Coś takiego jak Dali i Zappa sami razem w wielkiej pustej sali, mogło się zdarzyć tylko raz [FRAGMENT KSIĄŻKI]

To wspomnienia jednej z najważniejszych postaci bohemy lat 70. Stanów Zjednoczonych. Legendarny list miłosny skierowany do Los Angeles, wypełniony portretami gwiazd rocka w Chateau Marmont, surferów w Santa Monica, prostytutek na Sunset Boulevard oraz Rosie - ukochanej kotki autorki. "Eve w Hollywood" ukaże się 29 września, przedpremierowo publikujemy fragment.

Eve Babitz "Eve w Hollywood", Wydawnictwo W.A.B. - fragment:

Pewnego dnia Barry przyszedł do siedziby "East Village Other", bo był fotografem i myślał, że zapłacą mu za zdjęcia. Zapłacili mu tyle co nic, ale za to ja wróciłam z nim do hotelu Chelsea. Barry mieszkał w tam na 3. piętrze, trzeba więc było korzystać z windy, pełnej wszystkich tych leciwych dam z turkusową biżuterią. Była to najpowolniejsza winda w Nowym Jorku.

Barry był wyjątkowo młody; miał zaledwie 21 lat. Pochodził z Detroit i chciał zostać drugim Richardem Avedonem.

To, że poczułam do niego pociąg, było czymś oczywistym; wszystkie kobiety po prostu go uwielbiały. On zaś uwielbiałby mnie, gdybym ważyła 50 kilo i była wyższa o 5 centymetrów. Ale ja ważyłam wtedy 65 kilo przy wzroście 170 centymetrów. Byłam za gruba. Musiałam jednak coś robić w Nowym Jorku, a jedzenie wydawało się mniejszym złem niż inne alternatywy, takie jak Bellevue* czy igła.

Zobacz wideo Rozpad zespołu na scenie? Najsłynniejsze muzyczne konflikty [Popkultura]

W piątek dzwoniłam do Barry’ego (w tym czasie pracowałam jako sekretarka na przedmieściach) i mówiłam mu, żeby wstawał. "Och, która godzina?" – pytał. "Czwarta" – odpowiadałam. Czasami spał całymi tygodniami i nie wychodził z pokoju, o ile ktoś do niego nie zadzwonił.

– Czemu nikt do mnie nie dzwoni ani nie przychodzi? – zapytał mnie kiedyś po trzech tygodniach całkowitego odcięcia od świata, które przerwałam tylko dlatego, że uznałam, iż Barry może mnie polubić, chociaż jestem gruba.

– Barry – odparłam – wszyscy cię kochają. Po prostu nigdy nie masz piwa.

Następnym razem, kiedy wpadłam do niego, na podłodze siedziało pięć osób, pijąc piwo.

– Myślisz, że powinienem kupić fritos? – pytał zmartwiony Barry. Młody gospodarz.

– Nie, chyba że chcesz, żeby siedzieli tu wiecznie.

– Chcę.

– Dobra, w takim razie pójdę i kupię je dla ciebie.

Piwo chłodziło się za oknem na parapecie.

W piątek dzwoniłam do niego, a po pracy jechałam metrem do hotelu Chelsea i ponownie budziłam Barry’ego. To jeden z najbardziej uroczych mężczyzn, jakich kiedykolwiek znałam. Był ogorzały i wyglądał po prostu ślicznie. Chodził w płaszczach polo i zdarzało mu się nosić getry. Miał gęste płowe włosy, niezbyt długie, zapuścił też wąsy, a kiedy się uśmiechał, widać było, że z przodu brak mu jednego zęba. To było naprawdę śmieszne. Na ścianach wind w śródmieściu wypisywał drukowanymi literami markerem "LSD". Pismo miał drobne i bardzo staranne.

Zmuszał mnie, bym go całowała na rogu 22 ulicy i 7 alei, kiedy jadł banana.

Na święta dałam mu laskę z rączką z kości słoniowej w kształcie głowy wilka, on zaś bez dalszych ceregieli zaczął utykać.

W piątki pukałam do jego drzwi, a on wpuszczał mnie półprzytomnie, a potem wracał do łóżka. Włączałam telewizor lub zajmowałam się czymś innym, aż w końcu Barry czuł, że już może wstać. Wszędzie walały się stykówki. Jako fotograf zajmował się modą.

Około 7 byliśmy na dole, próbując złapać taksówkę. Albo ja wydawałam wszystkie swoje pieniądze, albo on wydawał wszystkie swoje pieniądze. To była jedyna rozsądna rzecz do zrobienia. Pewnego razu, kiedy czułam się beznadziejnie i myślałam o śmierci, Barry dostał czek na tysiąc dolarów i całą tę kwotę przepuściliśmy w jeden weekend na koktajle z szampanem. Uznaliśmy, że to jedyne sensowne rozwiązanie.

Biegłam do mojego okropnego mieszkanka, karmiłam kota kocim żarciem i zbiegałam na dół, a świat należał do nas.

Okładki książekWciągający kryminał? Dobra literatura akcji albo true crime? Polecamy książki na jesień

Zwykle chodziliśmy do Koh-i-noor, indyjskiej restauracji przy 2 alei i 4 ulicy lub gdzieś w te okolice.

– Andy Warhol urządza imprezę – mówiłam do Barry’ego przyjaźnie. Wieczór kusił nas swymi urokami. Mogliśmy pójść gdziekolwiek lub zrobić cokolwiek. Byliśmy w Nowym Jorku.

– Taaak?

– Tak, a poza tym w Dakota Building jest…

– O raju!

– No i leci "Pies andaluzyjski".

To ulubiony film Barry’ego.

– No to chodźmy go zobaczyć.

– Okej.

Wychodziliśmy z restauracji, szliśmy na drugą stronę ulicy, gdzie do jedzenia podawano piwo Ballantine Ale. W Nowym Jorku nie ma Ranier Ale. Kiedy byliśmy w połowie obiadu, nieziemskie poczucie dobrostanu windowało nas oboje na najwyższe poziomy zadowolenia z posiłku.

– Aaaach… – mówił uśmiechnięty Barry, odchylając się.

Nigdzie nie szliśmy. Skończywszy, rozważaliśmy pójście do Max’s**, ale ostatecznie wracaliśmy do Chelsea i oglądaliśmy telewizję. Barry miał fantastyczne dragi i czasami wchodziliśmy na dach Chelsea i paliliśmy DMT, głównie jednak zaprawialiśmy się haszem i przez cały weekend oglądaliśmy telewizję. Co jakiś czas chodziłam tylko do domu, by nakarmić moją kotkę.

Nie byliśmy kochankami.

Przyjaciele Barry’ego byli głównie związani z tą nowojorską agencją, która robiła fantastyczne kolorowe zdjęcia takich rzeczy jak pasta do zębów Gleem. Nigdy nie zdołałam się z nimi zaprzyjaźnić i dlatego nie mam jak się dowiedzieć, gdzie teraz jest Barry. Pytałam Tima Leary’ego, ale on nie wie. Nic nie słyszał o żadnej z tych osób, chociaż w Millbrook mieszkali nawet ci fotografowie, którzy byli hetero.

Kapitan Piotr Bodzakowski"Piraci nikogo nie wyróżniali. Byłem kapitanem, ale kazali mi jak reszcie spać na podłodze"

Salvador Dalí kochał Barry’ego. Być może wie, gdzie on jest. W każdym razie Salvador Dalí mówi koślawym angielskim, a Barry nie zna ani francuskiego, ani hiszpańskiego, ale Dalí zadzwonił do Barry’ego z hotelu St. Regis pierwszego dnia po przybyciu do Nowego Jorku i w tym kompletnym szaleństwie udało im się jakoś porozumieć.

To dzięki Barry’emu mogłam przedstawić Salvadorowi Dalemu Franka Zappę, co jest jednym z moich ulubionych życiowych osiągnięć. Frank Zappa mieszkał w Los Angeles od zawsze i poznałam go, mając 17 lat. Przyjechał do Nowego Jorku, żeby nagrać płytę. Pewnego wieczora szliśmy po Madison Avenue, rozdając przypinki z napisem We Will Bury You*** i postacią Franka siedzącego za biurkiem i spoglądającego znad okularów. Było fajnie.

– Spotkajmy się w King Cole Bar – zaproponował Barry.

Frank miał na sobie płaszcz z małpich skórek sięgający do samej ziemi, a do tego spodnie w różowe i żółte paski, buty (było zimno) i jedwabną dżersejową koszulkę do gry w koszykówkę żarówiastej żółtopomarańczowej barwy.

Jego wąską, spiczastą twarz pięknie okalały długie kręcone włosy. Facet stojący w drzwiach powiedział, że nie wpuści go bez krawata. Frank zawiązał więc kokardę ze srebrnej satyny – nie była to prawdziwa muszka – i wręczył ją facetowi.

Dalí rzucił jedno spojrzenie w stronę Franka z drugiego końca sali i natychmiast poderwał się na nogi z uznaniem. Nawet gdyby Frank nie był zainteresowany Dalím, Dalí nie dbałby o to, bo Frank go zaintrygował.

Nie miałam więc tak naprawdę żadnych problemów z przedstawieniem ich sobie nawzajem. Piliśmy chartreuse.

Dalí powiedział, że chciałby zobaczyć próbę zespołu The Mothers, którą Frank planował zorganizować później. Umówili się na spotkanie w The Dom przy St. Mark’s Place, gdzie grał Frank. Jak można sobie wyobrazić, Dalí nie mógł się doczekać.

Menedżer The Dom miał na pieńku z menedżerem Franka i zamknął zespół od środka. W efekcie my siedzieliśmy na schodach, zamknięci, podczas gdy Dalí i Gala, jego żona, podjechali taksówką i wysiedli – narażeni na wszystkie niebezpieczeństwa grożące im na Lower East Side.

Co za wstyd.

Kiedy okazało się, że nie zostaną wpuszczeni, Dalí i Gala przygnębieni zamachali na inną taksówkę i wrócili do hotelu St. Regis. Ja poszłam do hotelu Chelsea, żeby znaleźć Barry’ego, a Frank wrócił do hotelu Albert – czy gdzie się tam zatrzymał – żeby zrobić awanturę swojemu jebanemu menedżerowi, który obrócił wniwecz misterny plan. Coś takiego jak Dalí i Zappa sami razem w wielkiej pustej sali, wypełnionej instrumentami muzycznymi, mogło się zdarzyć tylko raz.

*?Ze względu na istnienie dużego wydziału psychiatrycznego w Bellevue Hospital na Manhattanie, najstarszym amerykańskim szpitalu publicznym, słowo „Belleuve" stało się odpowiednikiem „wariatkowa".

**?Chodzi o słynny klub nocny Max’s Kansas City przy Park Avenue South, ulubioną knajpę lokalnej bohemy, m.in. poetów "szkoły nowojorskiej" oraz Warhola i jego świty.

***?Dosł. "pogrzebiemy was" – aluzja do wypowiedzi radzieckiego przywódcy Nikity Chruszczowa z 1956 roku skierowanej do ambasadorów państw zachodnich w polskiej ambasadzie w Moskwie i odebrana przez nich jako groźba użycia broni nuklearnej.

Eve w HollywoodEve w Hollywood Wydawnictwo W.A.B.

Więcej o: