Do "W labiryncie" dołączyła w ostatniej chwili po rezygnacji innej aktorki. "Ucieszyłam się, że zagram z Markiem"

30 grudnia 1988 Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek "W labiryncie". Przez kolejne dwa i pół roku Polacy z zapartym tchem śledzili losy Ewy Glinickiej, jej współpracowników i bliskich. Wśród nich był szef laboratorium w Instytucie Farmakologii Adam Racewicz, grany przez Marka Kondrata. Jego serialową żoną została - w ostatniej chwili! - Sławomira Łozińska. Jak aktorka wspomina tę współpracę?

Sławomira Łozińska, która na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni została nagrodzona za rolę w "Lokatorce" Michała Otłowskiego, opowiedziała o pracy z Markiem Kondratem przy pierwszej polskiej telenoweli Jackowi Wakarowi. Wywiad jest częścią książki "Pierwsze życie Marka Kondrata".

- Któregoś jesiennego wieczoru przyjechała do mnie druga reżyserka, która zajmowała się produkcją "W labiryncie", moja znajoma. Powiedziała, że musi natychmiast zawieźć mnie na Chełmską do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, bo wszyscy czekają, jutro zaczynają się zdjęcia, a jedna z aktorek w ostatniej chwili odmówiła. Wszystko było przygotowywane pod nią, to ona miała być w parze z Markiem - wspomina aktorka. W książce nazwisko nie pada, ale podobno osobą, która zrezygnowała z roli dziennikarki Joanny Racewicz, była Grażyna Barszczewska. Wtedy na planie pojawiła się Łozińska.

Zobacz wideo Rozmowa z Piotrem Polakiem, aktorem serialu "Office pl" [Popkultura Extra]

Jeden odcinek był kręcony zwykle przez tydzień i kosztował ok. 15 mln złotych (inne seriale miały wtedy budżet za odcinek na poziomie 40-50 mln). Scenariusze były pisane na dwa miesiące do przodu. "W labiryncie" oglądało czasem nawet aż 16 mln widzów, ale aktorzy musieli mierzyć się z zarzutami, że "sprzedali się", "zniżyli" do grania w telenoweli. Marek Kondrat jako jeden z nielicznych nie miał z tym żadnego problemu. - Moje środowisko żyło wspomnieniem minionej epoki, kiedy nie było reklam, a udział w operze mydlanej budził zażenowanie - mówił aktor w jednym z wywiadów. - Ja się w to "wpuściłem", bo uprawiałem ten zawód z całym jego dobrodziejstwem - dodawał Kondrat. A jak wspomina tamten okres Łozińska? Publikujemy fragment rozmowy Jacka Wakara z aktorką. 

'W labiryncie'PRL skończył się rok wcześniej. Dobiła go polska telenowela

Więcej tekstów o serialach znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Jacek Wakar "Pierwsze życie Marka Kondrata", Czerwone i Czarne - fragment:

Serial "W labiryncie", w którym grałaś z Markiem Kondratem, to była przełomowa sprawa. Pierwsza polska telenowela...

Tak, ale podczas realizacji jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Kręciliśmy ten serial transzami, po dwanaście odcinków każda. Nie wiedzieliśmy, czy ta praca potrwa rok, czy zaraz się skończy. Odcinki były odbierane, podobały się, przychodziło zamówienie na kolejne – tak to się odbywało. Trzeba było zebrać siły na kolejne transze. I tak doszliśmy do stu dwóch odcinków. Kręciliśmy przez trzy lata.

Jak trafiłaś do tego serialu?

Któregoś jesiennego wieczoru przyjechała do mnie druga reżyserka, która zajmowała się produkcją "W labiryncie", moja znajoma. Powiedziała, że musi natychmiast zawieźć mnie na Chełmską do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, bo wszyscy czekają, jutro zaczynają się zdjęcia, a jedna z aktorek w ostatniej chwili odmówiła. Wszystko było przygotowywane pod nią, to ona miała być w parze z Markiem. Ja na to jak na lato, bo uwielbiam historie, które w mgnieniu oka zmieniają całe życie. Pojechałam, bardzo się ucieszyłam, że reżyserem jest Paweł Karpiński, bo to absolutnie pozytywna postać, nie ma w nim grama złości, krztyny agresji. A przede wszystkim ucieszyłam się, że zagram z Markiem. Znaliśmy się jeszcze ze studiów. Gdy przyszłam do warszawskiej PWST, on był na roku dyplomowym. Był zachwycający. Poza niesamowitymi umiejętnościami na każdym aktorskim polu miał to trudne do nazwania coś, co odznacza tylko wybranych.

Niektórzy do "W labiryncie" podchodzili lekceważąco, ale zagrali tam świetni aktorzy.

Leon Niemczyk, Barbara Horawianka, Wiesław Drzewicz, Sławek Voit, Janusz Bylczyński, Małgorzata "Duda" Lorentowicz… Widzisz, jaka to jest drużyna.

Z Markiem Kondratem graliście małżeństwo. Powiedziałaś, że to trwało trzy lata, a więc kawał czasu.

Z Markiem nie sposób się nudzić. Ma fantastyczny temperament, jest jak wulkan. Dogadywaliśmy się bez najmniejszego wysiłku. W tym czasie po kilku latach przerwy wracałam do teatru i któregoś razu poprosiłam, żeby w tygodniu przed premierą mieć trochę więcej wolnego. Marek się zdziwił, że gram w teatrze. "Cały świat czeka na Peer Gynta" – ironizował. Sam wtedy nie był w żadnym teatrze. To było jeszcze przed jego przyjściem do warszawskiego Ateneum, gdzie zagrał przecież – świetnie – w Mazepie i Fantazym.

Wcześniej był w Dramatycznym u Gustawa Holoubka.

Tak, ale w momencie gdy kręciliśmy "W labiryncie", nie czuł pragnienia pracy w teatrze, obśmiewał go nawet. Prawdopodobnie dlatego, że odebranie dyrekcji Dramatycznego Holoubkowi przeżył bardzo osobiście. Wtedy zakończył się kawałek jego życia, spora część jego świata została zniszczona.

TulipanKsięża protestowali, a ludzie oglądali. Prawdziwy "Tulipan" dostał 15 lat więzienia, serialowy miał się dać lubić

Masz poczucie, że przez te trzy lata choć trochę go poznałaś?

Tak. Nasze spotkanie wydarzyło się w momencie dla niego szczególnym, gdy dokonywał osobistego przewartościowania. Był przed "Ekstradycją" w reżyserii Wojciecha Wójcika, a więc przed wybuchem gigantycznej popularności. Nie spotkał jeszcze Władysława Pasikowskiego, który zmienił jego aktorski wizerunek. Podczas kręcenia "W labiryncie" przeżył wypadek samochodowy. Wyszedł z niego z bliznami na czole i innym – tak mi się przynajmniej wydaje – spojrzeniem na życie.

Zbliżyło nas jeszcze to, że nasze dzieci chodziły razem do szkoły muzycznej na Miodowej, nawet do jednej klasy, a wcześniej do przedszkola. Wyrzucało się dzieci z samochodu przy szkole, a potem jechało na plan. Także dzięki temu bywaliśmy u siebie, piliśmy dużo wina, gotowaliśmy różne pyszne rzeczy.

O czym najchętniej rozmawialiście?

Na pewno nie prowadziliśmy trudnych rozmów o zawodzie. Nasze rozmowy miały w sobie wiele rubaszności, Marek jest znany z czasem dosadnych, ale bardzo smakowitych dowcipów. Nie bał się balansować na granicy. Mieliśmy w tamtym czasie własny kod porozumiewania się. Bardzo dużo się śmialiśmy. Kiedyś mieliśmy dwie godziny przerwy w zdjęciach do "W labiryncie" i większą grupą wybraliśmy się do pobliskiego kina na Woli. Nie pamiętam, jaki to był film, ale pamiętam, że mało brakowało, żeby nas wyrzucili z seansu, bo tak się śmialiśmy, choć film zdaje się, wcale nie był zabawny.

Marek był odważny, nic sobie nie robił ze środowiskowej krytyki, jaka spadła na nas – aktorów "W labiryncie". Dostałam kiedyś propozycję występu w spektaklu Teatru Telewizji i dowiedziałam się, że koledzy nie chcą ze mną grać, bo jestem ta z telenoweli.

Niejeden doradzał mi, żebym rzuciła serial. A Marek obnosił się z tym demonstracyjnie. Bo przecież "Świat czeka na Peer Gynta"...

Edward Nożycoręki31 lat temu zadebiutował "Edward Nożycoręki". Baśniowa opowieść o szukaniu akceptacji

Jakim był Marek Kondrat aktorem? Czy nie wydaje ci się, że pod tą jego wesołością, ukazywaną także w rolach komediowych, kryje się smutek, zaduma?

Najpierw trzeba powiedzieć, że był zawsze doskonale przygotowany. Miał zawsze odrobioną pracę domową, zawsze umiał tekst, a z tym w serialach często bywa różnie. Masz rację, pod tą jego rubasznością krył się jakiś smutek. Choć może się już go pozbył, bo kiedy w ubiegłym roku z nim rozmawiałam, zwierzył mi się, że jest nieprawdopodobnie szczęśliwy. "Życie ma dla mnie smak i sens" – wyznał. I chyba mu dobrze z tym, że zrezygnował z aktorstwa. Marek pochodzi z aktorskiej rodziny, zatem rezygnacja z aktorstwa w jego przypadku była rezygnacją ze wszystkiego, co w tamtym czasie miał. Ale zawsze cechował go dystans wobec naszego aktorskiego świata, doskonale widział specyfikę tego środowiska. Kiedy zaczęła się ekscytacja wrocławskim Przeglądem Piosenki Aktorskiej, zapytano go, dlaczego nie bierze w nim udziału. Odparł na to, że wystąpi w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej pod warunkiem, że chirurdzy będą startować w konkursie na wycięcie wyrostka robaczkowego. A przecież Marek świetnie śpiewa, ma poczucie rytmu. Sama słyszałam, jak znakomicie interpretował songi Wysockiego.

Pierwsze życie Marka KondrataPierwsze życie Marka Kondrata Czerwone i Czarne

Więcej o: