Krzysztof Wielicki: Przy akcji ratunkowej Revol i Mackiewicza nie miałem odwagi nikogo wyznaczyć [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Nawet gdy jestem sam, nie czuję się samotny. Wiem, że ktoś na mnie czeka w bazie, w domu. Dwudniową samotność można polubić, bo ona wynika z realizacji marzenia. Boję się samotności w życiu" - pisze w swojej pierwszej autorskiej książce Krzysztof Wielicki. Piąty człowiek na świecie, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników, laureat Złotego Czekana za całokształt dokonań wspinaczkowych, wyróżniony nagrodą księżnej Asturii w dziedzinie sportu. W Gazeta.pl prezentujemy przedpremierowy fragment książki "Solo. Moje samotne wspinaczki".

Krzysztof Wielicki to piąty człowiek na świecie, który zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników, z czego aż pięć samotnie (Broad Peak, Lhotse, Dhaulagiri, Sziszapangma, Nanga Parbat). Wydawać by się mogło, że jego kariera wspinaczkowa nie ma już przed czytelnikami tajemnic. A jednak. "Solo", które Wydawnictwo Agora wydaje 12 stycznia, to zapis samotnych wejść Wielickiego na najwyższe góry świata okraszony subtelnie podanymi refleksjami autora – bohatera o kondycji człowieka, o górach, partnerstwie i samotności. Na łamach książki znajdziemy m.in. historię związaną z akcją ratunkową Elisabeth Revol i Tomasza Mackiewicza, którą koordynował Wielicki. Poniżej przeczytacie fragment tej opowieści.

Zobacz wideo Bielecki: "Chcę być starym a nie dobrym himalaistą"

Krzysztof Wielicki, "Solo. Moje samotne wspinaczki" - fragment książki

26 stycznia 2018 roku, godzina siódma rano. Baza zimowej wyprawy na K2. Zwykle z Piotrem Tomalą jesteśmy w mesie pierwsi. Otwieram komputer, jest mail od Janusza Majera: Revol i Mackiewicz utknęli na wysokości 7400 metrów poniżej kopuły szczytowej Nanga Parbat. Ambasada francuska zorganizowała pieniądze na helikopter i akcję ratunkową. (Okazało się, że to nie była prawda).

Robert Szymczak, lekarz, specjalista medycyny górskiej, został dołączony do grupy koordynacyjnej akcji ratunkowej. Jest tam też Daniele Nardi i kilka innych osób. O godz. 8.20 ich agent będzie w Askari Aviation. Robert prześle Wam zdjęcie z dokładną pozycją miejsca, w którym się znajdują. Trzeba zdecydować, czy ktoś z naszego składu weźmie udział w akcji ratunkowej. Zadzwoń. Pozdrawiam, Janusz

Dzwonię po więcej informacji. Robert kontaktuje się z Ludovikiem Giambiassim, przyjacielem Elisabeth Revol, który ma z nią kontakt przez SMS. Wiemy, że schodzą ze szczytu, że Tomek jest w ciężkim stanie. Idą bardzo wolno. Nie wracają drogą wejścia, ale prosto w dół, linią drogi Kinshofera. Jest też wiadomość od agenta organizującego wyprawę Elisabeth i Tomka, że nie mają polisy ubezpieczeniowej obejmującej akcję ratunkowe z użyciem helikopterów.

Kto może im pomóc? W rejonie Nanga Parbat nie ma żadnej wyprawy, żaden z tragarzy wysokościowych nie ma aklimatyzacji. Na nic zdają się próby zorganizowania akcji przy pomocy agenta. W Karakorum działa tylko nasza wyprawa, jedynie my możemy pomóc. Trzeba brać sprawy w swoje ręce.

Nie mam odwagi nikogo wyznaczyć.

Michał Pyka przysyła mi prognozy pogody dla Nanga Parbat. Wyglądają nie najlepiej: na wysokości 7500 metrów wiatr osiąga w porywach prędkość 70-80 km/h.

Łączę się z panem Zbyszkiem Wyszomirskim, attaché polskiej ambasady w Pakistanie. Zaczyna się walka o helikoptery. Askari Aviation, która dysponuje śmigłowcami, żąda gwarancji pokrycia kosztów akcji, które mogą wynieść kilkadziesiąt tysięcy dolarów.

Francuzi ociągają się z decyzjami, a czas nagli. Nasza ambasada walczy o gwarancje w polskim MSZ. Bez użycia śmigłowców żadna akcja ratunkowa się nie uda.

Zbyszek Wyszomirski spędza kolejne godziny w biurze Askari Aviation. Namawia Pakistańczyków do uruchomienia helikopterów, ale nie ustępują, jakaś patowa sytuacja. Jesteśmy gotowi ruszyć na akcję, ale... jak?

„Gorący" zimowy dzień, dziesiątki telefonów, maili i niepewność: czy ktoś i kto zapłaci w końcu za ratowanie alpinistów. Nie mam na to wpływu. Praktycznie żadnego. Pozostaje nadzieja, rozpoczynam przygotowania.

Myślę, jak wybrać potencjalny zespół ratunkowy. Nie mam odwagi, a może i prawa, nikogo wyznaczyć. Wybrnąłem z tej trudnej sytuacji. Zebrałem cały zespół i zapytałem, kto leci.

– Wszyscy gotowi! – odparli. Mogę jednak wybrać tylko czterech chłopaków, po dwóch do helikoptera, a więc:

Jarek Botor, bo jest ratownikiem medycznym.

Piotrek Tomala, bo zna ten rejon.

Jeszcze dwójka najlepiej zaaklimatyzowanych i mocnych: Denis Urubko i Adam Bielecki.

Niezależnie od tego, co się stanie, chłopcy przygotowują sprzęt ratowniczy oraz butle z tlenem. Jesteśmy gotowi.

Nasze dotychczasowe zmagania z K2 schodzą na drugi plan. Najważniejsi są teraz Eli i Tomek.

Późnym wieczorem telefon z polskiej ambasady i dobra wiadomość: są pieniądze, jutro przylecą dwa helikoptery MC5. Ulga. Mobilizacja.

Rozmawiamy w bazie o wyprawie Elisabeth i Tomka. Śledziliśmy w internecie ich akcję na Nanga Parbat, wspinali się drogą Messnera. Droga, którą w 1978 roku samotnie wytyczył Reinhold Messner, jest zapewne najłatwiejsza na ścianie Diamir, ale też dosyć długa. Tomek od lat walczył o Nanga Parbat, o pierwsze zimowe wejście. Miał już za sobą sześć czy siedem prób, kilka razy również z Elisabeth. Dobrze się znali, byli przyjaciółmi, a to bardzo ważne przy podejmowaniu wyzwań w małych zespołach.

Dla Eli i Tomka Nanga Parbat zimą była Świętym Graalem! A jednak uprzedzili ich w 2016 roku, w lutym Simone Moro, Alex Txikon i Ali Sadpara, dokonując pierwszego wejścia zimowego na Nanga Parbat. Nie zraziło to ani Eli, ani Tomka. Chcieli zrealizować swoje marzenie, by stanąć zimą na tej górze.

Kiedy dotarła do nas informacja, że 24 stycznia ruszają w kierunku szczytu z zamiarem wejścia następnego dnia, pomyślałem, że to nie jest dobry pomysł. Mieli aklimatyzację tylko do 6000 metrów. Dlaczego tak się spieszyli? Przecież dopiero styczeń. Z obawą czekałem na wiadomości z ataku szczytowego, mając w pamięci obsesję Tomka na punkcie zimowego zdobywania Nanga Parbat. W małym zespole łatwo jest stracić czujność, brakuje hamulcowych, którzy mogliby coś doradzić, zasiać wątpliwości, ocenić kondycję, przygotowanie, zdrowie...

Stało się! Nasz zespół ratunkowy czeka w dołkach startowych. Piotrek Snopczyński mozolnie wyrównuje platformę, by helikopter mógł wylądować. Od rana grzeją się telefony na liniach z ambasadą polską i agencją Askari Aviation, która ma przysłać śmigłowce.

Wojskowi, którzy stacjonują na lodowcu Baltoro, informują agencję, że pułap chmur jest zbyt niski. My mówimy, że w bazie jest OK. Długo trwa przekonywanie pilotów, by jednak odpalili maszyny. Wreszcie dzwoni Zbyszek Wyszomirski – siłą rzeczy zaprzyjaźniliśmy się – z informacją, że wystartowali. Ale jest już późno. Około trzeciej po południu obok bazy lądują dwa śmigłowce. Czwórka naszych wskakuje do kabin i w drogę. W Skardu doposażają jeden helikopter w wyciągarkę linową. Mają nadzieję na oblot na wysokości 7200 metrów i ewentualną ewakuację Elisabeth i Tomka.

Teraz walczą o to, by przed zmrokiem wylądować pod Nanga Parbat. Znam ten rejon i wiem, że jak wylądują w miejscu, gdzie alpiniści zwykle zakładają bazę, czyli na 4000 metrów, do ściany będzie jeszcze jeden dzień drogi.

Proszę Zbyszka Wyszomirskiego, by naciskał na Askari i pilotów, aby lądowali na wysokości obozu pierwszego, czyli na mniej więcej 4850 metrach. Zaoszczędzimy wtedy jeden dzień. Nie wiem, jakich argumentów użył, ale piloci spisali się wspaniale i tuż przed zmrokiem wylądowali tam, gdzie sugerowaliśmy. Na oblot ściany zabrakło już jednak czasu.

Piotrek i Jarek zostają w odwodzie na wypadek, gdyby trzeba było przetransportować alpinistów w dół doliny. Denis i Adam, wyposażeni w mały namiot, sprzęt do gotowania i lekarstwa, ruszają natychmiast w kuluar na drodze Kinshofera. Wiedzieliśmy, że nie będą się wspinali drogą Messnera. Raczej nie znaleźliby tam żadnych lin, z których mogliby skorzystać, bo to bardzo rzadko wybierana droga.

Zapadł zmrok, a oni muszą pokonać 1300 metrów różnicy wysokości do Gniazda Orłów, w bardzo wymagającym terenie. Ostatnie 300 metrów wiedzie pionowymi ścianami.

Denis i Adam mają szczęście. W kuluarze i ścianie prowadzącej do Gniazda Orłów znajdują liny, które zostały po jesiennej wyprawie, chyba Koreańczyków. To zdecydowanie przyspiesza akcję.

Przy dojściu do miejsca biwakowego Denis nawołuje Eli z nadzieją, że usłyszy jej głos, ale wiatr wszystko zagłusza.

Nagle, późnym wieczorem, słyszy kobiecy głos. Szybko w górę! Po chwili spotyka wyczerpaną, odmrożoną Elisabeth.

Jest sama. Gotowanie wody, ciepła herbata, jakieś leki. Jest bezpieczna, mało mówi, dziękuje chłopakom. Jak wiele musiała przeżyć, schodząc nocą przy silnym wietrze, bez wody, bez asekuracji?

Chłopcy pytają o Tomka, w jakim był stanie, gdy Eli zdecydowała się zostawić go w szczelinie. Odpowiada, że nie była to dla niej łatwa decyzja. Tomka dopadła ślepota, był ogromnie osłabiony, nie miał siły ruszyć się z namiotu. Revol miała nadzieję, że przyleci po niego ekipa ratownicza, że zdołają go ewakuować.

O świcie Eli, Denis i Adam ruszają w dół. Opuszczają Revol na linie, asekurują. Dziesiątki razy powtarzają te same czynności, za każdym razem obniżają się o 40, 50 metrów. Coraz bliżej doliny, gdzie czekają na nich Jarek i Piotrek.

Tajemnicą Elisabeth pozostanie, jak dziewczyna tak drobnej postury zdołała się wyrwać z objęć zabójcy, jakim jest Nanga Parbat.

Po południu całą ekipę zabierają helikoptery. Tomek został na 7200 metrach.

Po wylądowaniu w Skardu nasi naciskają na pilotów, by jednak spróbowali zrobić oblot wokół Nanga Parbat. Piloci odmawiają. Powołują się na pogarszającą się pogodę i regulaminy (mogą latać do granicy 6000 metrów).

Konsultuję się z lekarzami, bazując na informacjach, które o stanie Tomka podała Elisabeth Revol. Ich zdaniem nie ma możliwości, by przeżył dobę. Miał obrzęk mózgu, był wyczerpany, nic nie widział. Nie, nie miał najmniejszej szansy.

Elisabeth leci do Islamabadu, a nasi chłopcy po dwóch dniach wracają helikopterami do bazy pod K2.

Tomek został na zawsze na górze, którą tak bardzo pragnął zdobyć.

Wielicki - Solo (okładka książki)Wielicki - Solo (okładka książki) mat. prom. (Wydawnictwo Agora)

<<Reklama>> Ebook "Solo" dostępny jest w Publio.pl >>

Więcej o: