Chłopiec, który narysował Auschwitz. Później napisał tę książkę [FRAGMENT]

Thomas Geve miał 13 lat, gdy wraz z matką został deportowany do Auschwitz. 15, gdy obóz w Buchenwaldzie, gdzie ostatecznie trafił, został wyzwolony. Zbyt słaby, by odejść, pozostał w obozie i udokumentował wszystko, co stało się także jego udziałem. Tak powstało ponad osiemdziesiąt rysunków, prostych, przejmujących w szczegółach, pokazujących nie tylko sceny dramatyczne, ale też codzienne wydarzenia z życia w obozach, przejawy człowieczeństwa, wsparcie i przyjaźń między więźniami.

Książka "Chłopiec", który narysował Auschwitz" w przekładzie Agnieszki Szling ukaże się 26 stycznia. Przedpremierowo publikujemy jej fragment.

Zobacz wideo Premiery kulturalne tygodnia

Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Thomas Geve "Chłopiec, który narysował Auschwitz", tłum. Agnieszka Szling, W.A.B. - fragment: 

Nadeszło lato 1944 roku. Zajmowaliśmy się powiększaniem fabryki amunicji Union o kolejne dwanaście hal produkcyjnych. Pierwszy etapem tej żmudnej pracy było wyrównanie gruntu, wykopanie fundamentów i wywiezienie ziemi.

Nazwij to snem - Henry RothPrzez ponad 30 lat to była jedyna powieść Rotha. Arcydzieło [FRAGMENT]

W podręcznikach do historii niewolnicy przedstawiani są jako duzi, umięśnieni mężczyźni z gołymi klatami piersiowymi oblanymi potem, ale my nigdy nie dostąpiliśmy takich „zaszczytów". Pracując w południowym słońcu, niedożywieni i osłabieni, musieliśmy mieć na sobie obozowe kufajki. Zdjęcie ich i odsłonięcie torsu oznaczałoby chęć ucieczki i zostałoby odpowiednio ukarane.

Przynosząc materiały z całego obszaru roboczego obozu, często chodziliśmy okrężną drogą, by zaspokoić ciekawość i dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Pewnego razu, podczas rozbiórki części chat przy torach kolejowych, zobaczyliśmy pociąg z nowo przybyłymi: Żydami z Węgier, Holandii, Belgii i Francji. Wszyscy przyjechali z taką samą nadzieją i obawami, które i nam towarzyszyły. Widzieliśmy, jak gromadzą się wokół wywietrzników zamknięci w bydlęcych wagonach. Machali do nas. Robiło nam się słabo. Nie mogliśmy im nic powiedzieć ani nic dla nich zrobić. W większości przypadków cały transport szedł prosto na śmierć, jak bydło prowadzone na rzeź. Widzieliśmy, jak wchodzą. Potem koniec ich podróży znaczył ciemny, snujący się dym, wolno wznoszący się z krematoriów Birkenau na zachodnim horyzoncie.

Krematoria w Birkenau działały bez przerwy. Pyskaty Gert pracował na nocną zmianę, zajmując się naprawami w piekarni. Z pozoru była to dobra praca, ponieważ dawała możliwości zdobycia chleba i przerzucenia go przez płot piekarni czekającemu kumplowi, który przemycał go do obozu. Ale Gert przez cały czas narzekał na zmęczenie i nerwowość.

– Warunki są dobre – zwierzał mi się – ale nie mogę już tego znieść. Każdej nocy, stojąc na rusztowaniu i patrząc w kierunku Birkenau, widzimy ogień. To widok, którego nie mogę wyrzucić z głowy: płonący horyzont na tle nocnego nieba. A ty, ty sobie śpisz w ciepłym łóżku, kiedy to wszystko się dzieje. Jedyne, co widzisz, to bochenki chleba. Uwierz mi, nic nam nie wynagrodzi tego, co musimy znosić.

Strażnik SS w barakach dezynfekcyjnych dla pracowników cywilnych, które przylegały do naszego miejsca pracy, miał w zwyczaju wybierać młodych ludzi, żeby wykonywali dla niego różne dorywcze prace. Któregoś razu wezwał mnie, żebym posprzątał budkę wartowniczą. Kiedy schyliłem się, żeby zamieść podłogę, dał mi kanapkę.

– Masz, weź – powiedział pośpiesznie – ale nie podchodź blisko okna.

Zdumiony tym, że usłyszał „dziękuję" wypowiedziane płynnym niemieckim, kazał mi zamiatać podłogę tak długo, aż nie powie, bym przestał. Ja zamiatałem, on mówił.

– Tak, jestem żołnierzem SS, ale mimo wszystko jestem człowiekiem. Czasami was bijemy, to część naszej pracy. Ale nie myśl sobie, że to, co się tam dzieje – tłumaczył, pokazując na zachód – to nasza wina. Patrzymy na to z taką samą udręką i bezradnością jak wy. Oficjalnie oczywiście nic się nam nie mówi, ale czy jest ktoś, kto może ignorować to, co się dzieje w Birkenau? Wiedząc znacznie lepiej niż wy, więźniowe, co się tam wyprawia, wielu z nas tutaj popada w obłęd. Kiedy wstępowaliśmy do wojska, nie wiedzieliśmy, co się święci. Teraz jest za późno. Nie mamy wyjścia.

Wyglądało na to, że szukał u mnie współczucia. A ja tylko zamiatałem podłogę w milczeniu, niewzruszony jego pozorną bezradnością. Potem kazał mi wyjść, krzycząc głośno, tak jak tego oczekiwano.

Często zastanawialiśmy się nad własną niemocą. Bylibyśmy w stanie zabić strażnika, ale pociągnęłoby to za sobą surowe represje. Moglibyśmy obezwładnić załogę obozu, zorganizowawszy bunt, ale pozostawiłoby to nas bezbronnych, wystawionych na nadciągające posiłki. Jeśli zbuntowałyby się miejscowe oddziały SS, to naziści przysłaliby czołgi.

Chociaż przewyższaliśmy liczebnie esesmańskich strażników kilkaset do jednego, to słyszeliśmy o powstaniu w getcie warszawskim*, gdzie warunki do buntu były bardziej sprzyjające niż u nas. Nic dziwnego, że staliśmy się pesymistami, a ja nawet wpadłem w depresję.

Jedynym symbolem oporu w obozie był Jakub Kozalczyk, zwany Jakubem Siłaczem. Był to postawny żydowski bokser urodzony w Polsce, który przemierzył świat, zdobywając sławę jako pięściarz i trener. Lubiliśmy go przede wszystkim z uwagi na jego wielkie ciało i szacunek, jakim darzyli go esesmani. Trzymano go w zamknięciu i wypuszczano tylko po jedzenie. Jego codziennemu przechodzeniu z bloku numer 11 do kuchni przyglądało się kilku uzbrojonych strażników. Ale teraz jego praca była daleka od chwały. Zmuszono go, by został kapo w bloku numer 11, jego rola sprowadzała się do chłostania więźniów i prowadzenia ich pod ścianę śmierci. Czasami Jakubowi kazano nas okładać pejczem. Niektórzy się spodziewali, że odmówi, ale inni, którzy poznali zarówno jego, jak i karcer, mówili, że był delikatny, dobry i robił co mógł, by pomóc. Tak czy owak, woleli być chłostani przez współwięźnia, nawet postury Jakuba, niż przez esesmana.

Kraina baśni jest dla wszystkichKopciuszek pochodzi z romskiej rodziny, a Królowa Śniegu... Baśnie napisane na nowo

Innym typem więźniów, których umiejętności kierowano przeciwko nam, byli chirurdzy dokonujący kastracji. Pracując w Birkenau, w piekle, do którego przynależeli, poznaliśmy ich przez ich ofiary, innych Żydów, naszych współtowarzyszy z bloku. Obserwowanie, jak ci niegdyś dumni chłopcy wracają pozbawieni męskości, było po prostu kolejnym okropnym obozowym przeżyciem.

Kiedy podliczaliśmy przyjaciół i wrogów, wróg nigdy nie umykał naszej uwadze. Świadomi, że niektórzy kapo i blokowi wpływali na nasze położenie bardziej niż strażnicy, staraliśmy się mścić. Z pomocą starszych więźniów obozowych, którzy byli w stosunku do nas lojalni, tak długo uprzykrzaliśmy życie prominentom, aż ich usuwano. W naszym obozie robiliśmy to szantażem**, ale w innych uciekano się do morderstwa. 

Transporty więźniów kierowano na front wschodni do kopania rowów. Innym, przede wszystkim kobietom i Polakom, rozdawano chodaki i świeże pasiaki i wysyłano do fabryk na terenie Niemiec. Przestałem dostawać listy od mamy. Ona też podobno wyjechała z takim transportem.

Do Auschwitz wciąż napływali nowicjusze i kolejne transporty. Birkenau było przeludnione i należało zrobić dla nich wszystkich miejsce. Znowu zaczęły się przerażające selekcje. Na wieczornym apelu w naszym bloku liczba Żydów zmniejszyła się do piętnastu.

Jasny Gert zmarł na zapalenie płuc. Pyskaty Gert, który znalazł sposób wejścia do bloku szpitalnego, by złożyć mu cześć, zapytał, czy nie chciałbym pójść z nim.

Przywykłem do widoku śmierci. Najpierw zmarł mój kochany dziadek, blady i wyniszczony wiekiem. Cała rodzina przyszła opłakiwać go przy łóżku. Potem pracowałem na cmentarzu. Następnie widziałem nieruchome ciała przyczepione do drutów kolczastych. Tym razem jednak wyglądało to inaczej. Gert nie powinien umrzeć. Był młody i bez winy. Był zdrów i pełen życia. Co więcej, był naszym towarzyszem, walczącym wraz z nami o przeżycie, mającym nadzieję na lepszą przyszłość.

Nie! Nie byłbym w stanie patrzeć na jego młodą jasną twarz – duży nos, grube wargi, piegi w kolorze słomy – martwą na nijakiej obozowej pryczy. Nie! Nie zamierzam uznać zwycięstwa śmierci!

Powiedziałem Pyskatemu Gertowi, że nie pójdę. Odparł, że o ile ktokolwiek w ogóle pójdzie do szpitala, to nie będzie miało znaczenia, czy tylko on, czy nasza dwójka.

Wraz ze śmiercią Jasnego Gerta, o którym wkrótce zapomnimy, poczułem, jak blisko nam do niemieckiej młodzieży, do synów naszego wroga, z których część traciła życie nie z własnej woli. Lata temu Jasny Gert siedział z nimi w tych samych ławkach, a ich nauczyciele wychwalali chwalebną przeszłość, zgodnie z linią głoszoną przez swoich przełożonych. Teraz ci uczniowie płacili za to cenę. Jasny Gert dostał się do obozu koncentracyjnego. Jego szkolni koledzy najechali Europę. A los zrównał ich wszystkich w śmierci. Dziś jeden z nich, nagi, którego więzienne łachy dano już komuś innemu, zostanie złożony na stosie w ukrytym w lesie krematorium w Birkenau. Inni, w szarych wojskowych mundurach, dawno już pozbawieni butów, zgniją na pustkowiach Rosji.

Odejście Jasnego Gerta załamało mnie. Jego śmierć sprawiła, że zmieniłem nastawienie. Od tej pory nie tylko uparcie będę stawiał czoła obozowemu życiu z nadzieją na zmianę, ale będę tak postępował, by ją wprowadzać.

Jak długo jeszcze mogę walczyć z przeciwnościami losu? Moje przetrwanie wydawało się wątpliwe. Niekończący się codzienny znój odcisnął na nas piętno, byłem wychudzony i słaby. Wyzwolenie było pieśnią przyszłości, czymś, o czym marzyć mogli tylko najbardziej zahartowani.

W swojej desperacji żywo zacząłem interesować się osiągnięciami tych nielicznych śmiałków, którzy uciekli z Auschwitz. Aby być przygotowanym na każdą ewentualność, doskonaliłem swój polski i zapamiętywałem szczegóły otoczenia.

Najbardziej spektakularną ucieczką z Auschwitz była ta z miejsca mojej dawnej pracy, z placu budowy baraków dla nowego obozu kobiecego.

Obozowy kolega, który zgromadził złoto i inne kosztowności, skradzione albo z hitlerowskiego łupu, albo wprost nowicjuszom, postanowił zrobić z nich najlepszy użytek. Zamiast zamienić je na jedzenie, poczekał, aż zgromadzi dość, by móc kupić usługę cywila, naszego wspólnego kolegi z pracy. Któregoś dnia wsiadł na motocykl esesmańskiego nadzorcy i pojechał do jednego z częściowo ukończonych budynków. Tam zamurował się we wnęce pod schodami z pomocą odważnego cywila, murarza.

Strażnicy i psy przez pięć dni przeczesywali obóz, ale zarówno czas, jak i kryjówka działały na korzyść zbiega. W skrytce miał zapasy i otwór wentylacyjny. Siedział tam przez tydzień. Wreszcie, kiedy uznał, że można bezpiecznie uciec, rozbił ceglaną ścianę, wsiadł na motocykl i pognał ku wolności w ciemną noc.

Po tym wydarzeniu wszyscy pracujący z nami cywile byli dokładnie sprawdzani. Część z nich wsadzono od więzienia, innych skazano na śmierć. Późniejsze próby ucieczek już się nie powiodły i stanowiły tylko pretekst dla naszych ciemiężycieli, by demonstrować swą skuteczność i dominację nad nami.

Schwytanych uciekinierów przyprowadzano z powrotem do obozu. Niektórych łapano w odległości zaledwie kilku metrów od linii alianckich. Ledwo żywych przywlekano i stawiano na podeście twarzą w kierunku wracających z pracy komand. Potem zmuszano ich do trzymania plakatów z napisem „Hurra, wróciliśmy! Mimo przebiegłego planu nie udało się nam! Z tego obozu nikt nie ucieka". Następnie prowadzono ich na plac kuchenny i wieszano. Ich sztywne ciała zwisały z szubienicy do następnego wieczoru.

Mimo oczywistego ryzyka złapania postanowiłem, że jeśli będę miał szansę ucieczki, to ją wykorzystam. By zmniejszyć niebezpieczeństwo zdemaskowania, będę musiał plan ucieczki opracować samodzielnie, bez niczyjej pomocy i w tajemnicy. Osiągnąłbym coś imponującego, byłbym najmłodszym więźniem w historii, który uciekł z obozu koncentracyjnego. A jeśli się nie uda, przynajmniej udowodnię sobie, że jestem dzielny.

Moją uwagę przykuł odjeżdżający codziennie pociąg towarowy. Wagony, ustawione przed punktem kontrolnym w oczekiwaniu na lokomotywę, pchali spracowani więźniowie. Do wagonów ładowano skrzynie albo złom, a część z nich nie była zamknięta. Po opuszczeniu terenu obozu można by się doskonale ukryć pod plandeką. Najlepszy byłby odległy cel podróży, bo znalazłbym się gdzieś w bezkresie Europy. A jeśli nie, to spróbowałbym szczęścia na Górnym Śląsku, zmierzając w kierunku Bytomia, mojego dawnego miasta rodzinnego.

Nie przerażał mnie potencjalny problem ze zdobyciem cywilnej odzieży. I tak już nosiłem koszulę bez obozowych oznakowań. Pozbyłbym się kurtki, odciął nogawki spodni, a wysmarowanie błotem pasków potraktowałbym jako rozwiązanie tymczasowe. W sytuacji ściganego zwierzęcia miałbym podwójną osobowość: niewinnego młodzieńca i lekkomyślnego zbiega, który zdawał sobie sprawę z konsekwencji złapania.

Przez wiele dni analizowałem zwyczaje strażnika odpowiedzialnego za wagony. Z germańskim poczuciem obowiązku przychodził dokładnie na pięć minut przed odjazdem pociągu. Sprawdzał dach wagonów i przyglądał się podwoziu. Czasami odchylał róg plandeki, ale nigdy nie zawracał sobie głowy jej rozwiązywaniem. Następnie udawał się do budki wartowniczej – takiej samej, jaką kiedyś sprzątałem w zamian za kanapkę i wykład jego kolegi na temat bezradności strażników. Kiedy słyszał gwizd lokomotywy, co prawie nigdy nie zdarzało się na czas, pojawiał się ponownie, rzucał jeszcze raz szybkie spojrzenie na wagony i dawał polskiemu maszyniście sygnał do odjazdu.

Najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że między dwiema kontrolami ktoś może się zakraść. Wiedział, że my, więźniowie, pracowaliśmy gdzie indziej i nie mieliśmy żadnego pretekstu, by kręcić się przy torach manewrowych, a już na pewno nie wtedy, gdy ich pilnowano. W tym upatrywałem swojej szansy.

Niezauważony szedłem wzdłuż rzędu wagonów. Teraz albo nigdy. Miejscem przeznaczenia według tabliczki był Berlin. Trzepoczące płótno na jednym z wagonów zachęcało do wejścia.

Chłopiec, który narysował AuschwitzChłopiec, który narysował Auschwitz Wydawnictwo W.A.B.

* Powstanie w getcie warszawskim wybuchło 19 kwietnia 1943 roku i było jednym z głównych aktów zbrojnych zorganizowanego oporu Żydów przeciw nazistom . Mimo heroizmu i początkowych sukcesów po miesiącu powstanie zostało brutal- nie stłumione, a getto doszczętnie spalone i zlikwidowane .

** Więźniowie donosili na nich do SS, że kradną i piją alkohol.

Więcej o: