"Wszystko, co osiągnąłem, to próba zadośćuczynienia mamie. Za to, że okazałem się tchórzem" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Will Smith miał wszelkie powody, by uważać, że osiągnął w życiu sukces: nie tylko zrobił oszałamiającą karierę, wspinając się na sam szczyt świata rozrywki - wprowadził tam także całą swoją rodzinę. Tyle tylko, że jego bliscy wcale nie byli tym zachwyceni: czuli się jak gwiazdy w cyrku, odgrywając przez siedem dni w tygodniu role, o które wcale nie prosili. To pokazało, że Will musi się jeszcze wiele nauczyć. W Gazeta.pl przedpremierowo publikujemy fragment książki "Will", autobiografii, którą Smith napisał wraz z Markiem Mansonem.

"Will" to odważna i inspirująca książka, w której odsłania się przed nami Will Smith, jedna z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych postaci współczesnego przemysłu rozrywkowego. Aktor, raper i biznesmen opowiada szczerze o swoim życiu i dzieli się tym wszystkim, co pozwoliło mu zrozumieć, że pielęgnowanie więzi międzyludzkich jest równie ważne, co poczucie szczęścia płynącego z własnego wnętrza i satysfakcja z sukcesów zawodowych. To także książka, która pozwala poznać ze szczegółami przebieg jednej z najbardziej niesamowitych karier w świecie muzyki i filmu. "Will", przełożony na język polski przez Michała Strąkowa i Michała Jóźwiaka, ukaże się nakładem Wydawnictwa Insignis 24 listopada. Poniżej prezentujemy przedpremierowy fragment książki.

Zobacz wideo Will Smith próbuje podnieść sztangę

Will Smith, Mark Manson, "Will", tłum. Michał Strąkow, Michał Jóźwiak - fragment

Zawsze uważałem się za tchórza. Strach jest obecny w większości moich wspomnień z dzieciństwa – bałem się innych dzieciaków; bałem się, że ktoś mógłby mnie zranić albo że najem się wstydu; bałem się, że wydam się innym słaby.

Najbardziej jednak bałem się własnego ojca.

Kiedy miałem dziewięć lat, byłem świadkiem, jak ojciec uderzył mamę pięścią w twarz. Cios był tak mocny, że mama upadła na podłogę. Widziałem, jak później pluła krwią. Tamto wydarzenie w sypialni rodziców prawdopodobnie bardziej niż jakiekolwiek inne doświadczenie w moim życiu wpłynęło na to, kim dzisiaj jestem.

Wszystko, co później osiągnąłem – nagrody i wyróżnienia, sława i błysk fleszy, wszystkie role, w które się wcielałem, i wszystkie komiczne maski, jakie zakładałem – było w pewnym sensie próbą zadośćuczynienia mamie za moją bierność tamtego dnia. Za to, że ją wtedy zawiodłem. Za to, że nie umiałem przeciwstawić się ojcu.

Za to, że okazałem się tchórzem.

Ten Will Smith, jakiego znacie – raper i pogromca kosmitów, wiodący barwne życie gwiazdor kina – to w znacznym stopniu moja kreacja, wystudiowany i dopracowany do perfekcji wizerunek, który stworzyłem po to, żeby się chronić. Żeby schować się przed światem. Żeby ukryć tchórza.

(…)

Impreza Quincy’ego Jonesa przypadła na ten sam wieczór, kiedy odbywała się gala Soul Train Music Awards. Miał zostać uhonorowany nagrodą za całokształt twórczości – Heritage Award for Career Achievement – a urodziny połączone z afterparty odbywały się w jego willi w Bel-Air. JL załatwił mi bilet na samolot wylatujący z Detroit o trzeciej po południu i wylądowałem w LA, akurat gdy zachodziło słońce.

Miałem wrażenie, że biorę udział w surrealistycznym scenariuszu, i trochę kręciło mi się w głowie. Poleciałem sam, co było dla mnie rzadkością i nieprzyjemnym doświadczeniem, a teraz, stojąc w korku na czterysta piątce, miałem chwilę na zastanowienie się, po jaką cholerę jadę do domu Quincy’ego Jonesa.

(…)

Kiedy dotarłem, impreza kręciła się już na całego. Byli wszyscy, od Stevena Spielberga po Tevina Campbella. W tej samej chwili, w której zatrzymałem samochód, na podjeździe zjawili się Stevie Wonder i Lionel Richie. Sytuacja mnie przerosła – wiedziałem, że nie pasuję do towarzystwa. Zanim jednak mój kruchy obraz samego siebie skłonił mnie do ucieczki, zobaczyłem znajomą twarz Benny’ego Mediny – kamizelkę ratunkową, dzięki której nie utonąłem w kolejnym morzu przekonania o swoim braku znaczenia, niedopasowaniu i tak dalej.

Hej – zawołał Benny – dotarłeś!

Chciałem odpowiedzieć: „Jasne, Benny, pierdol się, zwalam stąd", ale zamiast tego powiedziałem:

– Cześć, stary. Nie zdejmuj tej marynarki, bo gwarantuję ci, że więcej jej nie zobaczysz.

Benny miał na sobie jedną z tych marynarek w stylu Picassa, od Versace. Zaśmiał się, pociągnął za klapę i powiedział:

– Jeśli dziś wszystko pójdzie dobrze, jest twoja. Chodź, przedstawię cię Quincy’emu.

Miałem wrażenie, że to się po prostu dzieje za szybko. „Nie mogę najpierw dostać drinka? Albo jednego z tych trójkątnych tościków z serem, albo kawałka łososia, albo czegoś? Cholera. Naprawdę zaciągniesz mnie na spotkanie z Quincym Jonesem prosto z podjazdu? Muszę się rozluźnić, inaczej coś sobie przez ciebie naderwę".

Centrum imprezy stanowił potężny salon Quincy’ego – dwukondygnacyjny, zwieńczony kopulastym sufitem pokój wypełniony przez setki największych tuzów Hollywood i gwiazdy warte miliony dolarów. Quincy brylował, prezentując się niczym magik w designerskiej marynarce, której lewą stronę zdobiła haftowana klawiatura fortepianu. Wchodzimy z Bennym i zanim Benny’emu udaje się mnie przedstawić, spotykają się spojrzenia moje i Quincy’ego.

– Heeeej! – wykrzyknął Quincy. – Uwaga, wszyscy, Fresh Prince się pojawił!

Poczułbym się zawstydzony, gdyby moja obecność kogokolwiek obchodziła. Nie przejąłem się jednak, bo najwyraźniej znaczyłem coś dla najważniejszej osoby w pokoju. Quincy taki jest – uwielbia ludzi i cieszy się ich towarzystwem. W każdym widzi niepowtarzalne arcydzieło. Nie faworyzuje jednych gwiazd kosztem innych: autentycznie dostrzega coś interesującego w każdym.

Quincy podbiega rześkim krokiem z rozwartymi ramionami i obejmuje nas obu jednocześnie.

– Witam cię, witam – emocjonuje się Quincy.

– Dziękuję, panie Jones. Ten dom jest niesamowity! – emocjonuję się w odpowiedzi.

– Aaa, podoba ci się? To jest Bel-Air! Benny chce ulokować fabułę serialu w Beverly Hills. Tłumaczę mu od samego początku: stary, chuj z Beverly Hills! Przy Bel-Air Beverly Hills wygląda jak mieszkania komunalne! Benny opowiedział ci o naszym pomyśle?

– Wie pan co, trochę. To znaczy, eee, powiedział mi, że dorastał w Watts. A potem przeprowadził się do bogatej rodziny…

– Skąd jesteś? – spytał Quincy.

– Filadelfia – odpowiedziałem, przyjmując dumną minę i posturę, którą filadelfijczycy uważają za obowiązkową, by pokazać, że nasze miasto jest lepsze od innych.

– O Jezu, uwielbiam Filadelfię! – Nachylił się ku mnie i wyszeptał: – W Filadelfii przytrafiło mi się parę rzeczy, o których wolę nie wspominać. – Potem roześmiał się i pokiwał głową, czyniąc aluzję do jakichś ekscesów z czasów swej młodości.

– Dobra, mam, to będzie idealne: twoja postać jest z Filadelfii. Will z Filadelfii! A potem wyjeżdża do Bel-Air! – znów mówił na cały regulator. Quincy ewidentnie był po kilku głębszych.

Uznałem, że skoro jest w swoim domu, w dniu swoich urodzin, i świętuje swoją nagrodę za całokształt twórczości, to jeśli ma ochotę pić i wrzeszczeć, to cóż, Quincy, pij, cholera, i wrzeszcz do woli!

– Brandon! Brandon! – Quincy ryknął przez cały salon do czterdziestokilkuletniego białego faceta, który wyglądał niepozornie w skromnym ubraniu, ale wszyscy uważnie słuchali, co mówi. W każdym razie do chwili, w której gospodarz ryknął jego imię, zaskakując jego samego i większość pozostałych. Quincy przywołał go gestem dłoni.

– Brandon! Nowa wersja: z Filadelfii do Bel-Air!

Brandon Tartikoff był szefem NBC i jej najważniejszym decydentem. Decydował o tym, które programy otrzymają finansowanie i miejsce w ramówce stacji. Podszedł do nas w towarzystwie swojej prawej ręki Warrena Littlefielda (który później został dyrektorem całej sieci).

– Chodźcie poznać Fresh Prince’a! – polecił Quincy.

Wszyscy podaliśmy sobie ręce. Spojrzeli na mnie w sposób, którego wtedy nie rozpoznawałem, ale dziś dobrze rozumiem – to spojrzenie, którym mierzą cię przedstawiciele wyższego kierownictwa, kiedy za twoimi plecami odbyły się już dziesiątki godzin rozmów na twój temat. I nadal nie podjęli ostatecznej decyzji, czy na ciebie postawią.

– Okej, dobra, czy mogę prosić wszystkich o uwagę?! – wrzasnął Quincy. – Machniemy sobie przesłuchanie. Wynieście meble z salonu!

Rozejrzałem się, myśląc: „O, łał, przesłuchanie na imprezie, ale jazda! Quincy jest boski! Ciekawe, kto będzie się starał o rolę?".

– Skombinujcie dla Willa kopię tego scenariusza od Morrisa Daya. Tego, nad którym pracowaliśmy – zażądał Quincy.

Z początku powoli, a potem z bólem, uzmysłowiłem sobie, że to moje imię brzmi Will. Dostałem je po ojcu. A skoro ojca tu nie było i nikt inny nie reagował…

Wreszcie to do mnie dotarło. Quincy Jones życzył sobie, żebym wziął udział w improwizowanym przesłuchaniu na oczach największych ikon, obecnych i dawnych, całego przemysłu rozrywkowego oraz, co gorsza, kierownictwa National Broadcasting Company, która była domem Bill Cosby Show, Zdrówka, Złotek, Prawników z Miasta Aniołów i Seinfelda. Ugięły się pode mną kolana. Podczas gdy meble wyjeżdżały z pokoju, ktoś wręczył mi scenariusz.

Chwyciłem Quincy’ego za ramię. Chyba trochę mocniej, niż pozwalał savoir-vivre.

– Nie, proszę, nie, nie mogę teraz – wyszeptałem mu do ucha.

Spojrzał na mnie z niezachwianą radością osoby wstawionej.

– Przygotujcie wszystko! – nakazał zgromadzonym. – A ja zabiorę Willa do biblioteki i z nim pogadam.

(…)

Biblioteka Quincy’ego była wykończona w ciemnym mahoniu. Obite skórą fotele o wysokich oparciach, dywany – nie wiem, czy perskie, ale wyglądały na kosztowne. Nie pamiętam wiele więcej, bo oślepił mnie blask mnóstwa nagród Grammy, Tony, Emmy i Amerykańskiej Akademii Filmowej rozsianych po wszystkich powierzchniach niczym noże do masła w łazience naszego hotelu w Londynie. Nad moim lewym ramieniem wisiał oprawiony w ramę plakat Koloru purpury z Oprah Winfrey, natomiast nad prawym złowieszczo pochylała się tabliczka z wynikami sprzedaży "Thrillera" Michaela Jacksona – 48 000 000 egzemplarzy. (Mogłem po prostu napisać słowo „milionów", ale chciałem, byście poczuli, ile to zer). Miałem wrażenie, że Michael spogląda na mnie, stojąc na palcach w klasycznej pozie z "Billie Jean", jakby chciał powiedzieć: „I co teraz zrobisz, Will?".

Siadam. Quincy staje przede mną. Nie pierwszy raz jest w tej sytuacji. To jego zawód. Zarabia na życie, odsuwając głazy.

– Dobra, Filadelfia – zaczyna – czego ci trzeba?

– Panie Jones, ja, ja… nie jestem przygotowany, żeby wziąć udział w przesłuchaniu – wydukałem. – Kiedy pan zadzwonił, nie wiedziałem, no wie pan, co się dzieje, i w ogóle.

– To tylko kilka scen. Załatwiłem parę osób, które będą czytały kwestie razem z tobą. Musisz tylko być sobą i dobrze się bawić.

– Ale ja nie mogę starać się o rolę na imprezie. Muszę się przygotować, potrzebuję po prostu trochę czasu, żeby nad tym popracować.

– Okej, rozumiem. Ile czasu potrzebujesz? – spytał Quincy.

– Myślę, no, umm, może niech mi pan da tydzień, znajdę nauczyciela aktorstwa i zapoznam się z rolą, żeby ją odegrać, a nie tylko przeczytać.

Quincy rozważył moje słowa.

– Okej, czyli potrzebny ci tydzień?

– Tak, tydzień, to byłoby idealnie!

– Dobra, a wiesz, co się stanie za tydzień? – spytał Quincy. Jednak zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodał: – Brandon Tartikoff będzie miał pożar do ugaszenia w jednym ze swoich seriali i poleci do Kansas, żeby kogoś zwolnić. A potem będzie musiał przełożyć przesłuchanie na następny tydzień.

– O, to nieźle, nieźle! Dwa tygodnie pomogłyby mi jeszcze bardziej – stwierdziłem, nie zwracając uwagi na drugie dno słów Quincy’ego.

– Dobrze, dwa tygodnie. Wtedy Warren Littlefield zda sobie sprawę, że zupełnie zapomniał o jakimś szkolnym wydarzeniu jednego ze swoich dzieciaków i żona zbeszta go jak psa, jeśli nie przyjdzie. Zatem on będzie musiał przełożyć zebranie o kolejne dwa tygodnie.

– Dobrze – odparłem, czując, jak powoli dociera do mnie sens jego wypowiedzi. – To może miesiąc…?

Quincy nachylił się. Jego oczy były krystalicznie przejrzyste i spoglądały bystro, stuprocentowo trzeźwo.

– W tej chwili wszyscy, którzy muszą dać temu serialowi zielone światło, siedzą w moim salonie i czekają na ciebie. A ty masz do podjęcia decyzję, która zaważy na całym twoim życiu.

Przyswoiłem to. Skierowałem wzrok na Michaela, potem na Oprah. Odpowiedzieli spojrzeniem: „Wiemy, kochanie, łatwo nie jest".

– To jak będzie, Filadelfia?

– A, chuj – odpowiedziałem. – Proszę mi dać dziesięć minut.

Niewiele pamiętam z przesłuchania – został mi po nim rozmazany kolaż dowcipów, śmiechu, puent i improwizacji – twarze Quincy’ego, potem Brandona, Benny’ego – dwadzieścia magicznych minut i kulminacja w postaci owacji od wszystkich zebranych. Aplauz podziałał na mnie niczym wstrząs defibrylatora, przywracając świadomość sytuacji i poczucie czasu.

Quincy wstał i agresywnie wskazał palcem w stronę Brandona Tartikoffa.

– Podobało ci się?! – krzyknął.

– Tak, tak, Q, podobało mi się – odpowiedział spokojnie Brandon, nie ujawniając kart.

– Nie pieprz! Wiesz, o co mi chodzi! PODOBAŁO CI SIĘ?

Brandon doskonale wiedział, o co chodzi Quincy’emu.

– Tak, Quincy, podobało mi się – odparł Brandon stanowczo i z przekonaniem.

– Super! – ryknął Quincy, klasnął w dłonie i zwrócił palec ku innemu mężczyźnie, który okazał się strategicznie zaproszonym na imprezę dyrektorem zespołu prawnego Brandona Tartikoffa.

– Ej! – powiedział w chwili, w której jego ofiara odgryzała kęs minipizzy. – Jesteś prawnikiem Brandona. Słyszałeś, co przed chwilą powiedział. Przygotuj mi umowę, w te pędy!

Pomyślałem wtedy: „Cholera, Quincy Jones ma niezłą władzę. To nawet nie jest jego prawnik! Zmusza cudzych prawników do pracy w środę o dziewiątej wieczorem! Na imprezie!".

Prawnik spojrzał na Brandona, który spróbował wtrącić swoje trzy grosze.

– Quincy, słuchaj…

– NIE ANALIZUJEMY, NIE PARALIŻUJEMY! – krzyknął Quincy. – Przygotuj mi umowę, W TEJ CHWILI!

Brandon ulega i daje swojemu doradcy prawnemu sygnał skinieniem głowy, ten zaś rusza do wyjścia, idzie do limuzyny NBC i spędza w niej dwie godziny, przygotowując umowę.

Kiedy Quincy po raz kolejny obraca się energicznie i agresywnie wyciągając przed siebie palec wskazujący pełniący funkcję magicznej różdżki, kieruje go na mnie.

– Masz prawnika?

– No, nie, nie, nie tu na imprezie… – bąkam.

Quincy zawirowuje raz jeszcze, zupełnie zatracając się w roli magicznego dyrygenta, i celuje różdżką w kolejną ofiarę.

– Połącz mnie z Kenem Hertzem! Będzie nowym prawnikiem Filadelfii!

(Jako ciekawostkę nadmienię, że Ken Hertz przebywał wtedy na oddziale porodowym szpitala Cedars-Sinai, gdzie przed chwilą przyszła na świat jego pierwsza córka. Ale kiedy jesteś młodym prawnikiem, który właśnie założył rodzinę, i otrzymujesz o dziesiątej wieczorem telefon od Quincy’ego Jonesa, a porodówka Cedars-Sinai znajduje się dwadzieścia minut od domu Quincy’ego, docierasz na miejsce w osiemnaście. Tamtego wieczoru poznałem Kena Hertza. Reprezentował mnie w negocjacjach z NBC i przed podpisaniem każdej kolejnej umowy. Jest moim prawnikiem do dziś. A córce dał na imię Dani).

Wspomniałem, że Quincy pił tego wieczoru, prawda? Nie było powodu, żeby mówić tak głośno – salon nie był aż tak duży. Wszyscy doskonale go słyszeliśmy. Może jednak wiedział, że nie przemawia do naszych uszu – wrzeszczał, żeby jego głos dosięgnął wnętrz grot zastawionych głazami, przywołując i zapraszając magię wszechświata. Sądzę, że chciał być wystarczająco głośny, żeby cud na pewno nie ominął jego willi.

– NIE ANALIZUJEMY, NIE PARALIŻUJEMY! – krzyczał raz po raz.

W ciągu następnych dwóch godzin zaintonował tę mantrę około pięćdziesięciu razy. Stanowiła odpowiedź na każde pytanie, komentarz do każdego wahania, rozwiązanie każdej zagwozdki prawnej. Wysłuchiwaliśmy jej do chwili, gdy dwie godziny później Quincy Jones, Brandon Tartikoff, Benny Medina – i Will Smith – podpisali umowę na pilotażowy odcinek serialu telewizyjnego zatytułowanego próbnie The Fresh Prince of Bel-Air (Bajer z Bel-Air).

© Wydawnictwo Insignis

Will Smith, Mark Manson - 'Will' (przekł. Michał Strąkow, Michał Jóźwiak)Will Smith, Mark Manson - 'Will' (przekł. Michał Strąkow, Michał Jóźwiak) mat. prom. (Wydawnictwo Insignis)

Więcej o: