Sukę nazywa tak, jak zawsze chciała nazwać córkę. Gdy Chirli ucieka, nic nie będzie takie samo [FRAGMENT]

"Suka" Pilar Quintany to bestseller z Kolumbii, alegoria o ludzkim losie na tle nieprzebranej kolumbijskiej selwy i szalejącego, nieprzewidywalnego morza. Przeczytaj przedpremierowo fragment książki, która ukaże się 9 lutego.

Damaris mieszka wraz z mężem w chacie na kolumbijskim wybrzeżu Pacyfiku. W pobliżu gęstej amazońskiej puszczy, dzikich gór i bezkresu nieprzewidywalnego morza ledwie wiąże koniec z końcem. Na co dzień opiekuje się opuszczoną posiadłością, za co nikt jej od dawna nie płaci. Życie jej sąsiadów wygląda podobnie: nieustanna bieda i głód. Damaris już jakiś czas temu porzuciła marzenia o macierzyństwie. Z trudem pogodziła się z tym, że nigdy nie będzie miała dzieci. Swoje uczucia przelewa na osieroconego szczeniaka, sukę Chirli, którą nazywa tak, jak zawsze chciała nazwać córkę. Jej stosunek do psa nabiera cech matczynej intymności, a ich więź staje się wręcz nierozerwalna. Aż do chwili, gdy Chirli ucieka. Wkrótce okazuje się, że to dopiero początek: rozsmakowana w przygodzie i dojrzała już Chirli poczuła zew natury. A w tej okolicy ludzie raczej topią szczeniaki, niż je chowają, bo każde nowe stworzenie oznacza kolejną gębę do wykarmienia. Odtąd nic już nie będzie takie jak przedtem.

Więcej interesujących tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Księżna Diana"Spytał: Ile razy próbowała się pani zabić?". Biografia księżnej Diany [FRAGMENT]

Pilar Quintana "Suka", tłum. Michałowska-Gabrych, Wydawnictwo Mova - fragment:

– Rano znalazłam ją tu sztywną. – Dona Elodia wskazała gestem fragment plaży zawalony stertą naniesionych lub odsłoniętych przez morze śmieci: gałęzi, reklamówek, butelek.

– Otruta? – Pewnie tak. – I co? Pochowaliście ją? Dona Elodia przytaknęła. – Wnuki pochowały. – Na cmentarzu? – Nie. Tu, na plaży. Wiele psów w miasteczku padało otrutych. Niektórzy twierdzili, że to celowe działanie, ale Damaris nie mieściło się w głowie, że ktokolwiek byłby w stanie zrobić coś takiego. Na pewno psy przypadkiem zjadały zatruty pokarm wyłożony dla szczurów, albo i same szczury, które po zjedzeniu trutki stawały się łatwym łupem.

– Przykro mi – powiedziała.

Zobacz wideo Biblioteka Katarzyny Pakosińskiej robi wrażenie. Czy przeczytała wszystkie książki z kolekcji?

Dona Elodia tylko pokiwała głową. Czarna suczka od dawna była jej nieodłączną towarzyszką. Siedziała przy niej w tawernie i nie odstępowała jej na krok podczas wyjść do kościoła, do synowej, do sklepu, na przystań... Ale jeśli dona Elodia miała złamane serce, nie okazywała tego. Odłożyła szczeniaka, którego karmiła strzykawką napełnianą mlekiem z filiżanki, i sięgnęła po następnego. Szczeniaków było dziesięć, tak maleńkich, że nawet nie otworzyły jeszcze oczu.

– Mają dopiero sześć dni – powiedziała dona Elodia. – Nie przeżyją.

Nosiła okulary z grubymi szkłami, które powiększały oczy, od zawsze była stara i gruba od pasa w dół. Małomówna, poruszała się wolno i zachowywała spokój nawet w szczycie sezonu, gdy w tawernie roiło się od pijaków i biegających między stołami dzieci. Teraz jednak była wyraźnie przybita.

– Czemu ich pani nie rozda? – zapytała Damaris. – Jednego już wydałam, ale takich maluchów nikt nie chce. Sezon dawno się skończył. W tawernie nie było stołów, muzyki, turystów – niczego, tylko dona Elodia siedząca na ławeczce w wielkiej pustej sali i dziesięć szczeniaków w kartonie. Damaris przyglądała im się uważnie i w końcu wybrała.

– Mogę wziąć tego?

Dona Elodia odłożyła do kartonu kolejnego nakarmionego malca, podniosła tego o szarej sierści i oklapniętych uszkach, którego wskazała Damaris, i przyjrzała mu się od tyłu.

– To dziewczynka – orzekła.

Podczas odpływu plaża stawała się olbrzymią połacią czarnego piasku przypominającego błoto. Podczas przypływu całą zalewała woda, a fale porywały z lasu patyki, gałęzie, pestki i opadłe liście, by później zwrócić je razem ze śmieciami pozostawionymi przez ludzi. Damaris wracała z wizyty u ciotki, która mieszkała w sąsiednim miasteczku – bardziej nowoczesnym, z prawdziwymi hotelami i restauracjami, położonym w głębi lądu za lotniskiem wojskowym. Do tawerny zajrzała z ciekawości, a teraz wracała do swojego domu na przeciwległym końcu plaży z suczką, której nie miała w co włożyć, więc niosła ją przy piersi. Psinka mieściła się w jej dłoniach i pachniała mlekiem. Damaris miała wielką ochotę przytulić ją mocno i zapłakać.

Miasteczko składało się z jednej długiej piaszczystej drogi, po której obu stronach tłoczyły się domy. Były to wzniesione na drewnianych palach rudery ze ścianami z desek i dachami czarnymi od grzyba. Damaris trochę się obawiała reakcji Rogelia na widok suczki. Nie lubił psów; trzymał je tylko po to, żeby szczekały i pilnowały gospodarstwa. Mieli już trzy: Dangera, Mucha i Oliwka.

Największy z nich, Danger, przypominał labradory, które żołnierze wykorzystywali, by obwąchiwały łodzie i bagaże turystów, ale łeb miał duży i kwadratowy niczym pitbule z hotelu Pacifico Real w sąsiednim miasteczku. Był dzieckiem suki świętej pamięci Josuego, który w odróżnieniu od Rogelia lubił psy. Owszem, on też hodował je po to, żeby szczekały, ale oprócz tego otaczał je troską i szkolił do pomocy przy polowaniach. Pewnego razu, gdy Rogelio przyszedł w odwiedziny, jeden ze szczeniaków oddalił się od stada i szczekał na niego. Miał niecałe dwa miesiące. Rogelio stwierdził, że właśnie takiego psa potrzebuje, a gdy dostał go w prezencie od Josuego, nadał mu imię Danger, co znaczy "niebezpieczeństwo". I jak na to imię przystało, Danger wyrósł na psa zaborczego i odważnego. Rogelio mówił o nim z szacunkiem i podziwem, ale nie przeszkadzało mu to ciągle na niego wrzeszczeć, wołać "fe!" i podnosić rękę, by mu przypomnieć, że może znów dostać w skórę.

Pewnego dnia na ich podwórzu zjawił się Much – mały, chudy i strachliwy. Widać było, że miał trudne dzieciństwo. Danger nie próbował go przegnać, więc pozwolili mu zostać. Miał na ogonie ranę, w którą po paru dniach wdała się infekcja. Nim Damaris i Rogelio to dostrzegli, rana wypełniła się larwami.

– Widziałeś? – zapytała Damaris, której się zdawało, że dostrzegła wylatującą stamtąd dojrzałą już muchę.

Rogelio nic nie zauważył, a kiedy mu wyjaśniła, roześmiał się w głos i powiedział, że wreszcie mają imię dla tego zwierzaka.

– A teraz morda w kubeł, Muchu! – zarządził.

Chwycił psa za koniuszek ogona, uniósł maczetę i nim Damaris zrozumiała, co się dzieje, jednym ruchem odciął mu ogon. Much zawył i zerwał się do biegu, a kobieta wbiła przerażony wzrok w męża, który – wciąż trzymając w ręku zarobaczony ogon – wzruszył ramionami i powiedział, że chciał tylko powstrzymać zakażenie. Była jednak pewna, że zrobił to dla przyjemności.

Najmłodszy z psów, Oliwek, był synem Dangera i czekoladowej labradorki z sąsiedztwa, rzekomo czystej krwi. Przypominał ojca, choć sierść miał dłuższą i jaśniejszą. Z całej trojki był najbardziej podejrzliwy. Żaden z psów nie zbliżał się do Rogelia i żaden nie ufał ludziom, ale Oliwek nie zbliżał się do nikogo, a jego nieufność była tak wielka, że nie jadł, jeśli tylko ktoś był w zasięgu wzroku. Damaris wiedziała, że Rogelio uwielbia zachodzić psy od tyłu, gdy są zajęte jedzeniem, i bić cienką łodygą bambusa guadua, którą trzymał wyłącznie w tym celu. Czasem dostawały za karę, a czasem dlatego, że bicie sprawiało mu przyjemność. Na domiar złego Oliwek był zdradziecki: po cichu zakradał się od tyłu i gryzł.

Z suczką wszystko będzie inaczej, powtarzała sobie. Ona jest moja. Nie pozwolę, żeby Rogelio zrobił jej krzywdę. Nie dam mu nawet krzywo na nią spojrzeć.

Weszła do sklepu don Jaimego i pokazała mu szczenię. – Ale maleństwo – powiedział. Sklep miał tylko ladę i jedną ścianę, ale można w nim było kupić wszystko, od zrywności po gwoździe i śruby. Don Jaime pochodził z interioru. Przyjechał tu bez grosza przy duszy w czasach, gdy budowano bazę marynarki, i związał się z miejscową kobietą, czarną i biedniejszą niż on sam. Niektórzy mówili, że wzbogacił się dzięki czarom, ale Damaris uważała, że jest po prostu dobry i pracowity.

Tego dnia sprzedał jej na kreskę warzywa na cały tydzień, chleb na jutrzejsze śniadanie, torebkę mleka w proszku i strzykawkę do karmienia szczeniaka. Do tego dołożył karton.

Rogelio był czarny, zwalisty i muskularny, z wiecznie zagniewaną miną. Kiedy przyniosła szczeniaka, akurat czyścił silnik kosiarki na podwórzu. Nawet się nie przywitał.

Diane Setterfield i 'Czarne skrzydła czasu'Nieprzemyślany akt okrucieństwa z dzieciństwa może wpłynąć na całe życie? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

– Jeszcze jeden pies? Nie myśl sobie, że będę się nim zajmował. – A kto cię o to prosi? – żachnęła się i ruszyła prosto do domu.

Strzykawka nie zadziałała. Damaris była silna, ale niezdarna, a palce miała równie grube jak resztę ciała. Ilekroć naciskała tłok, od razu spychała go na sam dół i z pyska suczki wystrzelał strumień mleka, rozpryskując się na wszystkie strony. Mała nie potrafiła jeszcze lizać, więc nie mogła pić z miseczki, a buteleczki do karmienia dzieci, które sprzedawano w miasteczku, były za duże. Don Jaime zaproponował, żeby używała zakraplacza. Spróbowała, ale w takim tempie, kropelka po kropelce, pies nigdy by sie? nie napił. W końcu przyszło jej do głowy, żeby zamoczyć chleb w mleku i dać maleństwu do ssania. To było to! Suczka w mgnieniu oka pożarła całość.

Domek, w którym mieszkali, nie stał na plaży, tylko na porośniętej lasem skarpie, gdzie biali z miasta pobudowali wakacyjne rezydencje – duże i piękne, z ogrodami, brukowanymi ścieżkami i basenami. Do miasteczka schodziło się po wysokich, stromych schodach, które wymagały ciągłego szorowania, bo po licznych deszczach gromadziło się tam błoto i ktoś mógłby się pośliznąć. Potem trzeba było się przeprawić przez zatoczkę – szeroką, rwącą jak rzeka odnogę morza, która napełniała się podczas przypływu i opróżniała wraz z odpływem.

Rano woda była wysoka, więc żeby kupić chleb dla suczki, Damaris musiała wstać skoro świt, wziąć z domu wiosło i niosąc je na ramieniu, zejść po schodach, odepchnąć kajak od pomostu, przepłynąć na drugi brzeg, przywiązać kajak do palmy, zabrać wiosło do domu któregoś z rybaków mieszkających nad zatoczką, poprosić go, jego żonę lub dzieci, żeby je przechowali, posłuchać narzekań i opowieści sąsiada i przejść przez pół miasteczka do sklepu don Jaimego... a potem przebyć tę samą drogę w drugą stronę. I tak codziennie, nawet kiedy padało.

Więcej o: