"Madame Piaf i pieśń o miłości". Opowieść o kobiecie, która żyła tak, jak śpiewała - by niczego nie żałować [FRAGMENT]

Edith Piaf to ucieleśnienie odwagi i miłości. Nie bała się skrajności zarówno w swojej sztuce, jak i w życiu. Żyła tak, jak śpiewała - by niczego nie żałować. Prezentujemy przedpremierowy fragment powieści Michelle Marly "Madame Piaf i pieśń o miłości", którą na język polski przetłumaczyła Ewa Mikulska-Frindo.

Paryż, 1944. Po zakończeniu niemieckiej okupacji znana piosenkarka Edith Piaf zostaje oskarżona o kolaborację z wrogiem i obawia się zakazu występów. Podczas gdy desperacko próbuje udowodnić swoją niewinność, poznaje utalentowanego młodego piosenkarza Yves’a Montanda. Edith zostaje jego mentorką, a z czasem kochanką. To właśnie związek z Yves’em inspiruje Edith do napisania piosenki, która uczyni ją legendą – La vie en rose. Ich romans jest burzliwy, ale Edith wie, że każda wielka miłość musi zostać okupiona łzami. Prezentujemy przedpremierowy fragment książki Michelle Marly "Madame Piaf i pieśń o miłości", która w przekładzie Ewy Mikulskiej-Frindo ukaże się nakładem wydawnictwa Znak 16 września. To kolejna pozycja z serii "Wyjątkowe kobiety".

Zobacz wideo Miłość i muzyka łączą się nie tylko w piosenkach. Uczucie doprowadziło niektóre zespoły do rozpadu

Michelle Marly, "Madame Piaf i pieśń o miłości", tłum. Ewa Mikulska-Frindo

– Nazwisko?

Policjant, rozpaczliwie walcząc o autorytet, próbował nadać swojemu głosowi głęboki ton. Był jeszcze bardzo młody, na ramieniu nosił opaskę Francuskiej Partii Komunistycznej. Od wyzwolenia komuniści obsadzali kluczowe stanowiska w paryskiej administracji mimo okazywanego publicznie niezadowolenia generała de Gaulle’a. Lewicy przynajmniej nikt nie mógł przypisać powiązań z faszystami z rządu Vichy, a w tej chwili nikt dokładnie nie wiedział, kto rzeczywiście z kim kolaborował. Członkowie politycznego ramienia ruchu oporu również byli bez zarzutu, mimo to lewica zyskiwała przewagę. Jednakże ci w większości młodzi mężczyźni nie poznali w życiu zbyt wiele poza walką o wolność i byli tak samo słabo przygotowani do przesłuchania gwiazdy estrady jak do życia w czasie pokoju.

– Edith Giovanna Gassion.

Z gorzką ironią śledziła reakcję rozmówcy. Dało się odczuć jego zdenerwowanie. Jej nazwisko rodowe wywołało taką dezorientację, że nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język.

Faceci tego pokroju obsesyjnie starali się nie sprawiać wrażenia słabych ani co gorsza głupich. Czy brała udział w czystkach przeciw kobietom, którym zarzucano, że uprawiały „kolaborację horyzontalną"? Mężczyźni robią czasem straszne rzeczy, żeby zachować wizerunek twardziela. W młodości na placu Pigalle obserwowała aż nadto takich kogucich walk. Najwyraźniej chodziło o to, żeby poniżać kobiety, golić im głowy, odzierać je z ubrań, opluwać, bić i gwałcić. W dwóch pierwszych dniach po wyzwoleniu Paryża motłoch szalał i mścił się przede wszystkim na kobietach jak bez mała jakobini po rewolucji. Tacy byli mężczyźni, kiedy czuli żądzę krwi. Jak dobrze, że ona zdołała się od tego uchronić. Do teraz.

Szukała spojrzenia rozmówcy.

– Nazywam się Edith Giovanna Gassion – powtórzyła.

Młody mężczyzna wskazywał palcem żółtym od nikotyny na wezwanie, które wręczyła mu przy wejściu. Właśnie ten dokument dostarczono jej do hotelu Alsina. Teraz leżał między nimi na stole.

– Dlaczego tu jest napisane madame Edith Piaf?

Znajdowali się w małym, prawie nieumeblowanym i skąpo oświetlonym pomieszczeniu. Maleńkiego okienka pewnie nie myto od lat, panował tu taki zaduch, że może nawet przez ten czas nawet nikt go nie otworzył. Edith zastanawiała się, dlaczego jest takie brudne, przecież Niemcy uchodzili za przesadnie czystych i porządnych. Może Szkopy wykorzystywały atmosferę w tym pokoju przesłuchań, żeby wywierać presję na oskarżonych lub żeby przynajmniej pozbawić ich pewności siebie, a może nawet wykończyć. Bez wątpienia próbowano to zrobić z nią.

– Edith Piaf to mój pseudonim artystyczny – wyjaśniła, walcząc o oddech. – Wymyślił go dla mnie siedem lat temu tekściarz Raymond Asso. Moje rodowe nazwisko brzmi Edith Giovanna Gassion.

– Data i miejsce urodzenia?

– Dziewiętnasty grudnia tysiąc dziewięćset piętnastego roku w Paryżu.

Policjant sporządzał notatki w świetle, które okrągła lampa rzucała na dokumenty.

– Rodzice?

– Co proszę?

Podniósł na chwilę wzrok.

– Jak nazywają się pani rodzice? Kim są? Czym się zajmują? Gdzie mieszkają?

O co chodzi? Jestem za stara, żeby pytano mnie o rodziców, i mam dość troszczenia się o nich, robię dla nich więcej, niż oni kiedykolwiek zrobili dla mnie.

Mimo niechęci odpowiadała na zadawane pytania:

– Mój ojciec nazywał się Louis Alphonse Gassion, był artystą cyrkowym, a poza tym służył w osiemdziesiątym dziewiątym Pułku Piechoty w Sens – dodała. Nieważne, czy miał dla armii jakieś specjalne zasługi, bo nie miał, po prostu uznała, że w tej sytuacji wojskowa przeszłość ojca może jej pomóc. – Umarł w marcu tego roku na raka płuc. – Przełknęła ślinę, ponieważ śmierć ojca nagle ją dotknęła. Mimo wszystko. Był przecież jej ojcem i dbał o nią lepiej niż matka. Właściwie był całkiem zabawny, przynajmniej dopóki wystarczająco dobrze zarabiał na jej występach. Aż do końca. O pogrzeb zatroszczył się w jej imieniu Henri Contet, rachunki opłaciła sama.

Jej rozmówca kiwnął głową, notując. Potem spojrzał na nią wyczekująco.

– Moja matka Annetta Giovanna Maillard urodziła się czterdzieści dziewięć lat temu we włoskim portowym mieście Livorno. Kiedy śpiewa, nazywa się Line Marsa. Ale z tego, co wiem, nie robi już tego zbyt często.

Niektórzy ludzie twierdzili, że głos ma jeszcze piękniejszy niż córka, ale tego Edith nie powiedziała.

– Mieszkacie razem?

Z jej gardła wydobył się gorzki śmiech. Nie był skierowany do młodego policjanta.

– Nie mam pojęcia, gdzie mieszka moja matka. Może pan jej szukać w schroniskach dla bezdomnych albo w więzieniu. Gdzieś tam musi być. Zazwyczaj dowiaduję się przez policję, gdzie jest. Znów narobiła kłopotów, za dużo wypiła lub wzięła narkotyki. Czasami pojawia się, kiedy potrzebuje pieniędzy, ale tego już dawno nie robiła.

Urzędnik pisał, nie śpieszył się.

Najchętniej przerwałaby mu tę czynność i zapytała o powód wezwania, lecz wewnętrzny głos przypomniał jej, że powinna zachować ostrożność. Kiedyś była już w podobnej sytuacji, gdy policja przesłuchiwała ją godzinami z powodu zabójstwa Louisa Lepléego i trzymała w areszcie przez dwa dni. Była wtedy naiwna, szalała i zanosiła się płaczem, choć w ten sposób oczywiście nie mogła dowieść swojej niewinności. Mimo że wypuszczono ją z braku dowodów, sprawa przykleiła się do niej jak listek do mokrej podeszwy. Teraz chciała być mądrzejsza i zachować się spokojniej. Co oznaczało, że musi wykazać się cierpliwością, nawet jeśli przychodziło to z cholernym trudem.

– A mąż?

Odpowiedź była prosta:

– Jestem niezamężna.

– Dzieci? – drążył dalej, jakby jej nie słyszał.

Z tym pytaniem się nie liczyła, bolało dużo bardziej niż wspomnienia o śmierci ojca i zaniedbania ze strony matki. Od prawie dwunastu lat był w jej życiu człowiek, o którym nigdy nie mówiła, a który wrył się w jej serce na zawsze.

Śpiewała na placu Pigalle, oczywiście Montmartre był dużo lepszym otoczeniem niż robotnicze i imigranckie Belleville, z którego pochodziła. Chłopiec na posyłki Louis Dupont był przyzwoitszy niż inni związani z półświatkiem chłopcy, z którymi Edith zazwyczaj się zadawała. Szczupły i śliczny jak z obrazka. A do tego wierny.

Zakochali się w sobie, zamieszkali razem, mimo że jego matka, właścicielka sklepu, od początku była przeciwna dziewczynie z ulicy. Kiedy Edith zaszła w ciążę, nie dopuściła do ich ślubu. Sytuacja była tak napięta, że Edith musiała uciec, przede wszystkim od teściowej, ale również od ukochanego i jego nudnej, zbyt przewidywalnej codzienności.

Z jej decyzją wiązało się również to, że musiała zostawić córkę z ojcem i babcią. W końcu w ten sposób sama dorastała. Przysięgła sobie, że kiedyś, kiedy będzie się jej lepiej powodzić, weźmie małą do siebie. Lecz dziecko po dwóch latach umarło na zapalenie opon mózgowych, a Edith rozpaczliwie się modliła, żeby również umrzeć, aby na zawsze połączyć się z córeczką. Jej modlitwy nie zostały wysłuchane.

– Nie. – Jej głos zabrzmiał ostro. – Nie, nie mam dzieci. – Rosła w niej chęć, żeby napić się wina. Do ukojenia nerwów potrzebna by była prawdopodobnie cała butelka koniaku.

Urzędnik uderzał w dokumenty palcem żółtym od nikotyny.

– Mówiła pani o niejakim Raymondzie Asso. Kim on jest?

– Dobrym przyjacielem i tekściarzem. Nie widziałam go od początku wojny. Nasze drogi rozeszły się, kiedy wcielono go do wojska.

Zastanawiała się, czy dodać, że Raymond z pochodzenia jest Żydem. Może jej rozmówca nie lubi Żydów podobnie jak piosenkarek. Chociaż jest Francuzem.

Wzięła głęboki oddech.

– Chciałabym wiedzieć, co mi się zarzuca. W wezwaniu nie ma o tym ani słowa.

Zniecierpliwienie było błędem. Zrozumiała to, zanim wypowiedziała ostatnie słowa.

– Merde – zaklęła rozeźlona.

Jak się można było spodziewać, funkcjonariusz zareagował natychmiast, jeszcze bardziej zwalniając. Przesuwał wezwanie w jedną i drugą stronę, otworzył leżącą pod papierami cienką tekturową teczkę ze sporządzonymi ręcznie notatkami, przyglądał się w zamyśleniu ich treści.

Ze swojego miejsca Edith nie mogła rozpoznać, co tak przykuło uwagę młodego człowieka. Ponieważ nie chciała mu zrobić przyjemności, okazując ciekawość, zapadła się w sobie. Zacisnęła zęby, zmuszając się do rozmyślań nad zaletami burgunda na tle innych szczepów. Może alkohol działał kojąco już wtedy, kiedy się tylko o nim pomyślało.

Po chwili urzędnik zamknął teczkę, spojrzał na nią, potem znów na wezwanie i ponownie na nią. Tym razem zmierzył ją dokładnie wzrokiem.

– Myślę, że na tym poprzestaniemy, madame Piaf.

Z ogromnym trudem zachowała spokój i prawie niezauważalnie skinęła głową.

Funkcjonariusz ponownie otworzył i zaczął wertować akta, jakby czuł, że od środka rozsadza ją niepokój. Najwyraźniej miał dużo czasu i niezłomne postanowienie, że udowodni jej, że ma mocniejsze nerwy niż ona.

W końcu rzucił mimochodem:

– Jest pani piosenkarką, występowała pani w Rzeszy Niemieckiej… – urwał.

Nie mam sobie nic do zarzucenia, pomyślała Edith.

– Lubię podróżować – powiedziała na głos.

– Do Szkopów? Madame, występowała pani w Rzeszy Niemieckiej!

– Nie zaprzeczam. Śpiewałam dla francuskich jeńców wojennych.

– W Niemczech!

– Słuchali mnie francuscy jeńcy wojenni – upierała się.

Mężczyzna, którego nazwiska nie znała, wyjął z dokumentów zdjęcie. Przesunął je w jej stronę. Nic nie mówiąc, czekał na jej reakcję. Co miała na to powiedzieć? Nie zaprzeczała przecież, że występowała w kraju wroga.

Na zdjęciu stała w dużej grupie młodych Francuzów, którzy z powodu gorąca i ze względu na ciężką pracę w Stalagu III B w południowo-wschodniej Brandenburgii ściągnęli koszule. Wszyscy byli dobrze zbudowani, ale wyraźnie wychudzeni, wręcz wynędzniali. Wielu z nich pracowało w fabryce zbrojeniowej albo zakładach chemicznych w niewielkim Fürstenbergu, jednak większość harowała przy Kanale Odra-Sprewa, żeby zbudować basen portowy. Edith organizowała zbiórki i własnoręcznie przygotowywała paczki z produktami spożywczymi i higienicznymi dla francuskich żołnierzy, którzy przebywali w niemieckich obozach. Miała nadzieję, że występując przed jeńcami wojennymi, złagodzi ich tęsknotę i przede wszystkim da im choć trochę nadziei. Z tego nie dało się zrobić zarzutu. A może jednak?

Edith miała coraz więcej wątpliwości. Ogarniała ją niepewność. Zaczynała panikować. Zauważyła ponure spojrzenie rozmówcy.

W świetle lampy pojawiło się drugie zdjęcie. Przedstawiało rozbawionych, dobrze odżywionych i elegancko ubranych francuskich artystów pozujących przed Bramą Brandenburską w Berlinie, Edith w środku, w tle flaga ze swastyką. Wspomnienie z podróży, pasowałoby do albumu, a nie do policyjnych akt.

– Madame Piaf, dostała pani angaż u Szkopów i jest pani winna kolaboracji! – Głos młodego mężczyzny zrobił się nagle piskliwy, jakby przechodził mutację. To oskarżenie najwyraźniej nim wzburzyło. – Według paragrafu siedemdziesiąt pięć kodeksu karnego przekazywanie informacji wrogowi jest zagrożone karą.

Michelle Marly - Madame Piaf i pieśń o miłościMichelle Marly - Madame Piaf i pieśń o miłości Wydawnictwo Znak

Więcej o: