Jacek Bocheński: Nikt nie zauważył, że demokracja stwarza prawo do swojskości [FRAGMENT KSIĄŻKI]

95-letni Jacek Bocheński to z pewnością jeden z najstarszych blogerów świata. I zarazem jeden z najbardziej przenikliwych, czego dowód daje w kończącym jego Trylogię Internetową "Ujściu", czyli "Blogu Trzecim", niestety - jak zapowiada - ostatnim. Dlaczego dziś chorowita demokracja umiera - zastanawia się bloger, znawca antyku i twórca słynnych książek o starożytnym Rzymie. Jak pięćset plus zmienia się w pięćset pluralizm? Czym jest powszechne wkurzenie, komu i do czego potrzebna jest swojskość? Co dziś właściwie oznacza słowo "normalnie"? W Gazeta.pl przedstawiamy fragment książki.

Zapiski Bocheńskiego powstawały przez dwa i pół roku, od maja 2018 do stycznia 2021, w burzliwym czasie protestów społecznych i pandemii, a także w chwili, gdy przed oknem autora powstaje „Inwestycja", która zdaniem mieszkańców jego domu zamknie ich w "betonowej trumnie". Odnajdują się też zagubione utwory jego ojca - do tego dzieje się mnóstwo rzeczy stanowiących doskonały pretekst do arcyciekawych spostrzeżeń, rozważań i podsumowań. "Mądrość nie jest racją. Jest zdolnością dostrzegania różnych widoków" – przypomina Jacek Bocheński. Z tych widoków możemy złożyć intrygującą panoramę współczesności, która składa się zawsze nie tylko z tego, co właśnie jest, ale też z tego, co było. Poniżej prezentujemy fragment "Ujścia", które ukazało się 26 listopada nakładem Wydawnictwa Agora.

Zobacz wideo Popkultura odc. 93

Jacek Bocheński, "Ujście. Blog trzeci" - fragment książki

22 września 2018

OBCOŚĆ

Demokracja umiera z wielu powodów, które zostały już wykryte, zbadane i różnie opisane przez licznych autorów. Mówi się o bezsilności demokracji wobec wyzwań na poszczególnych arenach. Ekonomista na przykład przedstawia dowody statystyczne, jak monstrualnie pogłębia się przepaść w podziale dochodu między ludźmi na przekór wszelkim wysiłkom demokracji. Psycholog społeczny dzięki badaniu myślenia i emocji mas widzi głównie kolizję demokracji z ich świadomością. Politolog wywodzi przyczyny kryzysu z funkcjonowania rządów i państw. Psim węchem artysty, jeśli go ma, wyczuwa takie zjawiska na nieoczekiwanych polach raper, najistotniejsza bodaj figura w demokratycznej kulturze.

Nie mam zamiaru dorzucać swoich trzech groszy do tego, co tak różni specjaliści dostatecznie rozpoznali. Przyjmuję, że jest, jak w sumie twierdzą. Demokracja nie daje sobie rady ze skoncentrowaną potęgą kapitału i tajną władzą wielkich korporacji, z mediami rządzącymi polityką według praw show-biznesu, lecz wbrew prawom rozumu, z bezmiarem fałszywych treści w internecie i z wyborcami gardzącymi demokracją w ich interesie stworzoną. Do tego wszystkiego dochodzi bezradność wobec problemu uchodźców, nie mówiąc o perspektywie migracji transkontynentalnej w przyszłości pod wpływem ocieplania się klimatu.

Czy zatem demokracja nie udała się filozofom? Myślę, że raczej nie przewidzieli jej rozwoju i konsekwencji po wiekach. Ponieważ jest demokracją, musi podejmować raz po raz demokratyczne zadania, z upływem czasu wciąż nowe, których jednak nie może wykonać. Pierwsze takie przekroczenie granic wykonalności zaszło już chyba w momencie, gdy demokracja, aby zaspokoić wolę ludu, zgodziła się dołączyć do swych kompetencji, poza gwarantowaniem politycznych praw obywatelskich, również gwarancje ekonomiczne i socjalne. Zasięg potrzeb w tej dziedzinie z różnych powodów, między innymi dzięki wynalazkom nauki, rośnie w coraz szybszym tempie. Żadne państwo nie jest w mocy procesowi temu sprostać. Rządy mogą to co najwyżej obiecywać lub udawać, że robią. Demokracja rozumiana jako zobowiązanie państwa do realizowania zamówień na nieograniczony dobrobyt każdej osoby musi zawieść.

Wcale jednak nie ta ekonomiczno-socjalna niemożność wywołuje najgłębsze rozczarowanie, choć tak się na ogół uważa. Są inne, trudniej rozpoznawalne motywy zawodu. Nie dotyczą zaspokajania potrzeb materialnych i konsumpcyjnych. Chodzi o samopoczucie.

Skąd się bierze w demokracji nieokreślone „wkurzenie" społeczne? Było ono w Polsce główną przyczyną wygranej PiS-u w wyborach 2015. Z powodu nieokreśloności i nieuchwytności zignorowali je przed wyborami profesjonalni obserwatorzy. Potem dopiero napisano i powiedziano o nim to i owo jako fenomenie „godnościowym".

Otóż nikt nie zauważył, że demokracja, choć nic takiego nie głosi, stwarza faktycznie wśród wielu praw człowieka prawo do swojskości. Takie przynajmniej poczucie ma demos. Jeśli jest demokracja, powinno być po mojemu/naszemu, myśli sobie pełnoprawny przecież wolny człowiek. Nie powinno być lepszych od niego elit i nie powinna kłuć go w oczy żadna cudzość. On chce się raz wreszcie dobrze poczuć, po swojemu i u siebie. To jest najważniejsze.

– A co to za imię premiera Donald? Przecież nie nasze. Przecież coś znaczy, coś mówi o nim – wygarniała mi swoje złości w roku wyborczym 2015 wkurzona Polka nienawidząca również mnie za to, że jestem, kim jestem.

Wybory przyniosły niespodziewane zwycięstwo PiS-owi, gdy znaczny procent demosu, wkurzony na nieznośną obcość bytu, która niejedno ma imię, zorientował się w ostatniej chwili, jaką szansę daje PiS: będzie można żyć bardziej po naszemu. O tym się nie mówiło, to się nagle poczuło i sondaże przedwyborcze nie zdążyły jeszcze przewidzieć skutków.

Oczywiście, rodzajów tego, co nasze, jest wiele, nie tylko jeden mój, bo ludzie w ogóle są różni. Spostrzeżono to dość dawno i dlatego właśnie wymyślono demokrację: żeby z powodu swej różności nie musieli się zabijać, lecz mogli w niej żyć, regulując współżycie umową społeczną i kompromisami. Takiej filozofii lud nie ma w genach. Zna i rozumie od prawieków demokrację bezpośrednią pod postacią wiecu lub silną władzę osobową jakiegoś autorytetu. Poprze jedno albo drugie. Łatwo się też z jednego na drugie przerzuci.

Demokracja musi poddawać się decyzjom demosu, nawet najgłupszym, inaczej nie byłaby demokracją. To jest fundament, na którym się zasadza, i fundamentalny kłopot od początku jej istnienia. Sprytnie manewrując, może nie dać demosowi sposobności, by o pewnych rzeczach decydował. W Polsce nie rozpisze referendum w sprawie kastracji „dewiantów" ani przywrócenia kary śmierci. Zbyt pewna siebie w Anglii zaryzykowała i doprowadziła do brexitu, a teraz pluje sobie w brodę. Czy jednak Brytyjczycy, głosując za brexitem, chcieli w istocie więcej niż Polacy, głosując na PiS? Tylko przecież u siebie chcieli swojego, nie supremacji cudzego, rzekomo lepszego, a są pod tym względem bardzo czuli. Tusk im będzie mówił, jak ma być? Chcieli też co prawda mniej płacić. Ale raczej omylili się w rachunku.

Demokracja współczesna mnoży wolności, o których, można powiedzieć, nie śniło się filozofom. Są już wśród nich wolności sprzeczne z elementarnymi założeniami samej demokracji, ale trudno zaprzeczyć, że bez niej by nie powstały. Wszelkie te „wolności od" i „wolności do" są też raczej prawami do czegoś lub roszczeniami wynikającymi z ogólnego doświadczania demokracji w życiu niż praktyczną realizacją tych praw i roszczeń. Jednym z nich jest – tak to sobie doraźnie nazwę – wolność od obcości, czego dobijają się obecnie w kilku krajach poważne odłamy demosu pod przywództwem prawicy.

<<Reklama>> Ebooki Jacka Bocheńskiego dostępne są w Publio.pl >>

Więcej o: