"Czasem mam ochotę wbić w nich szpileczkę i posłuchać, jak z tych nadętych d***w uchodzi powietrze". Ktoś postanowił to zrobić

Tu liczy się nie tylko zagadka kryminalna, ale także styl autora i jego dowcip. Jeśli lubicie komedie kryminalne, być może znacie już Jacka Przypadka. "Morderstwo w Orient Espresso" to kolejna część z cyklu. Przedpremierowo publikujemy fragment powieści, która ukaże się 27 września.

Do mieszkania Jacka Przypadka wprowadza się piękna i niebywale inteligentna kobieta, której obecność zaburza powszechne przekonanie o niedostępności detektywa. To nie przeszkadza jednak mu w prowadzeniu kolejnych śledztw. Chwyta mordercę, który w Orient Espresso pałeczkami do sushi zabił ważnego dyrektora, znajduje zbrodniarza naruszającego kodeks honorowy wielkiej korporacji tytoniowej, a w ostatniej ze spraw szuka złodzieja, który okradł… złodzieja. 

Jacek Getner "Morderstwo w Orient Espresso", Wydawnictwo Lira - przeczytaj fragment:

Poczucie wyższości jest jedną z tych rzeczy, które fantastycznie rekompensują mężczyźnie fakt posiadania wzrostu przeciętnego dżokeja. Innym erzacem nieotrzymanych od Matki Natury centymetrów jest ogromnych rozmiarów samochód terenowy. Nieważne, że siedząc w nim, przypomina on Guliwera w Krainie Olbrzymów. Istotne jest to, że może zająć dwa pasy ruchu, przekonując wszystkich naokoło o własnej męskości. Jeśli dołoży do tego jeszcze blondynkę, która po założeniu szpilek przewyższa swojego partnera o dwie głowy, to niewysoki mężczyzna na bardzo wysokim stanowisku może się już czuć spełniony.

Żadnego z powyższych atrybutów nie brakowało wszystkim trzem panom, którzy spędzali obecnie czas w Orient Espresso, niewielkiej, gustownie urządzonej kafejce z sushi, schowanej przy Osobnej, jednej z bocznych uliczek warszawskiego Śródmieścia. Każdy z nich siedział w tej chwili samotnie przy czteroosobowym stoliku, rozłożywszy swoje rzeczy tak, iż miało się wrażenie, że wszystkie miejsca są zajęte. Na stojących obok krzesłach leżały bowiem a to elegancka, bardzo droga skórzana teczka; a to płaszcz, wart tyle, ile kilkuletnie nie najgorsze auto; a to szalik, po sprzedaży którego niezamożna rodzina mogłaby jakoś przeżyć kolejny miesiąc.

Wszystko to były prezenty od kochających żon, narzeczonych lub partnerek. Oczywiście one same nie zaprzątały sobie swoich uroczych główek tak przyziemnymi czynnościami, jak zarabianie pieniędzy, które wystarczałyby na owe "drobiazgi". Owszem, czasem gdzieś pracowały, żeby się nie zanudzić czekaniem na wiecznie zajętych obowiązkami mężczyzn. Ale ze swoich dochodów nie byłyby w stanie opłacić nawet karnetu w odpowiedniej klasy fitness clubie. Nie mówiąc już o niezbędnych współczesnej kobiecie zabiegach korygujących kaprysy Matki Natury, która również im poskąpiła tego i owego. Na szczęście wynagrodziła je hojnie, stawiając na ich życiowej drodze panów z klasą, którzy znakomicie rozumieli ich potrzeby. One zaś w zamian mogły dla nich wybierać te wszystkie gustowne prezenty, rozłożone teraz z nonszalancją na krzesłach.

Na samych stołach, w porównaniu z otoczeniem, panował właściwie surowy ascetyzm. Stały na nich mikroskopijne filiżanki do kawy, kilka podstawowych przypraw oraz po dwie pary pałeczek do sushi, każda osobno zapakowana. No i najwyższej klasy telefony komórkowe z ogromnych rozmiarów ekranami dotykowymi.

W tej chwili twarze mężczyzn były schowane za wielkimi płachtami gazet. Nie były to oczywiście żadne zwykłe dzienniki czy nie daj Boże, tabloidy. Była to odpowiednia prasa w odpowiednim języku, pozwalająca śledzić najnowsze trendy w ich branżach, co nakazywały im zajmowane stanowiska. Przekładając kolejne strony, byli przy tym przekonani, że profesjonalizm, z jakim tę czynność wykonują, wywołuje powszechnie duże wrażenie.

Niestety, żyli przecież w kraju zawistników, którzy nie potrafią docenić ich sukcesu. Dlatego też nikogo nie powinno zdziwić, że barman Karol Łatka, osiłek większy dwukrotnie od każdego z gości, kiedy zobaczył wracającą do baru swoją szefową, energiczną czterdziestolatkę Agatę Szycką, szepnął złośliwie:

— Czasem mam ochotę wbić w nich szpileczkę i posłuchać, jak z tych nadętych dupków uchodzi powietrze.

— Obawiam się, że nie znalazłbyś szpileczki, która byłaby w stanie przebić ich grubą skórę — zauważyła zgryźliwie właścicielka Orient Espresso.

— Wkurzają mnie te dupki.

— Ostatnio zrobiłeś się jakiś nerwowy. — Szycka spojrzała na niego zaniepokojona. — Nie myśl o nich i lepiej ciesz się, że nie musiałeś dla nich pracować. Ja dopiero rok po tym, jak przestałam być korpoludkiem, zaczęłam spać jak człowiek. A gdzie jest ten czwarty? — zapytała, rozglądając się po sali.

— Nie wiem. Ale chyba nie uciekł bez płacenia, bo wszystkie jego rzeczy są na stoliku. Chociaż nie widziałem go już z pół godziny. Albo i dłużej… Może coś mu zaszkodziło i jest w ubikacji?

— Sprawdzę to — zdecydowała pani Agata i chciała ruszyć w stronę toalety, ale barman przytrzymał ją za ramię.

— Przecież on tam może siedzieć ze spuszczonymi spodniami. — Spojrzał na nią z łagodnym wyrzutem.

— Ale w kabinie, a ja…

— I tak nie wypada, pani dyrektor. Pójdę sam sprawdzić.

Karol minął zaczytanych profesjonalistów, którzy nawet nie drgnęli, gdy koło nich przechodził. Dopiero kiedy kilkadziesiąt sekund później usłyszeli krzyk przerażenia dochodzący z toalety, opuścili na moment płachty czytanych gazet. Zaraz jednak pewnie powróciliby do przerwanej lektury, gdyby nie to, że właścicielka Orient Espresso przebiegła obok nich jak błyskawica i dopadła drzwi toalety. One jednak, mimo energicznego szarpania za klamkę, nie miały zamiaru ustępować.

— Karol! Karol, otwórz mi! — krzyczała zdenerwowana. — Karol, co się tam stało?!

Odpowiedzią był jedynie przedziwny, potępieńczy jęk wydobywający się z toalety, choć brzmiący, jakby pochodził gdzieś z głębi piekieł.

Almod - fragment okładkiYunjae od urodzenia nie przejawia żadnych emocji. Cierpi na aleksytymię [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W Szypułce, jednym z najmodniejszych lokali przy placu Trzech Krzyży, często bywały piękne kobiety, dlatego ich widok nie wzbudzał szczególnego zainteresowania pozostałych bywalców. W końcu po to są również takie miejsca, żeby przychodzili do nich młodzi, śliczni i perspektywiczni. Poza tym nie należało tu do dobrego smaku zwracanie przesadnej uwagi na niezwykłych gości, bo przecież zwykli śmiertelnicy tu raczej nie zaglądali. Dlatego w przypadku pojawienia się kogoś znanego, co najwyżej ktoś tam kogoś trącił ramieniem, pokazał głową lub dyskretnie szepnął coś na ucho.

Ale ta kobieta, zajmująca stolik przy wielkim panoramiczny oknie ze świetnym widokiem na plac Trzech Krzyży, ostatnio wprost nie schodziła z czołówek gazet. Gościła tam zresztą często wspólnie z towarzyszącym jej również obecnie mężczyzną. Cały kryzys gospodarczy, kataklizmy w kraju i na świecie, zamachy i mniejsze zbrodnie nie były bowiem ostatnio dla mediów tak interesującą sprawą jak rozpad małżeństwa wiceministra Urbanka i jego prześlicznej żony. Może nie tyle sam rozpad, ile fakt, że wpływowy polityk, członek złowieszczej Opus Dei, został podobno przyłapany w jakimś gejowskim klubie. A może chciał zgwałcić jakiegoś niewinnego chłopaka? Albo urządzał orgię w ministerstwie?

Zobacz wideo Ogłaszamy (kulturalnie) koniec wakacji. Jeśli przegapiliście któryś z tych tytułów, warto nadrobić. Są też nowości

Tego dokładnie nie wiedziano i nikogo to specjalnie nie interesowało. Grunt, że nielubianemu tu politykowi udowodniono hipokryzję, przez co stał się wdzięcznym obiektem do chłostania słusznym oburzeniem przez szczerych do bólu i uczciwych ludzi. Dlatego w zasadzie nikt nie miał pretensji do pięknej pani Urbanek, że poszukała oparcia w innym mężczyźnie.

Zastrzeżenia budził tylko jej wybór. Wszyscy przecież wiedzieli, że ten Przypadek, który z nią teraz siedział przy stoliku, dopuścił się wielu wykroczeń przeciwko ogólnie przyjętemu kodeksowi postępowania. A już największą jego zbrodnią było doprowadzenie do aresztowania znanego dziennikarza Szołtysika. I to za co?! Za posiadanie, w celach leczniczych rzecz jasna, głupiego pół kilograma marihuany.

Ta zbrodnia była świetnym powodem do darowania sobie wszystkich konwenansów i możliwości nieskrępowanego komentowania obecności tej pary w Szypułce. Tak też właśnie robiono w tej chwili, jednak ku zdziwieniu bywalców obgadywani nie przejmowali się wrogimi spojrzeniami czy komentarzami. Nie przeszkadzało im również to, że ktoś czasem pstryknął im fotkę swoim najnowszym modelem telefonu. Choć przecież musieli wiedzieć, że zaraz ich podobizny znajdą się na czyimś koncie modnego portalu społecznościowego, opatrzone odpowiednio złośliwym komentarzem.

Tej atmosfery niechęci nie mógł niestety poczuć podkomisarz Łoś, który obserwował panią Urbanek i Przypadka nie z wewnątrz lokalu, ale z zaparkowanego kilkadziesiąt metrów od Szypułki samochodu. On jednak również żywił do słynnej pary uczucia nieodbiegające od tych, jakimi darzyli ich bywalcy owego lokalu. Trudno mu się było dziwić. To przez Urbanek i Przypadka, zamiast zajmować się czymś sensownym, na przykład łapaniem przestępców, musiał tu tkwić.

— Długo ich jeszcze będziemy śledzić, panie komisarzu? — zapytał smętnie starszy aspirant Smańko, z nudów i odrobinę dla rozgrzewki pucujący szmatką wnętrze radiowozu.

Lenny Kravitz"Wskazał na mnie palcem i krzyknął: Twoja matka jest czarna, a twój tatuś biały!". Autobiografia Lenny'ego Kravitza

— Przeszkadza wam to?! — warknął Łoś.

— Nie, nie… Ale nie spuszczamy ich z oka od Wszystkich Świętych, czyli już jakieś dwa tygodnie. A oni tylko do kina, na spacer, do restauracji, a na noc do domu tego Przypadka.

— I co z tego?!

— No… to żadne przestępstwo jest.

— Myślicie, że nie wiem?! Ale skoro inspektor Zasada kazał nam nie spuszczać z nich oka, to znaczy, że ma jakiś powód. Rozumiecie?

Smańko tylko kiwnął głową i uznał, że nie ma sensu nic więcej mówić przełożonemu, bo tylko go tym zdenerwuje. Nie przekonają też z pewnością podkomisarza plotki krążące po policyjnych korytarzach, że wiceminister spraw wewnętrznych Urbanek, odpowiedzialny za tę właśnie służbę, jest już właściwie na wylocie, bo premier się na niego zdenerwował.

— Do wszystkich radiowozów. Na Osobnej w Orient Espresso prawdopodobnie popełniono morderstwo. Odbiór — zaterkotało nagle w policyjnym radiu i ta wiadomość tak zelektryzowała starszego aspiranta, że aż uderzył głową w podsufitkę.

— Panie komisarzu, słyszał pan?

— A czy wyglądam na głuchego?

— Osobna to taka mała uliczka niedaleko. Boczna od Wspólnej.

— Myślicie, że nie znam Warszawy, Smańko?!

— No to może… może byśmy…

— Mamy swoje zadania, Smańko.

— To może ja sam. Skoczyłbym tam szybko i zorientował się we wszystkim. Do patrzenia na nich wystarczy sam pan komisarz. — Słowa starszego aspiranta jeszcze nie zdążyły przebrzmieć, a on sam wiedział już doskonale, jaki straszliwy błąd popełnił.

— Co?! Co wy sobie myślicie, Smańko?! Jesteście tylko starszym aspirantem. I jeśli ktoś ma sprawdzić, co się tam stało, to ja! — Podkomisarz Łoś ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku ulicy Osobnej, ale po chwili odwrócił się do podwładnego. — Dajcie znać centrali, że udaję się na miejsce zdarzenia.

— Ale co ja mam robić, jak ten Przypadek zacznie się stąd oddalać?

— Jak to co? Obserwujcie go do czasu, aż zakończę sprawę tego morderstwa.

— Takie śledztwo może potrwać nawet kilka tygodni — zauważył zaniepokojony starszy aspirant.

— Bądźcie dobrej myśli, Smańko. Czuję, że pójdzie mi jak z płatka i za kilka godzin będzie już po wszystkim!

<<Reklama>> Ebook "Morderstwo w Orient Espresso" dostępny jest w Publio.pl >>

Morderstwo w Orient EspressoMorderstwo w Orient Espresso Lira