Jak daleko człowiek gotów jest zabrnąć w pogoni za życiem, jakiego pragnął? [FRAGMENT]

"Trzymająca w napięciu, skupiona wokół mocnych, wyrazistych bohaterek powieść o zaskakujących zwrotach akcji. Sławna powieściopisarka i pochodząca z małego miasteczka dziewczyna z aspiracjami do wielkiej kariery ścierają się w walce o majątek i sławę" - pisze o "Pozorantce" Maria Semple, autorka "Gdzie jesteś, Bernadette?". Publikujemy przedpremierowo fragment thrillera, który ukaże się 23 lutego.

Florence Darrow od zawsze chciała być sławną pisarką. Kiedy otrzymuje ofertę pracy jako asystentka znanej, choć żyjącej w całkowitym odosobnieniu i ukrywającej się pod pseudonimem Maud Dixon autorki, zgadza się bez wahania. Podczas ich wspólnego pobytu w Maroku dochodzi jednak do katastrofalnego w skutkach wypadku samochodowego. Maud zniknęła jak kamień w wodę, tymczasem Florence budzi się w szpitalu ze świadomością, że cudem uszła z życiem. Teraz może patrzeć, jak wszystko, na co tak ciężko pracowała, obraca się w pył i trzeba będzie zaczynać od początku - albo uznać, że sława, o której zawsze marzyła, była jej pisana i najwyższy czas po nią sięgnąć.

Więcej interesujących tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Zobacz wideo Armie Hammer wielkim problemem twórców "Śmierci na Nilu". Czyli o tym, jak skandale mogą niszczyć kariery

Alexandra Andrews "Pozorantka", tłum. Katarzyna ROsłan, Wydawnictwo W.A.B. - fragment:

Semat, Maroko

Madame Wiiil-cock?

Gwałtownie uchyliła lewą powiekę; wdarło się pod nią ciepłe żółte światło. Przez pole widzenia przesunęła się rozmazana biała postać. Zamknęła oko.

Madame Wiiil-cock?

Coś przenikliwie pikało. Tym razem zmusiła się do otwarcia obojga oczu. Leżała w niewygodnym łóżku za brudnymi zasłonami.

Madame Wiiil-cock?

Sztywno obróciła głowę. Na krześle obok niej siedział mężczyzna w mundurze; wyglądał jak wojskowy. Opierał łokcie na udach i natarczywie się jej przyglądał. Jego nabrzmiała twarz miała rysy plastikowej lalki. Nie uśmiechał się.

Madame Wiiil-cock? – powtórzył po raz czwarty.

Helen? – wychrypiała.

Helen. – Mężczyzna skinął głową. – Wie pani, gdzie pani jest?

Rozejrzała się.

W szpitalu?

Zgadza się. Wczoraj pani ostro balowała.

Ja balowałam?

I to ostro.

Roześmiała się cicho, bezwiednie. Mężczyźnie wyraźnie się to nie spodobało. Zmarszczył czoło. Nagle zasłona po jej lewej stronie została z rozmachem odsunięta. Oboje odwrócili głowy. Wyłoniła się zza niej kobieta w białym kitlu i białej chustce na głowie. Pielęgniarka? Z miłym uśmiechem nachyliła się nad łóżkiem, powiedziała coś w obcym języku i wygładziła cienki koc. Następnie ostrym tonem zwróciła się do mężczyzny. Ten wstał, pojednawczo rozłożył ręce, uśmiechnął się z przymusem, odchylił zasłonę i zniknął.

Młoda kobieta w łóżku odwróciła się do pielęgniarki, ale ta też już odchodziła.

Halo! – zawołała schrypniętym głosem. Pielęgniarka nie usłyszała jej lub zignorowała wołanie. Młoda kobieta została sama.

Utkwiła wzrok w suficie pokrytym brązowymi zaciekami. Chciała się dźwignąć i usiąść, lecz uniemożliwił jej to gips na lewym nadgarstku. Dopiero wtedy stwierdziła, że jest obolała. Bolało ją wszystko.

Znowu spojrzała na krzesło, z którego wstał mężczyzna. Zwracał się do niej „madame Wiiil-cock". Ten szczegół zda- wał się ważny, ale dziewczyna nie była w stanie z niczym go powiązać. Zamknęła oczy.

Po paru chwilach – a może były to godziny – zasłona znowu się rozchyliła. Tym razem pielęgniarka przyprowadziła innego mężczyznę.

Pani Wilcox – zaczął. – Cieszę się, że się pani obudziła. – Mówił po angielsku staranniej niż naturalny użytkownik tego języka, wyraźnie oddzielając sylaby. – Moje nazwisko Tazi, jestem lekarzem. Przywieziono panią w nocy podczas mojego dyżuru. Ma pani pęknięte dwa żebra, złamany nad- garstek, krwiaki na twarzy i na klatce piersiowej. Uczestniczyła pani w wypadku samochodowym. Takie obrażenia są typowe, gdy otwiera się poduszka powietrzna. Miała pani szczęście, że skończyło się tylko na tym.

Pielęgniarka, jakby czekając na sygnał, wskazała na jedno- razowy kubeczek z wodą i białą tabletkę wielkości trzonowca.

Hydrokodon. Środek przeciwbólowy – wyjaśnił lekarz. – Zajrzę do pani po południu, ale nie widzę powodów, żebyśmy panią tu trzymali dłużej niż do jutra. A na razie proszę odpoczywać, pani Wilcox.

Wyszedł, ciągnąc za sobą welon w postaci odzianej w biel pielęgniarki.

"Pani Wilcox". Bezgłośnie wypowiedziała to nazwisko.

Helen.

Potem światło zgasło i zapadła w sen.

Remigiusz Mróz marzył o tym, żeby kompleks Riese stał się scenerią książki.Remigiusz Mróz to najlepiej zarabiający polski pisarz. Drugie i trzecie miejsce mogą zaskoczyć

Część I

Dwie młode kobiety wspinały się wąskimi schodami na piętro, skąd dobiegały śmiechy i muzyka. Florence Darrow, która szła pierwsza, sunęła dłonią po krwistoczerwonej ścianie.

Urządzanie tu imprez dla branży wydawniczej ma w sobie coś perwersyjnego – powiedziała.

Obie pracowały jako asystentki redakcji w wydawnictwie Forrester Books, a tego dnia odbywała się doroczna firmowa impreza świąteczna – jak zwykle na pierwszym piętrze mrocznego baru Biblioteka. Motywem przewodnim był kicz literacki.

Coś jakby zwołać szczyt ONZ w parku Disneya.

No – przytaknęła cicho Lucy Gund.

Jej sukienka wskutek wchodzenia po schodach przylepiła się do rajstop i pomarszczyła na udach.

Doszły na górę i przystanęły tuż za progiem, by się rozejrzeć. Impreza trwała dopiero od pół godziny, ale nad tłumem już unosił się hałaśliwy gwar, wypełniający powietrze jak smog. Prawie setka ludzi – z niektórymi z nich stykały się w pracy, ale wielu nie znały – stała stłoczona w ciasno zbitych grupkach. Florence nie chciała zjawić się za wcześnie, ale teraz pożałowała, że nie przyszły o takiej porze, żeby zdążyć zająć sobie jakiś kącik. Wodziły wzrokiem po pomieszczeniu, szukając znajomych przyjaznych twarzy. Na żadną nie natrafiły.

To co, po drinku na dobry początek? – zaproponowała Florence, a Lucy skinęła głową.

Obie zaczęły pracę w Forrester w tym samym czasie, prawie dwa lata temu, a Lucy natychmiast obdarzyła Florence bezwarunkową lojalnością. W teorii była dokładnie taką przyjaciółką, jaką Florence miała nadzieję zyskać w Nowym Jorku. Lucy wychowała się w Amherst, gdzie jej rodzi- ce wykładali na wydziale języka angielskiego w college’u. Jej ojciec był autorem najlepszej z wydanych dotąd biografii Nathaniela Hawthorne’a. Florence spędziła u nich pierwsze po przeprowadzce do Nowego Jorku Święto Dziękczynienia i z zachwytem odkryła, że ich stary, pełen książek dom sąsiadował z domem Emily Dickinson. Stanowił intelektualną idyllę, w jakiej zawsze chciała dorastać. Dom rodziców Lucy był wszystkim, czym nie było ciasne mieszkanie matki Florence w Port Orange.

Lucy brakowało jednak pewności siebie i wyrafinowania, które – jak zawsze zdawało się Florence – powinny być na- turalną konsekwencją dzieciństwa, jakie było jej udziałem. Lucy była do bólu nieśmiała. Florence niekiedy podejrzewa- ła, że matka przykazała jej znaleźć w Nowym Jorku jedną jedyną przyjaciółkę i zapewniła ją, że jeśli Lucy to zrobi, to potem już sobie poradzi. A Florence była pierwszą osobą, którą Lucy poznała w Forrester.

Dziewczyny w zasadzie nie zaistniały towarzysko w firmie, a to dlatego, że Lucy nie próbowała, a Florence się nie udało. Ponieważ Florence zerwała kontakty z dawnymi znajomymi z Florydy – swoją przeszłość traktowała jak gnijącą od gangreny kończynę, którą w imię wyższego dobra należy odciąć – to Lucy na dobrą sprawę była jedyną jej koleżanką. Torując sobie drogę do imponującego mahoniowego baru ciągnącego się pod tylną ścianą sali, minęły długi stół pełen stosów winogron i serów. Barman w czarnej satynowej kamizelce uśmiechał się gdzieś w przestrzeń ponad ich głowami. Najwyraźniej nie spełniały wymogów niezbędnych do tego, by zyskać jego uwagę. Lucy przywykła, że się jej nie zauważa – szczerze mówiąc, chyba jej to nawet odpowiadało, natomiast Florence miała dotąd wystarczające powodzenie u mężczyzn, by być rozczarowaną, gdy któryś nie dostrzegał jej wdzięków. Nie była nieatrakcyjna, choć bez wątpienia pierwszą cechą, która rzucała się w oczy, gdy się na nią patrzyło, była bladość. Florence sprawiała wrażenie kogoś, kto spędził młode lata w podziemnym bunkrze, a nie na słonecznej Florydzie. Oto najlepszy dowód, że przyszła na świat w niewłaściwym miejscu, myślała często z satysfakcją. Jej mleczna cera łatwo się rumieniła – nigdy nie miało się pewności, czy to z zawstydzenia, czy z żarliwości, jakby jej stwórca był roz- darty między ścierającymi się siłami czystości i perwersji. Na niektórych mężczyznach wywierało to hipnotyzujące wrażenie, wielu jednak odpychało. Florence miała też ciemne, niemal czarne oczy i ciemnoblond loki, sterczące niczym bujne włosy Meduzy. Mimo że przez lata jej matka wydała fortunę na żele, spraye i pasty utrwalające, dziewczyna nigdy nie nauczyła się ich ujarzmiać.

Co dla pań? – spytał wyćwiczonym tonem barman. Światło błysnęło w jego sztywno postawionych włosach.

Florence wyobraziła sobie, że kruszy je w palcach jak pokrytą szronem trawę.

Lucy wskazała na reklamę koktajlu, dzisiejszej specjalności lokalu.

Dla mnie chyba to, Klasyfikacja Dziesiętna Dewara. Florence poprosiła o czerwone wino.

Cabernet czy pinot?

Bez różnicy – rzuciła swobodnie, a przynajmniej taką miała intencję.

Za grosz nie znała się na winie.

Upiwszy po łyku, odeszły od baru w poszukiwaniu jakiejś grupki o naruszalnych granicach. Zauważyły inne asystentki stojące przy stole z jedzeniem, więc przystanęły w pobliżu. Młodsza redaktorka Amanda Lincoln ostentacyjnie sprzeczała się o coś z wysokim, szczupłym dwudziestoparolatkiem w jasnobrązowym sztruksowym garniturze.

Nie ma nawet mowy, ty cholerny mizoginie – powiedziała.

Gretchen, energiczna dziewczyna, która siedziała przy biurku naprzeciwko Florence, odwróciła się, by wyjaśnić im sytuację.

Fritz się upiera, że Maud Dixon jest facetem. Twierdzi, że wie to na pewno.

Nie – wyszeptała Lucy, przysłaniając usta ręką.

Maud Dixon to pseudonim artystyczny autora lub autorki wyjątkowo głośnego debiutu, powieści Fokstrot w Missisipi, która ukazała się parę lat wcześniej. Opowiadała o dwóch nastoletnich dziewczynach z Collyer Springs w Missisipi. Maud i Ruby za wszelką cenę chcą się wyrwać z rodzinnego miasteczka, lecz wiek, płeć, bieda i lodowata obojętność rodzin na każdym kroku udaremniają ich plany. Akcja osiąga punkt kulminacyjny, gdy Maud zabija przedsiębiorcę, który, będąc przejazdem w miasteczku, upatrzył sobie szesnasto- letnią Ruby i nie przestaje jej prześladować.

Morderstwo gwałtownie wyrywa dziewczyny z kurczowych objęć rodzinnego miasteczka. Jedna z nich ląduje w więzieniu, a druga – na stypendium na Uniwersytecie Missisipi.

Krytycy szeroko komentowali ostrą, pozbawioną sentymentu prozę i świeżość spojrzenia, które przyciągnęły uwagę całego światka literackiego. Książka zdobyła jednak rozgłos dopiero wtedy, gdy znana hollywoodzka aktorka wybrała ją do przeczytania dla swojego klubu książki. Nie wiadomo, czy to był łut szczęścia, czy geniusz przewidywania, ale powieść ukazała się w szczycie popularności ruchu #MeToo i doskonale uchwyciła słuszny, brutalny gniew wiszący w powietrzu. Niezależnie od tego, co dokładnie wy- darzyło się za miejscową tawerną owej nocy, kiedy młoda Maud Dixon zadźgała Franka Dillarda, osobnika lubieżnego i budzącego przerażenie, czytelnik nie jest w stanie obarczyć jej winą.

W Stanach sprzedały się ponad trzy miliony egzemplarzy powieści i właśnie realizowano miniserial na jej podstawie. Co ciekawe, postać autorki (bądź autora) była owiana tajemnicą. Dixon nie udzielała wywiadów, nie jeździła w trasy promocyjne, nie prowadziła żadnej kampanii reklamowej. A w książce nie zamieściła nawet podziękowań.

Wydawca, firma konkurująca z Forresterem, przyznał, że Maud Dixon to pseudonim literacki i że autor pragnie za- chować anonimowość. Naturalnie natychmiast wywołało to domysły. Pytanie „Kim jest Maud Dixon?" niezliczoną ilość razy pojawiało się w prasie, na forach internetowych i firmowych lunchach w branży wydawniczej. Błyskawicznie namierzono i wyeliminowano z grona kandydatek dwie żyjące Amerykanki nazwiskiem Maud Dixon: jedna była mieszkanką domu opieki w Chicago i nie pamiętała imion własnych dzieci, a druga – higienistka dentystyczna – po- chodziła z niezamożnej rodziny z miasteczka na Long Island i nikt nie słyszał, aby kiedykolwiek przejawiała talent czy inklinacje do pisania.

Zach Avery na okładce magazynuOszust z Tindera na Netfliksie a oszust "na Netfliksa" w więzieniu. Posiedzi 20 lat

Wiele osób zakładało, że skoro imię i nazwisko głównej bohaterki pokrywają się z imieniem i nazwiskiem autorki, powieść jest autobiograficzna. Paru amatorskich detektywów doszukało się przestępstw mających pewne cechy wspólne ze zdarzeniem opisanym w książce, jednak żadne z nich nie wykazywało takiego podobieństwa, by można było z całą pewnością stwierdzić, że chodzi właśnie o nie. Utrudniał to fakt, że stan Missisipi utajnia akta młodocianych przestępców po ukończeniu przez nich dwudziestu lat. Co do samego miejsca akcji, miasteczko Collyer Springs nie istniało. I w tym punkcie zatrzymało się śledztwo.

Zasadniczo Florence nie poważała książek, które zawdzięczały sukces sensacyjnej fabule. Uważała morderstwo za tanią walutę. Jednak przeczytawszy Fokstrota w Missisipi, była zdumiona. Tu morderstwo wcale nie okazało się prostym chwytem mającym podnieść stawkę – stanowiło rację bytu całej powieści. Czytelnik odczuwał pośpiech morderczyni, kierujący nią absolutny imperatyw, a nawet jej satysfakcję z zagłębiania noża w ciele ofiary.

Pozorantka - okładkaPozorantka - okładka mat. prasowe

Więcej o: