Czy to, co się zdarzyło w Tatrach, to wyłącznie zrządzenie złego losu? Przeczytaj fragment nowej powieści Brejdyganta

Majestatyczne, groźne Tatry. Ponure, niegościnne Zakopane. I zagadkowa śmierć pod tonami śniegu. Igor Brejdygant ("Paradoks", "Szadź", "Rysa", "Układ") wraca z kolejną powieścią. Publikujemy fragment "Wiatru".

Przedwiośnie w Tatrach. Rozpędzający się halny zwala z nóg i mąci w głowach. Markowscy, najbardziej znana zakopiańska para, wyruszają na Szpiglasową Przełęcz. Lawina, która schodzi aż za brzeg Morskiego Oka, miażdży lód tysiącami ton śniegu. TOPR-owcy natychmiast rozpoczynają akcję ratunkową. Wawrzyniec jest niemal pewny, że sekundy przed zejściem lawiny usłyszał odgłos eksplozji… Szanse na odnalezienie dwójki wędrowców przy życiu maleją z każdą chwilą. Czy to, co się zdarzyło, to wyłącznie zrządzenie złego losu?

Zobacz wideo Maja Ostaszewska o filmie "Teściowie": Każdy z bohaterów jest okropny, a zarazem każdy ma w sobieMaja Ostaszewska o filmie "Teściowie": Każdy z bohaterów jest okropny, a zarazem każdy ma w sobie coś rozczulającego [Popkultura Extra] coś rozczulającego [Popkultura Extra]

Igor Brejdygant "Wiatr", W.A.B. - przeczytaj fragment:

Zakopane to dziwne miasto. Już sama nazwa nie wróży zbyt dobrze, bo jak wiadomo ani rzeczy, ani ludzie, ani miasta nie powinny być zakopane, gdyż wtedy mają nikły kontakt ze światłem, a światło jest dla życia kluczowe. Zakopany jest podziemny Hades, zakopani są ludzie, gdy światło i tak nie jest im już do niczego potrzebne, bo wedle różnych koncepcji albo ich nie ma, albo obsługuje ich już wówczas zupełnie inna świetlistość. Wawrzyniec przyjeżdżał do Zakopanego, odkąd sięgał pamięcią, czyli od głębokiego dzieciństwa, którego zresztą nie miał zbyt dobrze wrytego w struktury hipokampu. Wspomnienia zaczynały się później i ? przynajmniej te wczesne – nie były zbyt dobre.

Z reguły zaraz po tym, kiedy – jak sam lubił to nazywać z pewnym, nie do końca szczerym, dystansem – schodził z gór, szedł na dworzec i bez wchodzenia za bardzo w kontakt z miastem zakopanym w niepamięci dzieciństwa odjeżdżał z powrotem do Warszawy. Tam zaś czekało puste mieszkanie, w którym nie było nikogo, kto obligowałby go do czegokolwiek. Była praca, czyli redakcja, i była książka, którą miał oddać, ale na razie nie myślał nawet o tym, na kiedy ma to zrobić. Z reguły tak było, ale tym razem stało się zupełnie inaczej, a on z perspektywy dni, które miały nadejść, nie potrafiłby nawet odpowiedzieć do końca na pytanie, dlaczego tak zadecydował. Po prostu zamiast na dworzec tym razem pojechał do Halamy, do której zaglądał czasami, zjeżdżając do miasta po zapasy jedzenia, ale ani razu od kilkudziesięciu lat, czyli od owego dzieciństwa, którego nie pamiętał, nie zatrzymywał się tu na dłużej. No, powiedzmy: prawie nigdy, bo od każdego „nigdy", podobnie jak od każdego „zawsze", były jednak pewne odstępstwa, pomyślał. Dlaczego nie chciał pamiętać Zakopanego? Co było nie tak z jego dzieciństwem? Zbytnio zdominował go ojciec, zbyt mało otrzymał ciepła. Przypomniał sobie drobny incydent, który zdarzył się tutaj bardzo dawno temu, w erze, której zasadniczo przecież nie pamiętał. Podczas zabawy z chłopakami, którzy nie za bardzo chcieli go przyjąć do swojej grupy, zranił się w rękę. A konkretnie ścigając się z tamtymi, którzy zresztą niecnie oszukiwali. Na korytarzu na pierwszym piętrze willi rozpędził się tak bardzo, że jedyną opcją, by się zatrzymać, pozostało wyciągnięcie rąk przed siebie, gdy wpadał na szklane szyby w drzwiach i rozbijał je z impetem. Rana nie była głęboka, ale krwawiła obficie. Kiedy wpadł do pokoju do zajętego czymś swojego ojca, ten tylko wściekł się niemiłosiernie na jego nieodpowiedzialność. Drobiazg, potem wielokrotnie wyjaśniany i usprawiedliwiany, ale może to w tym momencie skupiła się esencja tego, czego nie lubił pamiętać z dzieciństwa.

– Dobry, panie Władku. Znajdzie się pokój? – zapytał od wejścia portiera, chudego jak szczapa i wysokiego jak maszt radiowy w Raszynie, który siedział w swojej kanciapie i, jak to przeważnie miał w zwyczaju, oglądał telewizję.

Igor BrejdygantIgor Brejdygant: "Pierwiastek kobiecy" dał mi większą równowagę [WYWIAD]

– A ja wim? Znajdzie si abo si ni znajdzie – odpowiedział tamten, nie odrywając oczu od meczu albo może serialu, który w stu procentach pochłaniał jego uwagę. – Zwonili do wos z Warszawy, kierowniczka powie – dodał jeszcze po chwili.

Czyli podzielność uwagi jednak i skupienie wielowątkowe, właściwy człowiek na właściwym miejscu, pomyślał Wawrzyniec i ruszył w stronę biura Domu Pracy Twórczej „Halama", w którym w godzinach pracy urzędowała osławiona i wciąż ta sama pani Basia. Była kierowniczką i opoką tego miejsca, odkąd sięgał pamięcią. Tą pamięcią, która jednak, jak się okazuje, przechowywała w mrocznych zakątkach synaps i neuronów strzępy zamierzchłych reminiscencji z jego życia.

– Dzień dobry. – Uśmiechnął się od wejścia trochę dwuznacznie.

– A dobry, dobry, wszelki duch Pana Boga chwali! – Kierowniczka odpowiedziała uśmiechem bardziej jednoznacznym. – Przyjeżdżasz, przychodzisz, ale poza Władka prawie nigdy się nie przebijasz.

– Czasem się przebijam… – Spróbował się usprawiedliwić, choć nie było nawet takiej potrzeby.

– Tylko jak ci powie, że telefon był. – Pani Basia nie przestawała się uśmiechać. – No był, był, redaktor Walusiak z wydawnictwa…

– Optima, wiem – pomógł jej nieco Wawrzyniec. – Że nie wiedzą, co się ze mną dzieje, i nie mają pojęcia, czy oddam na czas, i żebym się pilnie skontaktował.

– Jakoś tak. – Pokiwała głową.

– No to, jak pani widzi, nie musiałem tu przychodzić, bo i tak wiedziałem. A jednak przyszedłem. – Wawrzyniec popatrzył na nią przekornie.

– Czyli jakiś interes… – Kierowniczka znała go zbyt dobrze, żeby dać się zwieść.

– Czyli… – Spojrzał na nią pokonany. – Chciałbym pokój, jeśli jest.

Pani Basia zmierzyła go wzrokiem. Wciąż nie przestawała się uśmiechać, ale teraz uśmiech z zawadiackiego, nieco serdecznie kumpelskiego, zmienił się w uśmiech kobiety. Różnica wieku między nimi była zbyt duża, pani Basia mogła przy dobrych chęciach być nawet jego mamą, więc nie był to ten rodzaj uśmiechu, ale nieco go przypominał. Lubił, kiedy kobiety tak się uśmiechały, i to bez względu na to, w jakim były wieku. Urok. Czegoż więcej można chcieć od życia, oprócz tego, by niosło w sobie urok? Chwilę milczała.

– Jest – odpowiedziała w końcu krótko. – Na jak długo?

Beata i Eugeniusz DębscySą małżeństwem i razem piszą kryminały. W nowej książce podrzucają detektywowi "Zimny trop"

– Jeszcze nie wiem. – Wawrzyniec poczuł się odrobinę skrępowany sytuacją, ale nie przeszkadzało mu to przesadnie. Lubił być czasami odrobinę skrępowany sytuacją. To też był urok życia. – Na razie, powiedzmy, na trzy dni.

– A czemu? – zapytała, nie owijając w bawełnę.

– W górach pod lawiną zginęli ludzie – zaczął, po czym się zatrzymał, bo tak naprawdę nie miał pojęcia, jak spuentować.

– Wiem, czytam gazety. – Pani Basia przyglądała mu się znów czujnie. – Poza tym z Masterakiem się widziałam, mówił mi – dodała, po czym zamilkła w oczekiwaniu na ową puentę, której Wawrzyniec nie był w stanie sformułować.

– Masterak? – uciekł tymczasem w bok.

– Bohdan Masterak, dyrektor TOPR-u, nie znasz? – Kierowniczka zdziwiła się tym razem nie na żarty. – Pracowałeś tam, a nie znasz Masteraka?

– A, Bohdan– przypomniał sobie Wawrzyniec, po czym dodał szybko: – Byłem tam, kiedy to się stało. Widziałem, jak ruszyła lawina i jak ich zdjęła.

– Przykre. – Skrzywiła się lekko kierowniczka. – I dlatego chcesz pokój?

– Chcę pokój, bo moim zdaniem ta lawina… Całe to zdarzenie to nie był przypadek. – Wawrzyniec w końcu sformułował coś, co z grubsza, przy odrobinie dobrej woli ze strony pani Basi, mogło tłumaczyć, dlaczego po raz pierwszy od lat postanowił zostać na kilka dni w Zakopanem.

– Nie przypadek? – drążyła nie dlatego, że nie wykonała wysiłku umysłowego albo że nie rozumiała związku przyczynowo-skutkowego. Drążyła, bo była ciekawa, co z tego wyniknie.

– Najpierw był dziwny strzał, tak jakby ktoś odpalił czymś tę cholerną lawinę. Potem, wydaje mi się, że już po wszystkim, w ich pokoju ktoś przeszukiwał rzeczy. Ja też przeszukiwałem, ale później. Byłem też tam na górze, w miejscu, z którego ruszył śnieg. Dziwnie tam, no i też ktoś był tam chyba, zanim to poszło – mówiąc, przy okazji sam układał sobie rzeczy w głowie.

Próbował przekonać się bardziej o słuszności tego, co tak naprawdę było na razie głównie jego intuicją, a ją trudno obronić nawet przed sobą, szczególnie facetowi, który jest zwolennikiem racjonalności.

– Masz intuicję. – Pani Basia uśmiechnęła się znowu, jakby słyszała jego skrywane myśli. – Może być siedemnastka, tam na górze?

– Tam, gdzie umarł Tuwim? – zapytał, chociaż wiedział doskonale. W ogóle sporo wiedział o tym miejscu, a mało było na świecie takich, o których wiedziałby tak wiele. Kierowniczka pokiwała głową, sięgnęła do szuflady i podała mu klucz.

– Ale wpadniesz jeszcze pogadać czy zaszyjesz się tam, a potem po prostu wyjedziesz? – Znów popatrzyła na niego przeciągle.

– Wpadnę, wpadnę. – Wawrzyniec ostanie zdanie rzucił już od drzwi. – Nie zaszyję się, bo nie rozpracuję tej sprawy, siedząc w pokoju.

<<Reklama>> Ebook "Wiatr" dostępny jest w Publio.pl >>

Wiatr - okładkaWiatr - okładka W.A.B.

Więcej o: