Klasyczny kryminał przeniosła w epokę stalinowską. Przeczytaj fragment książki "Niebo całe w diamentach"

Propagandowa machina pracuje pełną parą. Przecież w Rosji lat 30. żyje się coraz lepiej. W kinach pojawiają się pierwsze sowieckie komedie, w teatrach afirmujące życie operetki, na ulicach odbywają się dumne parady. A w Leningradzie ginie aktorka filmowa. Przed premierą zaplanowaną na 9 lutego publikujemy fragment zakończenia leningradzkiej trylogii kryminalnej.

Julija Jakowlewa "Niebo całe w diamentach", tłum. Michał Rogalski, Wydawnictwo Czarna Owca - fragment:

Opale przynoszą nieszczęście… bachantki i gladiatorzy zgodnie obrócili głowy. Nawet Saszeńka wstał z fotela. Krzyknęła tak głośno, że zaskoczony operator przestał kręcić korbką.

Zdawała się nie widzieć czarno-białego koloseum namalowanego za moimi plecami. Rzuciła się na kolana, szeleszcząc sukienką. Nie z powodu uwielbienia, oczywiście. Po prostu nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

– War… War… – szczękały zęby.

Więcej ciekawych tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Odczepiłam jej zimne palce od skraju tuniki. Na brzegach sukienki zauważyłam krew. Pocięła sobie dłonie o hafty, nawet tego nie zauważyła. Musią, pokojówką Wieroczki, wstrząsały dreszcze. Dałam znak Saszeńce, który już otworzył gniewne usta.

– Pięć minut – westchnął. Saszeńka nie umiał się na mnie porządnie rozgniewać! Przynajmniej od czasu, kiedy Chanżonkow otworzył swoje przedsiębiorstwo w Moskwie.

Bachantki od razu pozarzucały szale na ramiona pokryte gęsią skórką. Gladiatorzy palili w pośpiechu. Rozpalony reflektor zgasnął z trzaskiem. Nic nie widziałam. Moje oczy nie były przyzwyczajone do dziennego petersburskiego światła.

– Musiu, a teraz wszystko po kolei.

Powinnam była, oczywiście, dać jej wtedy po buzi. Dostała histerii.

– Powiedziała, żeby prosto do was. Tylko do was.

Ciągnęła mnie w kierunku wyjścia. Ledwo zdążyłam porwać z oparcia krzesła swój sobolowy etolę. I kapelusz.

Zespół TWICEJeden typ muzyki nie może tego opisać. "K-pop to przeżycie"

Gubiłam się w domysłach. Wieroczka nie miała żadnego powodu, żeby mnie lubić. Co więcej, byłam nawet pewna wyniosłej pogardy, jaką dla mnie żywiła. Co się więc nagle stało? I co robiła w Petersburgu? Sprawa musiała być poważna. "No nic – zdecydowałam, bo zżerała mnie ciekawość – Saszeńka poczeka". Nie po raz pierwszy od momentu, kiedy Chanżonkow otworzył w Moskwie swoje przedsiębiorstwo.

Mróz zaczął kąsać mnie po nogach wystających z trykotu. Spojrzałam z rozbawieniem na swoje sandały i na śnieg. Sobolowe futro łaskotało mnie w policzki.

– Dorożka… dorożka… – szeptała Musia.

A ja w tym momencie jednak wymierzyłam jej policzek. Zamrugała oczami, ale się zamknęła.

– Musiu, poszłam za wami, a nie wiem właściwie, o co chodzi.

Widzę tylko, że sprawa jest poważna i osobista.

Pokręciła głową i znów się we mnie wczepiła:

– Nie mogą tego zobaczyć. Nie mogą!

Aktorki z tak zwanych poważnych teatrów to "kapłanki sztuki". Mają fioła na punkcie tajemnic, bo chcą uchodzić za westalki. A tu na dodatek stało się coś naprawdę niedobrego i Wieroczka dała pokojówce dokładne instrukcje. Mogłam tylko snuć przypuszczenia.

Zamachałam ręką na Michela. Natychmiast założył gogle. Głównie po to, żeby zadać szyku. Zaburczał silnik mojej isotty. Taki samochód w kolorze szampana miałam tylko ja. Saszeńka nie był skąpy. Przynajmniej od czasu, kiedy Chanżonkow otworzył w Moskwie swoje przedsiębiorstwo.

Pokojówka zbladła. Jeżeli tylko można zbladnąć jeszcze bardziej. Patrzyła na samochód jak na jakiegoś smoka.

– Tak nie można!… Ona jest w niebezpieczeństwie! Na granicy życia i śmierci. Trzeba dochować tajemnicy.

"Podziemna skrobanka?" – pomyślałam, stawiając stopę na schodku. A więc to dlatego przygnała tu z Moskwy – do petersburskiego abortera. Sza! Ani słowa. Kiepska sprawa.

– Wiesz co, Musiu… – wpięłam szpilkę w kapelusz. Przykryłam kolana futrzanym pledem. – Jeśli ktoś zobaczy, że jadę dokądś dorożką, to będzie o tym mówić cały Petersburg. Nie. Tylko autem! – Ociągała się. – Żeby nikt nie zauważył, trzeba coś położyć na samym wierzchu.

Pokojówka patrzyła tępo. Nie rozumiała, o czym mówię.

– …No właźcież!

Dotknęłam pleców Michela. Pokojówka, straciwszy równowagę, runęła na siedzenie ze skóry niedźwiedzia polarnego. A moja isotta ruszyła.

Minęliśmy Twierdzę Pietropawłowską. Potem przejechaliśmy przez most. Na prospekcie Newskim Michel musiał z całej siły ściskać gruszkę klaksonu. Dotarliśmy wreszcie na Morską.

Musia poprowadziła mnie w kierunku drzwi kuchennych, a ja specjalnie ruszyłam do wejścia od frontu. Portier już je otwierał. Jeśli chcesz zachować w tajemnicy jakąś wizytę, nie chowaj się! Wieroczka rzuciła się na mnie od progu. Poza sceną wydawała się bledsza i starsza. Miała zmarszczki wokół oczu i ust, a także dużo zbędnej skóry na całej twarzy. Nic nie poradzisz, makijaż teatralny przyśpiesza starzenie, jeśli nie wkłada się w sprawę szczególnego wysiłku.

– Warieńko! Jesteś moją jedyną nadzieją! – Zamachała rękami i dodała: – Proszę, nie pytajcie, nie pytajcie.

Czoło miała spotniałe. Nie było widac śladów krwi.

Na razie.

– Jedziemy – zarządziłam natychmiast. W takich przypadkach trzeba działać błyskawicznie. Błyskawicznie i zdecydowanie.

Wieroczka wepchnęła do torebki czarny zamszowy woreczek. Musia zarzuciła na nią futro. Przypięła kapelusz.

– Nie mogłam tam… sama – bełkotała w aucie.

Trzymałam ją za rozpaloną dłoń. Wyjęłam z rękawa chusteczkę, otarłam jej czoło.

– Nie miałam kogo poprosić. To taka delikatna sprawa… Tylko wy. Wy przecież nic na tym nie stracicie… A przy tym nikt wam nie uwierzy.

"Dziękuję za komplement" – pomyślałam, ale nie zatrzymałam ręki, wciąż ocierałam jej czoło. Być może w gorączce nie wiedziała, co plecie, i wygadywała, co jej ślina przyniosła na język.

– A on…

Szarpnęła się, jakby na jej czole spoczął nie koronkowy batyst, ale kainowe znamię. Upuściłam przez to chusteczkę, która zgubiła się gdzieś pod nogami. Nie pytałam, czy "wie". Oczywiście, że wiedział.

– Nie może wiedzieć… To niezwykły człowiek.

Nawet warkot silnika nie zagłuszał szczękania jej zębów. Ech, te artystki dramatyczne! Wszystko musi być dla nich niezwykłe.

Adres nic mi nie mówił. Kim jest jej kochanek? Skoro jest w tym tyle dyskrecji, tyle tajemnicy?

Prospekt Newski, most, Pietropawłowkę, willę Mali Krzesińskiej minęliśmy teraz w odwrotnej kolejności. Adres był modny: prospekt Kamiennoostrowski. Jeden z tych słynnych gigantów wyposażonych we wszystko, nawet w windy kuchenne i elektryczne obieraczki do ziemniaków.

Elegancka sekretarka zaprowadziła nas do gabinetu. Doktor okazał się Francuzem. Wieroczkę zabrali.

Patrzyłam przez podwójną szybę w dół, na prospekt Kamiennoostrowski: na potok dorożek, kapelusze dam, tramwaje konne, na mozaikę przechodniów. Niedługo będzie tu ciaśniej niż na Newskim.

– A wy?

Odwróciłam się. Sekretarka uśmiechała się do mnie reklamowym uśmiechem. To ma być dyskrecja?

Zobacz wideo Piosenki, wiersze, książki. Piękne utwory, które powstały po stracie bliskich

– Dla mnie kawa. Dziękuję – zażądałam chłodno.

– O.

Wróciła z kawą i znowu uśmiechnęła się wyczekująco. Wzięłam filiżankę z tacy.

– Wasz biust wygląda pierwszorzędnie – zaczęła. – Ale ośmielę się zauważyć, że doskonałość i wspaniałość nie mają granic.

W takim miejscu każdy będzie cię brał za utrzymankę. A może bestia po prostu zazdrości mi futra. Otworzyła przede mną broszurę. Nie patrzyłam w miejsce, które wskazywał jej wymanikiurowany paluszek. Na co miałabym patrzeć? Na stadia rozwoju płodu? Dziękuję bardzo.

A tamta znów się odezwała. Nie wierzyłam własnym uszom.

Diane Setterfield i 'Czarne skrzydła czasu'Nieprzemyślany akt okrucieństwa z dzieciństwa może wpłynąć na całe życie? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

– Świński… co?

Ale wtedy wróciła Wieroczka. Starała się nie patrzeć na lekarza. A ten miał na twarzy uśmieszek, który mogłabym nazwać "tłustym", ale nie lubię tanich gier słownych.

– Wszystko w najlepszym porządku. Lekkie zapalenie, nic więcej.

– A jeśli one… znów?

– Wyrównałem formę i rozmiar. Bez obawy. Możemy uważać sprawę za zakończoną…

I wieloznaczna pauza.

Wieroczka, nie patrząc, podała mu zamszowy woreczek. Doktor zręcznymi palcami rozwiązał tasiemkę.

– Mam nadzieję, że to wystarczy – wybąkała Wieroczka. Najwidoczniej wszystko się udało i teraz chciała sobie stąd jak najszybciej pójść. W dłoni doktora coś zamigotało.

– Madame – powiedział oschle. Rzucił sekretarce wymowne spojrzenie. Z jej twarzy natychmiast zniknęła uprzejmość. Na jej miejscu zagościł chłód. Sekretarka szybko przeszła przez pomieszczenie i przekręciła klucz w drzwiach.

Wieroczka bezradnie patrzyła na lekarza. Najwidoczniej to spojrzenie ze spektaklu Wilki i owce. Nie widziałam go, ale moja towarzyszka niewątpliwie zbaraniała.

– Proszę płacić.

– Wy… wy… To brylanty i opale.

– To szkiełka.

Sekretarka patrzyła teraz na Wieroczkę jak na wesz.

– To niemożliwe – powiedziała moja towarzyszka, rumieniąc się. – Podarował mi je…

To nazwisko robiło wrażenie. Stąd ta cała tajemnica: książę Achtyncew zbił ogromny majątek na kredytach kolejowych.

Wieszczono mu nawet tekę ministra. Ale lekarz był Francuzem i najwyraźniej słabo się orientował, kto jest kim w Rosji. Wielki błąd w jego profesji. Pomyślałam, że w niedługim czasie doprowadzi go to do ruiny.

– Madame, proszę płacić albo wezwiemy policję.

– To niemożliwe – szeptała bez przerwy Wieroczka. Była na granicy omdlenia.

A ta żmija podniosła już słuchawkę telefonu.

– Proszę zaczekać – powstrzymałam ją.

Wyjęłam z uszu kolczyki. Oprawione brylantowe solitery były niewątpliwie prawdziwe. Po tym, jak Chanżonkow otworzył w Moskwie studio filmowe, Saszeńka nie śmiałby zaryzykować czegoś takiego, co zrobił książę Achtyncew… Francuz i jego sekretarka wymienili spojrzenia. Wyciągnęłam dłoń z kolczykami, nie patrząc.

– Proszę brać. No!

Gest był w sam raz. Gest rzymskiej cesarzowej. Co do głosu, to nie jestem pewna. W kinie głos nie jest potrzebny. Ani u Saszeńki, ani u Chanżonkowa.

Jędza podała mu kolczyki. Spojrzał. Wzrokiem doświadczonego oszusta. I wsunął je do kieszeni.

– A to zabieram. Na pamiątkę. – Zgarnęłam z jego ręki biżuterię: szklane opale i szklane brylanty. Chwyciłam prawie nieprzytomną Wieroczkę. – Klucz.

Jędza podała mi go, popatrzywszy nieśmiało na swojego pana. Wyszłyśmy na korytarz. Spojrzałam w wysokie stojące lustro. Wieroczka była purpurowa jak kurtyna w prawdziwym teatrze dramatycznym. I można było przysiąc, że zawdzięczała urodę jedynie naturze. Tyle że nie jedynie jej. No cóż, za fałszywy biust pełen świńskiego tłuszczu książę zapłacił Wieroczce fałszywymi brylantami. "A przecież mógłby prawdziwymi" – pomyślałam. Ale pewnie dlatego to książę jest milionerem, a ja nie. Można powiedzieć, że uczucie, którym obdarzyła go Wieroczka, okazało się zupełnie bezinteresowne. To śliczne! Roześmiałam się.

Wieroczka patrzyła na mnie zdezorientowana, zastanawiając się, czy aby nie wpadłam w histerię. Nie mogłam jej przecież wyjaśnić, co mnie tak rozśmieszyło.

– Makijaż – wskazałam na lustro. – Przyjechałam prosto z planu.

Moją twarz pokrywała gruba warstwa żółtej pomady, która dopiero na taśmie wychodzi biała niczym skóra. Chciałam zetrzeć rozmazaną pomadę. Sięgnęłam po chusteczkę, ale przypomniałam sobie, że upuściłam ją w aucie.

Więcej o: