią" Szymanowskiego, którą dyrygowałem z Filharmonią Berlińską w Buenos Aires w Teatro Colón, São Paulo, Tokio i na Wyspach Kanaryjskich. Utwór jest bardzo trudny i prawdę mówiąc, ilekroć przychodzi propozycja, żebym znowu nim dyrygował z orkiestrą, z którą nigdy wcześniej nie grałem, to już drżę, co to będzie. Zazwyczaj proszę organizatorów, aby uprzedzić muzyków, że to jest zadanie bardzo skomplikowane. I to mi nawet trochę ułatwia sprawę. Bo jak przychodzę na pierwszą próbę do nieznanej orkiestry, na ogół muzycy oczekują, że powiem: "Bardzo się cieszę, że tutaj jestem". Wobec tego ja zaczynam: "Proszę państwa, jeszcze nie wiem, czy będę się cieszył, że tutaj jestem, ponieważ otrzymaliście państwo symfonię bardzo trudną do grania. Być może okaże się, że będę zadowolony. To nie ja wybrałem, to dyrekcja, więc proszę nie mieć do mnie pretensji". A ponieważ uprzedzam tę orkiestrę z góry, że to jest bardzo trudne, to z przyjemnością zauważam, że na ogół muzycy biorą to sobie do serca, przychodzą przygotowani na próbę i po paru dniach mogę im już powiedzieć: "No, teraz to już czuję, że jestem szczęśliwy, że tutaj pracuję".

Zobacz wideo Woronowicz, Ostaszewska, Modzelewski i Kuna o filmie "Teściowie" [Popkultura Extra]

Panie profesorze, jak pan teraz, po latach, patrzy na twórczość Karola Szymanowskiego? Pytam dlatego, że jest pan uważany za niezwykłego interpretatora jego muzyki, wiele jego utworów zarejestrował pan na płytach.

Powiem krótko: muzyka Szymanowskiego jest niełatwa nie tylko do wykonania, ale i w odbiorze.

Dlaczego tak pan uważa?

Bo jest to muzyka szalenie skomplikowana. Z wyjątkiem jego ostatnich pozycji, a zwłaszcza "Stabat Mater", które jest odmienne od wszystkiego, co napisał. Jeśli biorę na przykład taką II czy III Symfonię, nawet IV Symfonię, zawsze zastanawiam się, co tam trzeba przede wszystkim zaakcentować. Jakie tematy czy kontrapunkty powinienem wydobyć z partytury, w jakich instrumentach powinienem je pokazać głośniej, a w jakich ciszej, by słuchacz nieznający utworu mógł sobie wyrobić do niego indywidualny stosunek. Tego typu muzyka zawsze z większym trudem przebija się do wrażliwości odbiorców i oczywiście wymaga sporego osłuchania, zanim się ją polubi. Na przykład taka "III Symfonia". Znam ją na wylot, dyrygowałem z pamięci od wielu lat, a dopiero po dziesięciu latach uświadomiłem sobie, że jest ona o wiele piękniejsza, niż sądziłem. Udało mi się dotrzeć, jak sądzę, do istoty tej muzyki. No więc jeżeli dyrygent znający ten utwór na wylot ma takie kłopoty z zaprzyjaźnieniem się z tym utworem, to cóż dopiero słuchacz, który z reguły słyszy utwór zaledwie kilka czy kilkanaście razy, a może dopiero pierwszy raz. Poza tym instrumentacja Szymanowskiego stawia przed wykonawcą bardzo trudne zadania. Można by zaryzykować twierdzenie, że nie był on mistrzem w tym zakresie, ale jestem nader ostrożny z wystawianiem krytycznych ocen takim wybitnym postaciom.

Frederic Apcar and Florence Waren with the singer Edith Piaf"Madame Piaf i pieśń o miłości". Opowieść o kobiecie, która żyła tak, jak śpiewała - by niczego nie żałować [FRAGMENT]

Szymanowski to nie była miłość od pierwszego wejrzenia?

Była. Od pierwszej chwili pokochałem "I Koncert skrzypcowy" (z nagrania Eugenii Umińskiej i Grzegorza Fitelberga). To jest fantastyczna muzyka. Zawsze będę wspominał film Andrzeja Wajdy "Panny z Wilka", któremu towarzyszy muzyka właśnie z tego koncertu. Wspaniale dobrana, uwypuklająca atmosferę obrazu. Zresztą Andrzej Wajda mi powiedział, że to Stanisław Radwan pomógł mu dobrać fragmenty – i zrobił to fantastycznie. Ta muzyka fenomenalnie towarzyszy temu filmowi. Niestety, ten koncert najbardziej podoba mi się, kiedy nim dyryguję i skrzypek jest przy mnie. Na sali trudniej o takie wrażenie (przyczyna w poprzednim akapicie…), nie zawsze partia skrzypiec może przebić się przez instrumentację orkiestry.

Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierciDyrygowanie. Sprawa życia i śmierci mat. Wydawnictwa Czytelnik

Więcej o: