Jedna z najciekawszych autorek kryminałów powraca. Przeczytaj fragment "Szelestu" [18+]

Małgorzata Oliwia Sobczak zadebiutowała jako autorka kryminałów "Czerwienią" z 2019 roku, uzupełniając potem trylogię "Kolory zła" o równie doskonałe "Czerń" i "Biel". Dzięki tym książkom stała się cenioną twórczynią gatunku, jedną z moich ulubionych. Teraz powraca z początkiem nowej opowieści - publikujemy fragment "Szelestu".

Dziennikarka Alicja Grabska dostaje zlecenie przetestowania mobilnej aplikacji "Place to Rest", prowadzącej do zagadkowych miejsc na mapie Trójmiasta. W czasie jednego z "wypadów" natyka się na ciało zamordowanej kobiety. Śledztwo prowadzone przez detektywa Oskara Kordę wiedzie do mrocznego, pełnego tajemnic świata, w którym przeszłość nigdy nie daje o sobie zapomnieć.

Więcej informacji na temat literatury znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Małgorzata Oliwia Sobczak "Szelest", Wydawnictwo W.A.B - fragment:

Benzyna powoli przepływała przez rurkę. Licznik na dystrybutorze dobijał do stu. Alicja, ubrana w jednoczęściowy, niebieski bawełniany kombinezon, przycisnęła rączkę.

Jeszcze trochę. Zapach paliwa stawał się coraz bardziej intensywny, przenikał wiosenne powietrze powoli zmierzchającego dnia. Odwiesiła wąż na podajnik i skierowała się w stronę sklepu. Niebo po drugiej stronie stacji miało pomarańczowy kolor. Ciepły wiatr lekko smagał jej skórę i rozwiewał jej włosy. Weszła do budynku stacji paliw znajdującej się na pograniczu Sopotu i Gdańska. Jej szpilki zastukały o podłogę. Zapłaciła za benzynę i z papierowym kubkiem białej kawy wróciła w stronę auta. W tym momencie rozdzwonił się telefon. Otworzyła torebkę, wyciągnęła z niej smarftona i zerknęła na ekran, na którym wyświetliło się zdjęcie przedstawiające uśmiechniętego, zgolonego na zero mężczyznę z pieprzykiem na czole, niemal tuż nad linią brwi. Już dawno powinna była usunąć fotografię byłego męża z kontaktów. Tak samo jak numer Igora, choć ten akurat znała na pamięć, aczkolwiek wielokrotnie starała się go zapomnieć. Ściągnęła usta i, ignorując natarczywy dzwonek, wsiadła do samochodu. Zdenerwowana odpaliła silnik białej toyoty C-HR. Szyby automatycznie zjechały w dół, a z głośników popłynęła głośna muzyka. Alicja ściszyła ją, wzięła do ręki telefon i wstukała w niego nazwę aplikacji. Po chwili Place to Rest zainstalowała się na pulpicie.

WiedźminNetflix - grudzień 2021 to naprawdę dobre premiery, nie tylko "Wiedźmin"

Upiła łyk kawy. Odstawiła kubek i odpaliła program. Wyraziła zgodę na dostęp apki do funkcji swojego telefonu, w tym GPS-a, i zaakceptowała politykę firmy.

– Zobaczmy – powiedziała do siebie i włączyła usługę lokalizacji miejsca, w którym obecnie się znajdowała. Nacisnęła opcję „Szukaj". Na ekranie pojawił się komunikat: "Skup się na swojej intencji". Przewróciła oczami.

"Chciałabym zobaczyć coś inspirującego" – pomyślała ze znużeniem.

Kółeczko nadal wirowało. Po kilkunastu sekundach zamiast niego wyświetlił się czerwony punkt na mapie. Dziewięć kilometrów i czterysta metrów stąd. Przybliżyła. Współrzędne pokazywały coś leżącego na pograniczu Witomina i śródmieścia Gdyni.

"Lokalizacja będzie dostępna przez następne dwie godziny" – przeczytała komunikat.

Zobacz wideo Osiem historii, dziesiątki bohaterów i jedna aplikacja. "Planeta Singli" w wersji serialowej

Pogłośniła muzykę. Utwór Me and the Devil projektu Soap & Skin doskonale niósł ją przez miasto. Aleja Niepodległości niezauważalnie zmieniła się w aleję Zwycięstwa. Potem przeleciała drogą Gdyńską i skręciła w lewo tuż przed galerią Riviera. Wjechała pomiędzy zdewastowane budynki gospodarcze. Na podwórzu leżał rząd zniszczonych europalet. Tu droga się kończyła i zaczynał się las. Spojrzała na aplikację. Zostało trzysta pięćdziesiąt metrów. Dochodziła dziewiętnasta. Wciąż było dość jasno, choć słońce już niemal zniknęło za horyzontem. Chwilę się wahała, po czym zrzuciła szpilki i wyciągnęła zza siedzenia walające się tam trampki. Włożyła je i wysiadła z samochodu.

Powietrze pachniało suchą ziemią i igliwiem. Ptaki śpiewały jak oszalałe. Zerknęła na zabudowania. Wydawały się opuszczone. Przeszła wzdłuż nich i po ścieżce wkroczyła do lasu. Zapach świerków się wzmógł. Alicja wzięła głęboki oddech i lekko się uśmiechnęła, raźnym krokiem zmierzając ku wskazywanemu przez aplikację punktowi.

Dotarła do wysokiego wzgórza. Tu drzewa się przerzedziły. Zrobiło się mniej mrocznie. Zaczęła się wspinać po stromym zboczu, pokrytym korzeniami, mchem i suchymi gałęziami. Rozpoznawała to miejsce. Często wyskakiwała tu na wagary z oddalonej o jakieś dwa kilometry szkoły podstawowej przy ulicy Władysława IV, choć wtedy podchodziła tutaj od strony Kieleckiej, idąc szlakiem Zagórskiej Strugi.

Po kilku minutach była na miejscu. Przed nią w górę pięła się wysoka na piętnaście metrów wieża widokowa. Podeszła pod betonowy fundament i przyjrzała się obiektowi: nitowana konstrukcja, biało-żółte zmurszałe balustrady, dwa tarasy – jeden w połowie, drugi na samym szczycie. Alicja weszła na długi poziomy pomost ciągnący się obok podstawy wieży. Drewniane deski były spróchniałe i przegniłe. Ostrożnie stawiała kroki, aż rampą doszła do schodów. Choć z daleka wydawało jej się, że zbudowany w latach siedemdziesiątych punkt widokowy jest w dość dobrym stanie, zdała sobie sprawę, że nie dotrze na szczyt. Brakowało wielu stopni. A te, które pozostały pomiędzy szerokimi szczelinami, na pewno zarwałyby się pod jej ciężarem.

"Szkoda" – pomyślała zawiedziona. Nabrała wielkiej ochoty, by popatrzeć na rozciągający się z wieży horyzont zmierzchającego miasta. Chciała zobaczyć widma Oksywia i stojących w stoczni dźwigów, popatrzeć na centrum Gdyni z wyrastającymi ponad wszystko wieżowcami Sea Towers i zwieńczoną krzyżem Kamienną Górę, popodziwiać strzelistą wieżę ceglanego kościoła Świętego Antoniego na Wzgórzu Świętego Maksymiliana. Później przeniosłaby wzrok na redłowską białą koronę stadionu miejskiego i rozejrzała się dalej, do hali widowiskowej. Westchnęła, choć w duchu musiała przyznać, że już sam widok zdewastowanej, zapomnianej przez wszystkich wieży był w pewien sposób przejmujący. Nie miała nawet świadomości, że obiekt był zamknięty, i to pewnie od dawna.

Małgorzata Oliwia Sobczak"Dobra intryga kryminalna, świetny pomysł z dwoma identycznymi ofiarami". Publikujemy fragment "Czerwieni" [KSIĄŻKA TYGODNIA]

"Kiedy byłam tu ostatni raz?" – zastanowiła się. Przed jej oczami pojawiło się wspomnienie zgarbionych pleców. Ściągnięte gumką cienkie dredy, głowa schowana pomiędzy ramionami, zielona parka. Radek, uśmiechnęła się. Szedł przed nią typowym dla siebie krokiem, jakby trochę się skradał, a trochę chciał stać się niewidzialny. Odwrócił do niej twarz. Nieznacznie zakrzywiony nos z lekko uniesionymi dziurkami, kpiarskie w wyrazie oczy, duże usta chowające matowe zęby o nieco kwadratowym kształcie.

– Jaaaa – przeciągnął głoski. – To będzie coś niezwykłego, Ala. – Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej się wdrapać po stromym zboczu.

Dłoń Alicji w jego dłoni, mocne bicie serca.

Jej licealna miłość.

Choć przychodziła tu przecież wielokrotnie w dawniejszych latach, nigdy wcześniej nie było tu aż tak magicznie. Siedzieli na górnym tarasie ramię w ramię, patrząc na rozciągającą się przed nimi panoramę. Onieśmieleni bliskością i zarazem łaknący jej jak niczego na świecie. Rozmawiali o życiu, o swoich marzeniach, o planach na przyszłość. A gdy się ściemniło, Radek rozpalił małe ognisko na kawałku leżącej tam blachy.

Alicja uśmiechnęła się na to wspomnienie.

Od tej chwili minęło dziewiętnaście lat. "Byłam wtedy kimś zupełnie innym" – pomyślała i ścisnęło ją w dołku. "A ty musisz być taką cholerną trusią?!" – usłyszała w głowie głos byłego męża. Spadająca na jej usta pięść, metaliczny smak krwi i jego wzrok: powoli przytomniejący, jakby spadła z niego czarna zasłona. Pełne lęku szerokie źrenice, łzy cieknące po twarzy mężczyzny. Jej szept: "To nie twoja wina. To nie byłeś ty".

Dziennikarka wzdrygnęła się i szybko rozejrzała się wokół. Las zaczął tonąć w szarości. Liście drzew przestały być wyraźne, krawędzie nitowanej konstrukcji wieży straciły ostrość.

"Czas się zbierać" – przemknęło jej przez głowę i ostrożnie zaczęła opuszczać podest. Trzymając się lewej krawędzi, zeszła schodkami w dół. Coś chrupnęło pod podeszwą. Zerknęła. Kawałki rozbitej białej porcelany. Mechanicznie odsunęła je butem na bok.

Jak oceniłaby działanie aplikacji? Była mile zaskoczona. Telefon poprowadził ją w niecodzienne miejsce, trochę tajemnicze, z pewnością niebezpieczne. Jeśli na tym miała polegać ta zabawa, mogła śmiało napisać pozytywną recenzję. Tylko czy tego oczekiwał jej szef?

"Zrób tak, żeby to było mocne. Zresztą wiesz, co się sprzedaje".

Alicja pokręciła głową. Totalny absurd.

"No dobra, jeszcze jedno podejście" – pomyślała. Wyjęła telefon z kieszeni kombinezonu i odpaliła aplikację. Na szczęście miała tutaj zasięg. Wcisnęła wyszukiwanie lokalizacji.

Intencja, intencja… Skupiła się:

Płomienie ogniska. Zabarwiona na pomarańczowo twarz Radka. Jego miękkie wargi na jej ustach. Mokry język. Ręka błądząca po jej drżącym udzie. Kółeczko nadal wirowało. Alicja zaczęła schodzić w dół po stromym zboczu.

– Jaaaa. Alaaaaa – wzdycha Radek.

Jego język znów wślizguje się do jej buzi. Przejeżdża po zębach. Owija się wokół jej języka. Sięga dłonią do spodni. Zanurza się pod materiał majtek.

Alicja usłyszała ciche piknięcie i zatrzymała się. Aplikacja znalazła lokalizację.

Strzałka wyznaczała przeciwny kierunek niż ten, w którym poruszała się Alicja.

Cel oddalony był o dwieście pięćdziesiąt metrów od niej. "Lokalizacja dostępna przez dziesięć kolejnych minut" – ogłosił komunikat na wyświetlaczu.

– Hm – bąknęła zaskoczona.

Odwróciła się. Znów wdrapała się na wzgórze i rozejrzała. Szarość była coraz głębsza, choć nadal panowała jako taka widoczność. Lokalizator na wirtualnej mapie wskazywał miejsce po drugiej stronie wzniesienia. Przeszła obok wieży i ponownie zaczęła zsuwać się po stromiźnie. Idąc za wytycznymi GPS-a, skręciła w prawo między drzewa. Cel powinien być gdzieś tutaj. Obróciła się wokół własnej osi, starając się coś wypatrzyć, ale nic nie przykuło jej uwagi. Nagle usłyszała jakiś dźwięk. Łamane suche drewno. Jej serce na chwilę stanęło. Momentalnie oblał ją zimny pot. Co to było? Poczuła, jak wzrasta w niej lęk.

Uklęknęła i wyłączyła ekran telefonu, by światło nie zdradzało jej kryjówki. Zaczęła nasłuchiwać. Znów łamane patyki, a po chwili westchnięcie. Przeciągłe. Niskie. Zmysłowe I znów to samo. Tym razem jednak jęk narastał i pęczniał. Poziom strachu zelżał. W głosach nie było nic przerażającego. Raczej wypełniało je poczucie przyjemności.

Uśmiechnęła się pod nosem, z niedowierzaniem pokręciła głową.

"Czy to możliwe?" – przez jej umysł przemknęła myśl. Wstała i lekko się pochylając, podążyła za dźwiękiem. Za moment z szarości wyłoniły się kształty, więc szybko uskoczyła i przylgnęła do drzewa. Powoli wysunęła głowę zza pnia.

Stali bokiem do niej. Kobieta w średnim wieku była zupełnie naga. Rękoma opierała się o brzozę, której biała kora jaśniała w narastającym mroku. Duże, jasne piersi nieznajomej ciężko zwisały, raz po raz kołysały na boki. Na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna miał na sobie koszulę. Opuścił jedynie spodnie. Przywierał do jej pośladków, rytmicznie się poruszając. 

– Ooooo… – jęczał. – Ooooo…

Alicja jeszcze mocniej przycisnęła się do drzewa. Poczuła się zawstydzona, a zarazem zupełnie miękka, jakby rozkosz, której stała się świadkiem, zaczęła jej się udzielać. Jej serce biło jak oszalałe. Miała ochotę znów wysunąć głowę z kryjówki i jeszcze popatrzeć, a zarazem bała się, że para ją zauważy. Starała się oddychać jak najciszej, by nie zdradził jej nawet najmniejszy szelest.

"Co ja robię?" – pomyślała spanikowana. "Co tu się, kurwa, dzieje?".

Oderwała ciało od drzewa i uważnie stawiając kroki, zawróciła. Gdy znów znalazła się na szczycie wzgórza, wieżę widokową oplótł już złowieszczy mrok. Trzęsącymi się rękoma włączyła latarkę w telefonie i zaczęła zbiegać na dół.

Ani razu nie obejrzała się za siebie.

<<Reklama>> Ebooki Małgorzaty Oliwii Sobczak dostępne są w Publio.pl >>

Więcej o: