"Brat i bratowa mają pięcioro dzieci. Ale ona więcej razy w ciąży chodziła". Przeczytaj fragment "Małych zbrodni"

W Polsce za dzieciobójstwo skazywane są tylko kobiety, choć bardzo często są to czyny dokonywane pod wpływem mężczyzn, teściowych, otoczenia... Magdalena Majcher zastanawia się nad tym w "Małych zbrodniach" - inspirowanej prawdziwą historią i poruszającej najczulsze struny powieści o dramacie, któremu można było zapobiec. Przedpremierowo publikujemy fragment książki.

W małej miejscowości na Mazowszu policja znajduje szczątki noworodka. Wkrótce okazuje się, że poukrywanych dziecięcych szkieletów jest więcej. Lidia Gładoch, domniemana matka zmarłych dzieci, zapadła się pod ziemię. Ktoś wysłał donos na policję, ktoś widział powiększający się brzuch kobiety, ale kiedy policja zaczyna drążyć temat, nie udaje się ustalić żadnych konkretów. Wygląda na to, że nikt nie widział, nikt nie słyszał, co się działo w domu Gładochów. Śledztwo prowadzi doświadczony prokurator, a sprawa błyskawicznie przyciąga uwagę dziennikarzy. O makabrycznym znalezisku we Wrotnowie mówi już cała Polska, choć lokalna społeczność nadal milczy. Czy prokuratorowi uda się przełamać zmowę milczenia? Czy prawda wyjdzie na jaw? I czy wina będzie wtedy wciąż tak oczywista?

Zobacz wideo Te światowe gwiazdy mówią po polsku

Majcher sięgnęła do akt sądowych, aby odtworzyć historię kobiety, którą media i społeczeństwo przed laty okrzyknęły dzieciobójczynią. Premiera książki jest zaplanowana na 26 stycznia.

Więcej interesujących tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl 

Magdalena Majcher "Małe zbrodnie", W.A.B. - fragment:

Starszy sierżant Kamil Banasiak minął sklep spożywczy. Kątem oka dostrzegł siedzących na schodach stałych bywalców, ale chwilowo nie miał ani czasu, ani ochoty się z nimi użerać. Nadepnął mocniej na pedał gazu, na co silnik służbowego poloneza głośno zawył. To był jego pierwszy dzień w pracy po zwolnieniu lekarskim i od samego rana ślęczał nad dokumentami, które musiał uporządkować, jeśli nie chciał w nich utonąć. Chwilę po trzynastej, kiedy do końca dniówki zostały mu mniej niż dwie godziny, zorientował się, że wśród nikomu niepotrzebnych papierów znajduje się pismo od prokuratora rejonowego z Węgrowa. Nie mógł go zlekceważyć, więc chwilowo musiał porzucić marzenia o pierogach, które obiecała ulepić jego żona, i, chcąc nie chcąc, pojechał do Wrotnowa. Wciąż liczył na to, że zdąży obrócić w dwie strony przed piętnastą, bo o tej godzinie miał zamiar zamknąć posterunek w Miedznie na cztery spusty.

Jeszcze dwa lata temu żałował, że utknął w tej dziurze, ale teraz widział same plusy: praca od siódmej do piętnastej, święty spokój i wysoka wykrywalność wykroczeń, bo jak Kowalski pocisnął osiemdziesiąt na pięćdziesiątce, to cała wieś o tym huczała. O przestępstwach, rzecz jasna, nie mogło być mowy. Bo i kto miałby tu ich dokonywać? Jedynymi zajęciami Banasiaka były ganianie się z lokalną młodzieżą popijającą tanie wino w krzakach i niekończące się dyskusje z pijaczkami – „pisz pan ten mandat, ja i tak nie zapłacę, a komornik mi nie ściągnie, bo nie ma z czego". Cenił sobie tę przewidywalność. Marzenia o wyższej grupie zaszeregowania porzucił niedługo po trzydziestce. Kiedy był młody i gniewny, chciał zmieniać świat. Widział się co najmniej w Węgrowie, oczywiście w wydziale kryminalnym, a może i wyżej, w Warszawie na przykład. Skrycie zazdrościł swoim kolegom ze stołecznej komendy. Gonili się po mieście z pruszkowskimi, strzelali, i to nie w opony, ale do ludzi, przejmowali transporty narkotyków, układali się zarówno z politykami, jak i z gangsterami. I te kobiety, dobry Boże! Banasiak nigdy nie zdradził swojej Grażynki, bo i nie miał z kim, ale był pewien, że gdyby pracował w Pałacu Mostowskich, okazja sama by go znalazła. Może nawet w końcu użyłby swojego P-64? Początkowo czuł, że cztery ściany posterunku go ograniczają, ale w pewnym momencie doszedł do wniosku, że w życiu najważniejszy jest święty spokój.

W labiryncie - Sławomira Łozińska i Marek KondratDo "W labiryncie" dołączyła w ostatniej chwili po rezygnacji innej aktorki

Kiedy więc zapoznał się z treścią anonimowego listu, poczuł złość. Co za debil, ten gość, który to napisał. Że też zachciało mu się ludziom głowę zawracać głupotami. Wyszła na jaw wielka zbrodnia, we Wrotnowie, kurwa jego mać, dobre. Banasiak najchętniej wyrzuciłby ten list do kosza i zapomniał o całej sprawie, ale skoro prokurator z Węgrowa prosił, nie było wyjścia, trzeba było ruszyć dupę.

Odnotował, że na widok oznakowanego poloneza klientela lokalnego sklepu schowała butelki z piwem za plecy, i roześmiał się głośno. Sam nie wiedział dlaczego, ale dostrzegł w tym coś bardzo zabawnego – on jedzie tropić sprawców wielkiej zbrodni, a pijaczki myślą, że to oni znajdują się w kręgu jego zainteresowania.

Banasiak znał oczywiście rodzinę Gładochów, jak zresztą wszystkich mieszkańców gminy Miedzna. W samym Wrotnowie mieszkało mniej niż pięćset osób, a połowa była ze sobą spokrewniona lub spowinowacona. Banasiak już dawno przestał się orientować, kto jest czyim zięciem, bratankiem, szwagrem czy wujem. Grażynka była zdecydowanie lepsza w te klocki. A bycie plotkarką to wbrew pozorom bardzo przydatna cecha małżonki stróża prawa, choć Banasiak musiał się pilnować, żeby nie zdradzać jej tajemnic służbowych, tak jakby jakieś tajemnice mógł mieć na tym posterunku w Miedznie.

Gładochowie byli jedną z licznych we wsi rodzin wielodzietnych, wielopokoleniowych i w ogóle wszystko wielo… Mieli spore gospodarstwo, chyba z dziesięć hektarów, które stanowiło główne źródło utrzymania całej familii. Młody Gładoch – który wprawdzie był już przed czterdziestką, ale stary jeszcze żył, więc siłą rzeczy ten musiał być młody – dorabiał gdzieś na budowie, o czym poinformowała Banasiaka Grażyna. Z rok temu zostawiła go żona, o czym starszy sierżant, rzecz jasna, również wiedział od swojej małżonki. Normalna rodzina, jakich wiele na mazowieckiej wsi. Niczym się nie wyróżniali, dobrze żyli z sąsiadami, nie zadzierali nosa i nie wtrącali się w nie swoje sprawy. Córki Gładochów powychodziły za mąż po okolicznych wsiach, a na gospodarstwie został on, młody Gładoch, bodajże Adam, o ile Banasiak czegoś nie pokręcił, bo miał to do siebie, że swojej żony słuchał uważnie, ale jego zainteresowanie kończyło się po jakichś dziesięciu sekundach.

Księżna Diana"Spytał: Ile razy próbowała się pani zabić?". Biografia księżnej Diany [FRAGMENT]

Banasiak zaparkował, a raczej porzucił poloneza na poboczu. Jeszcze kilka dni wcześniej koła ugrzęzłyby w błocie, bo trzecia dekada maja upłynęła pod znakiem ulewnych deszczy, ale od tygodnia świeciło słońce i starszy sierżant mógł zostawić auto przy płocie Gładochów bez obaw, że będzie musiał dzwonić po wyciągarkę. Zawahał się przed wejściem na podwórze. Kątem oka dostrzegł kręcącą się w gospodarstwie obok kobietę i to od niej postanowił zacząć rozpytanie. Jedna z córek Gładochów mieszkała z mężem i dziećmi po sąsiedzku. Banasiak właściwie nie planował z nią rozmawiać, ale skoro sama się nawinęła, dlaczego by nie skorzystać z okazji? Okazja – to słowo klucz, które czyni nie tylko złodzieja, ale też policjanta, z czego starszy sierżant, choć nie mógł pochwalić się zbyt wieloma sukcesami w pracy, doskonale zdawał sobie sprawę. Zmusił się do tego, aby groźnie wyglądać, i odchrząknął głośno. Kobieta najwyraźniej zamierzała wrócić do domu, ale policjant w porę ją ubiegł.

– Dzień dobry, czy możemy chwilę porozmawiać? – zapytał, szybkim krokiem podchodząc do córki Gładochów.

Magdalena Musialik zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem, po czym wzruszyła ramionami, jak gdyby wszystko jej było jedno.

– Proszę – rzuciła jednak zaciekawionym tonem.

– Ja w takiej delikatnej sprawie… – zaczął niepewnie, intensywnie zastanawiając się, jak do licha ma zapytać tę kobietę, czy w gospodarstwie jej rodziców przypadkiem nie zakopano zwłok dzieci jej brata. – Bo widzi pani, dostaliśmy list. Pewien bardzo niepokojący list.

– List? – Musialik osłoniła oczy przed świecącym jej prosto w twarz słońcem.

– Tak, list. – Banasiak nabierał pewności siebie. – Jego autor zasugerował, że… pani bratowa rodziła dzieci, a potem te dzieci były… uśmiercane.

Tego, co stało się później, starszy sierżant nie był w stanie w żaden sposób przewidzieć. Magdalena Musialik wyraźnie się spięła. Przygryzła dolną wargę i uciekła spojrzeniem. Banasiak obserwował ją bacznym wzrokiem. Jeśli jeszcze miał w sobie choć resztki wiary w to, że wyjdzie z pracy o piętnastej, to właśnie bezpowrotnie je utracił.

– Była taka sytuacja, ale ja… ja nie wiem, bo…

– Jaka sytuacja?

– Mój brat i bratowa mają pięcioro dzieci – wyjaśniła pokrętnie Musialik. – Ale ona więcej razy w ciąży chodziła, tego jestem pewna. Ostatni raz była w ciąży na początku zeszłego roku i jakoś na Święta Wielkanocne urodziła dziecko, ale tego dziecka nie ma.

– Nie ma? – Banasiak głośno przełknął ślinę.

– Nie ma. Ja kiedyś słyszałam rozmowę Lidii i mojej matki. Matka zapytała ją, co się stało z dzieckiem, z którym chodziła w ciąży, a ona powiedziała, że oddała do adopcji w Warszawie.

Dopiero teraz starszy sierżant zorientował się, że Magdalena Musialik mówi niemal szeptem, a on musi się nad nią pochylać, żeby cokolwiek słyszeć. Służył w policji od prawie dziesięciu lat i po raz pierwszy znalazł się w sytuacji, w której poczuł strach. Strach przed tym, co może znaleźć w obejściu Gładochów. W myślach jak mantrę powtarzał: „Żeby tylko tego nie spierdolić".

– Moja bratowa jest dziwna. – Musialik spojrzała Banasiakowi w oczy, a on zobaczył w nich determinację. – Chyba z osiem razy opuszczała rodzinę, za każdym razem nie było jej od trzech do sześciu miesięcy. Często się z moim bratem kłócili, rozstawali się, wracali. A jakoś na początku roku… – zawahała się – byłam na strychu u rodziców i rozwieszałam pranie. Coś mnie tknęło, sama nie wiem dlaczego, ale zajrzałam pod leżące tam pudełko i… Może powinien pan porozmawiać z moimi rodzicami.

– Co tam pani znalazła? – Banasiak nie poznawał swojego głosu.

– Szkielet. – Magdalena Musialik patrzyła na niego ze smutkiem. – Szkielet małego dziecka. Powiadomiłam o tym mojego ojca.

– A pani ojciec…

– Włożył ten szkielet do worka, który wisiał na gwoździu w garażu.

Starszy sierżant Banasiak poczuł, że brakuje mu tchu. To, co mówiła ta kobieta, było wprost makabryczne. Policjant miał wrażenie, jak gdyby słuchał właśnie o fabule jakiegoś filmu. To nie mogło być prawdziwe życie.

Więcej o: