Przemierza kulę ziemską w poszukiwaniu pierwszego człowieka. Przeczytaj fragment książki Franka Westermana

Co czyni nas ludźmi? Na którym etapie ewolucji wyrwaliśmy się z królestwa zwierząt? I czy aby na pewno nam się to udało? Takie pytania stawia w książce "My, człowiekowate" jeden z najważniejszych holenderskich pisarzy non-fiction, dziennikarz, korespondent zagraniczny, fotoreporter Frank Westerman. Publikujemy fragment książki, która ma premierę 26 stycznia.

W 2003 roku w jaskini na wyspie Flores naukowcy odkryli zagadkowe szczątki. Nieznane wcześniej człekokształtne istoty mierzyły zaledwie metr wysokości, a otaczały je szkielety szczurów wielkich jak psy oraz słoni maleńkich jak kucyki. Odkrycie to było jak granat wrzucony do schludnej teorii ewolucji. Czym bowiem – albo raczej kim – byli ci prakuzyni współczesnych ludzi oraz co mówiło to znalezisko o naszym pochodzeniu?

Joanna Lichocka, posłanka PiSUOKiK kontroluje stacje radiowe. Na wniosek posłanki Lichockiej

Mając za punkt wyjścia prastarą czaszkę, Frank Westerman przemierza kulę ziemską w poszukiwaniu pierwszego człowieka: brakującego ogniwa między ludźmi a małpami. Z reporterską ciekawością przygląda się pracy wybitnych paleoantropologów i analizuje ją w świetle postkolonializmu, najnowszych badań nad DNA i wzrostu znaczenia dokonań kobiet w tej zdominowanej przez mężczyzn dziedzinie. 

Więcej interesujących tekstów znajdziesz na stronie głównej GAzeta.pl

Frank Westerman "My, człowiekowate" (tłumaczenie Olga Niziołek) - fragment:

W marcu 1952 roku uzbrojony w łopaty ojciec Verhoeven wraca ze swoimi seminarzystami do jaskini Liang Bua. Trzy wykopy w trzech starannie zmierzonych miejscach odsłaniają warstwy popiołu i gliniane naczynie. "Po 30 centymetrach znaleźliśmy kości". Verhoeven opisuje z lekkim współczuciem, jak niektórzy z jego pomocników rzucili się do ucieczki na widok ludzkiej dłoni – ze strachu przez złymi duchami.

Latem 1954 roku w jaskini Liang Toge ojciec Verhoeven wykopuje spomiędzy szczątków olbrzymiego nietoperza kompletny szkielet ludzki. Czaszka jest pęknięta; było sporo zachodu z omieceniem jej do czysta pędzlem malarskim. Misjonarz pakuje kości do puszek liturgicznych i wysyła je transatlantykiem do Surabai na Jawie, a stamtąd do Holandii. Przez pomyłkę puszka trafia do mieszkającej w Uden siostry Verhoevena.

Z korespondencji z antropologiem fizycznym z Uniwersytetu w Utrechcie: "Ta pofragmentowana czaszka to fascynujący okaz. Jesteśmy zachwyceni".

Wyniki badania ogłasza nie kto inny jak najsłynniejszy holenderski poszukiwacz skamieniałości, profesor doktor G.H.R. von Koenigswald: "Ku ogromnej radości nas wszystkich szkielet bez wątpienia należy do Negryty". Jest to "członek ludów negryckich o wydłużonej czaszce": człowiek współczesny, Homo sapiens, ale jednak wczesny: protonegryto. Człowiek z Liang Toge mierzył 1,46 m.

Zobacz wideo Nowy serial HBO - Christine Baranski w kostiumie

Jako znalazca i archeolog amator ojciec Verhoeven postanawia w odpowiedzi opublikować tekst na ten temat – w szwajcarskiej gazecie kościelnej "Anthropos". Das Skelett hat viele archaische Merkmale [Szkielet ma wiele cech archaicznych]. Budowa miednicy, ostre siekacze i kształt czaszki każą mu głośno spekulować na temat tego, że szkielet może należeć do lokalnego, nieznanego jeszcze gatunku człowieka pierwotnego.

Verhoeven kopie dalej. Na początku roku 1957 znajduje szczękę słonia – nie w jaskini, ale w stromej skarpie wyschniętej rzeki. Taki element krajobrazu jest mu znany z doliny Mozy. Dzięki swojemu odkryciu trafia najpierw na łamy "Java-Bode", a następnie także "Maasbode": NA FLORES ODKRYTO SKAMIENIAŁOŚCI PREHISTORYCZNEGO ZWIERZĘCIA.

Katarzyna Kobro - doodleKatarzyna Kobro bohaterką doodle. Wizjonerka, która żyła w cieniu męża

Niekompletna szczęka z górnymi i dolnymi zębami należy do karłowatego słonia żyjącego pół miliona lat temu. "Cóż za wspaniałe odkrycie, zasługujące na ogromne gratulacje", pisze von Koenigswald. "Nigdy nie sądziłem, że nasze słonie dotarły tak daleko na wschód".

Sam znalazca nie bez dumy dodaje, że Alfred Russel Wallace ("przyjaciel Darwina") zauważył w 1859 roku, iż duże azjatyckie ssaki nie zawędrowały dalej niż na Bali. Innymi słowy: nie przekroczyły cieśniny między Bali a Lombok. "Nazwano ją linią Wallace’a". Teraz jednak Verhoeven, misjonarz z Uden, wykopał skamieniałości słoni na Flores, dwie wyspy dalej na wschód. Angielskojęzyczna prasa uznała, że zadał linii Wallace’a a heavy blow, mocny cios.

W swoich notatkach Theodor Verhoeven nigdzie nie sprawia wrażenia próżnego, samotnego czy humorzastego. Nie wiadomo, czy Paula ocenzurowała wcześniej dokumenty z archiwalnych pudeł pod kątem przyzwoitości. W korespondencji dotyczącej przekazania zbiorów znaleźliśmy list jej autorstwa. Jak pisała, jej mąż na łożu śmierci zażyczył sobie, aby jego zbiory prywatne nie trafiły do archiwów klasztornych, ale zostały przekazane uniwersytetowi.

"Był już wtedy (kwiecień 1990 roku) bardzo chory. Zmarł 3 czerwca 1990 roku".

W chwili przybycia do wioski klasztornej Steyl nie udało nam się dostrzec jeszcze jednego: jakichkolwiek przejawów religijności czy duchowości w życiu ojca Theodora Verhoevena. Owszem, ukończył niższe, a następnie wyższe seminarium duchowne, otrzymał święcenia kapłańskie i został wysłany na Flores, aby jako misjonarz głosił tam Słowo Boże. Wiemy także, jak to się skończyło: około Bożego Narodzenia 1966 roku Verhoeven stracił panowanie nad kierownicą swojego samochodu misyjnego, wyleciał z zakrętu i wpadł do wąwozu. Liczne złamania spowodowały konieczność powrotu do ojczyzny. "Musiałem natychmiast wracać do Europy", zapisał rzeczowo. Wypadek samochodowy oznaczał koniec jego osiemnastoletniego pobytu na Flores.

<<Reklama>> Ebook i audiobook "My, człowiekowate" dostępny jest w Publio.pl >>

"Siema! Gazeta.pl kolejny już raz gra #JedenDzieńDłużej dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Każde dodatkowe wsparcie dla tej akcji jest bezcenne. Licytujcie i kwestujcie razem z nami"