Gotowała w Czarnobylu. "Całe moje życie ułożyło się pod to, że tata chciał mieć zlewki dla świń" [FRAGMENT]

"W kraju takim jak Związek Radziecki służył jej każdy kotlet, usmażony i podany w każdej stołówce i restauracji od Kaliningradu po krąg polarny i od Kiszyniowa po Władywostok. I to, co jadł pierwszy sekretarz partii komunistycznej, i to, co jadł zwykły obywatel, było polityczne. Rosja jest zaś godną następczynią ZSRR, więc wciąż karmi ludzi propagandą, tak jak robiła to przed laty. Nie przypadkiem rządzi tam Władimir Putin, wnuk kucharza Spirydona Putina. O nich obu też w tej książce przeczytacie" - czytamy w opisie książki "Rosja od kuchni". Publikujemy fragment reportażu dotyczący Czarnobyla (dzisiejsza Ukraina) i wybuchu w tamtejszej elektrowni atomowej w 1986 roku.

W czwartek 24 lutego o godzinie 3 polskiego czasu rosyjskie wojska zaatakowały Ukrainę. Żołnierze uderzyli zarówno z ziemi jak i z powietrza. Władze Ukrainy podają, że w wyniku ataku rosyjskich wojsk zginęło 352 cywilów, w tym 14 dzieci. Ponad 400 rosyjskich najemników z tzw. grupy Wagnera działa w Kijowie; ich celem jest prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i członkowie ukraińskiego rządu. Kraje UE i NATO błyskawicznie zwiększają dostawy broni dla Ukrainy, w życie wchodzą ostre sankcje, które odbiją się na rosyjskich rynkach. Do Polski trafiło już ponad dwieście tysięcy uchodźców z Ukrainy. Sytuacja zmienia się z minuty na minutę, na stronie głównej Gazeta.pl prowadzimy specjalną relację.

Zobacz wideo "Długo nam mówiono, że z Ukraińcami jest coś nie tak. Dowiedliśmy, do czego jesteśmy zdolni"

Witold Szabłowski "Rosja od kuchni. Jak zbudować imperium nożem, chochlą i widelcem ", Wydawnictwo W.A.B. - fragment:

Panią Lubę zabrali z grządki, gdzie pieliła pomidory. Panią Raję – czyli Raisę – z mieszkania, gdzie sama wychowywała trójkę dzieci. Pani Walentynie powiedzieli w sklepie, w którym pracowała, że musi jechać jeszcze tego samego dnia. I od razu doradzili, żeby nie próbowała za dużo dyskutować. Co było robić? Pojechała.

Pani Nastia dowiedziała się w kolejce do lekarza, od koleżanki, która pracowała w wydziale kadr. "Ale przecież ja jestem chora, na zwolnieniu" – zdziwiła się. Ale koleżanka jej wytłumaczyła, że to w niczym nie przeszkadza.

A pani Lidii szefowa tego samego wydziału kadr powiedziała: "Albo pojedziesz, albo pakuj się i wracaj do siebie na wieś". Pojechała więc.

Pani Olga dwie godziny płakała i zastanawiała się, co zrobić – miała półroczne dziecko. Bała się, że czymś je zarazi.

Tylko pani Tatiana o tym, że jedzie do Czarnobyla gotować dla tych, co walczą z katastrofą, dowiedziała się, jak na kucharkę przystało – przy garach.

Udało mi się poznać całą siódemkę.

Jak zabrali kolejne osiem dziewczyn z pierwszej grupy kucharek, która pojechała do Czarnobyla zaraz po katastrofie, już się nie dowiemy. Nie żyją. Pierwsza umarła zaraz po powrocie, druga – kilka lat później. Trzy zmarły po dziesiątej rocznicy katastrofy. Przed dwudziestą rocznicą – jedna. Dwie kolejne – kilka lat po niej. Zresztą z tych siedmiu, które żyją, sześć jest schorowanych i ma za sobą czasem po kilka, czasem po kilkanaście operacji o różnym stopniu skomplikowania.

Ale zacznijmy od początku. Od wioski Warasz na Wołyniu, po której zostało tylko kilka domów. I wspomnienia.

Sean PennPenn: Dusza Ameryki jest stracona, jeśli zostawimy Ukraińców, żeby walczyli sami

Luba

Pani Luba jest już po sześćdziesiątce, na ramiona ma zarzuconą ciemną kamizelkę, a na głowę – czapkę z jakiegoś zwierzęcia, którego gatunku nie potrafię odgadnąć. Spotykamy się w kawiarence przy waraskim Pałacu Kultury. Pani Luba pamięta jeszcze, jak w tym miejscu biegały gęsi i pasły się krowy.

– Piękna to była wioska, Warasz. Mój ojciec miał świnie, krowy, króliki i kaczki. Razem z mamą pracowali w kołchozie, ale wtedy już Sowieci pozwalali mieć przy domu swoje zwierzęta.

Mama i tata mieli nas jedenaścioro. Ja byłam najmłodsza i żyłam jak pączek w maśle. Wszyscy mnie bardzo kochali. A kiedy poszłam do trzeciej klasy, do ojca przyjechała komisja, żeby odkupić od niego dom i kawałeczek ziemi, który mieliśmy. Powiedzieli, że w Waraszu powstanie elektrownia atomowa i że w miejscu, gdzie stoi nasza chałupa, będzie stał reaktor. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Jaki reaktor? Jaka elektrownia? Co to takiego? Teraz już każdy słyszał o elektrowniach atomowych, Czarnobyl się do tego przyczynił, ale wtedy to było coś całkowicie nowego, dopiero zaczynali je budować.

Ojcu się ten pomysł nie spodobał. Nasza rodzina mieszkała w Waraszu od pokoleń. Przetrzymaliśmy wojnę, kolektywizację i nagle mamy sprzedać dom i ziemię i zamienić je na mieszkanie w bloku? Ale ta komisja zaczęła ojca przekonywać, że jak teraz nie sprzeda po dobroci, to w przyszłości i tak mu zabiorą, bo jak w Moskwie sekretarz zdecydował, że w Waraszu ma stanąć elektrownia, to bardzo przepraszam, ale chłop na Wołyniu nie ma szansy, żeby taką decyzję zablokować.

Ojciec się więc dogadał, że za naszą chałupę dostanie dwa mieszkania w blokach, które zaczęli tu budować. Jakieś pół roku później przyjechali robotnicy, zbudowali bloki i przeprowadziliśmy się. Oboje rodzice dostali pracę w elektrowni, która jeszcze była w budowie: mama jako sprzątaczka, tata jako stróż. I mój ojciec stał się nagle wielkim fanem energetyki atomowej! Zarabiali z mamą trzy razy więcej niż w kołchozie, a że mieli ogródek działkowy, to dalej hodowali w nim gęsi, świnie, kilka kaczek i parę królików. Tylko z krów musieli zrezygnować, bo nie było ich gdzie wypasać.

Aż któregoś dnia mój ojciec, który zawsze był bardzo zaradny, powiedział do mnie:

– Luba, a ty byś nie poszła do elektrowni na kucharkę? Zawsze lubiłaś gotować. Może to dobra praca dla ciebie?

– No dobrze, tato – odpowiedziałam. – A dlaczego akurat teraz ci to przyszło do głowy?

I okazało się, że córka jego kolegi pracuje w elektrowni właśnie jako kucharka. I codziennie wieczorem wszystkie resztki, których ludzie nie zjedzą, zlewa w wiadra, ojciec podjeżdża pod elektrownię traktorem i zabierają to wszystko dla swoich świń. Mój ojciec sobie wymarzył, że on też będzie miał żarcie dla świń za darmo.

Najpierw mnie to trochę zezłościło, że w ogóle nie pomyślał o mnie, tylko te świnie. Potem – trochę zaczęłam się śmiać. Ale jeszcze po chwili pomyślałam, że może praca w elektrowni to nie jest zły pomysł. Poszłam, złożyłam podanie. Elektrownia wtedy bardzo szybko się rozbudowywała, więc przyjęli mnie właściwie z dnia na dzień. I tak całe moje życie ułożyło się pod to, że tata chciał mieć zlewki dla świń.

I tak to kilka lat trwało: ja gotowałam w elektrowni, a wieczorem ojciec podjeżdżał traktorem i te swoje zlewki zabierał. Pamiętam, że jak zarzynał ostatnią świnię, to już działał pierwszy reaktor. W łazience w naszym bloku z sąsiadem ją zarżnęli, żeby nie trzeba było mięsa nosić. Kiełbasę, salceson, szynkę, wszystko z mamą robiłyśmy same. Tu się buduje reaktor, atom będzie rozszczepiany, wszystko to widać przez okno. A w łazience ojciec z sąsiadem świnię zarzynają.

Reaktor zresztą koniec końców stanął w innym miejscu, nie na naszej ziemi. I zmienili nam nazwę z Warasza na Kuzniecowsk. Na cześć jakiegoś komunisty, który w czasie wojny był szpiegiem wśród Niemców. Dopiero jak przyszła niepodległa Ukraina, to zamienili z powrotem na Warasz.

Władimir PutinRosjanie chcą zmusić Netflix do nadawania putinowskiej propagandy

(...)

Wsadzili nas do autobusu pod naszą restauracją; pojechałyśmy nim do Rafaliwki, to miejscowość cztery kilometry stąd, w której są tory kolejowe. Przedstawili nam naszą brygadzistkę: Walentyna Timofiejewna Sawicka. Dzień dobry, dzień dobry, wszystkie ją kojarzyłyśmy, bo była kierowniczą sklepu niedaleko elektrowni. Od początku robiła na nas dobre wrażenie. Wszystko by zrobiła dla drugiego człowieka. Powiesz, że coś ci nie odpowiada – już Wala biegnie, żeby ci zorganizować lepsze. Masz problem? Wala pół nocy nie będzie spać, tylko myśleć, jak można pomóc.

W Rafaliwce wsiadłyśmy w nocny pociąg do Kijowa, w Kijowie nam podali śniadanie i zawieźli na łódź, którą płynęłyśmy w stronę Czarnobyla. Wysiadłyśmy z łodzi, przeszłyśmy jeszcze kawałeczek, do ostatniego autobusu, już na miejsce.

Widziałam wtedy reaktor, jeden jedyny raz. Płonął jeszcze wtedy i bardzo dymił. Strasznie to wyglądało. Później siedziałyśmy miesiąc w środku lasu i reaktor zasłaniały drzewa.

Zawieźli nas do dawnego ośrodka pionierskiego położonego w środku lasu. Nazywał się Bajkowy Las. Ładnie, prawda? Wala kazała nam się wcześnie położyć, bo pobudkę miałyśmy zaplanowaną na szóstą rano. Ale bardzo długo nie mogłyśmy zasnąć. A potem żołnierze obudzili nas już o czwartej. Dlaczego tak wcześnie? Przez nasze koleżanki. Tam przez dwa pierwsze dni były jakieś kucharki z innej elektrowni. Miały przygotować śniadanie, pokazać nam kuchnie, chłodnie, ujęcie wody, zapoznać ze sprzętem i o dwunastej miały zaplanowany transport powrotny. Ale zamiast czekać, uciekły w środku nocy, przez las.

Wtedy byłam na nie wściekła, bo wszystko musiałyśmy zrobić za nie. Nie rozumiałam, jak można było się tak zachować. Dziś mi ich tylko szkoda. W lesie wszystko było najbardziej napromieniowane. Chciały ocalić życie, a pewnie dziś żadna z nich już nie żyje.

(...)

Walentyna

Nigdy w życiu nie pracowałam ciężej niż wtedy w Czarnobylu. Dzień zaczynałam o trzeciej w nocy, bo wtedy wyjeżdżaliśmy po zaopatrzenie. Jeździłam po wszystko sama, bo tam na każdym blankiecie stał mój podpis, więc jakby jedna kostka masła zginęła, mogliby mnie oskarżyć o kradzież. Poza tym dobrze mnie dobrali do tej pracy, bo ja jestem trochę pyskata, a zaopatrzeniowiec powinien taki być. Tu się wepchnąć w kolejkę, tu zagadać, tam z kimś porozmawiać miło, ale tak, żeby przy okazji coś załatwić. Wcześniej wykonywałam taką samą pracę w sklepie w Waraszu, więc przychodziło mi to bez problemu. Raz przed Dniem Zwycięstwa, 9 maja, wysłali mnie po piwo dla naszych pracowników, a kierownik w magazynie w Łucku powiedział, że fabryka ma przestój i piwa nie będzie. Powiedziałam mu, że jak sobie chce, ale bez prądu, który my produkujemy, to ani fabryka piwa nie zrobi, ani on magazynów nie otworzy. A jak ludzie u nas w mieście nie dostaną piwa, to wolę sobie nie wyobrażać, co się może wydarzyć. Tak go zagadałam, tak go zbajerowałam, że jako jedyni w rejonie mieliśmy piwo dla swoich weteranów.

Na takie właśnie umiejętności liczyli moi szefowie, robiąc mnie szefową kucharek – i szefową zaopatrzenia – na Bajkowy Las. Wiadomo było, że nie będzie lekko. I wiadomo było, że jeśli ktoś sobie z tym ma poradzić – to ja.

Po żywność jeździłam codziennie do bazy rozdzielczej w okolicach Prypeci – tam jechałam jedną wielką ciężarówką po warzywa, owoce, ser, mleko i chleb. Tu moje umiejętności bajerowania nie przydawały się na nic: stołówek takich jak moja były wtedy trzy, więc do załadowania były tylko trzy samochody. A że państwo traktowało Czarnobyl priorytetowo, baza była bardzo dobrze zaopatrzona, na nic nie trzeba było czekać, wszystko działo się błyskawicznie.

Ale raz w tygodniu dostawałam dodatkową ciężarówkę i jechałam po zaopatrzenie w mięso, wędliny, mąkę i makarony do Kijowa. I tam się już zaczynały problemy, bo choć przyjeżdżałam z terenu silnie napromieniowanego i sama byłam napromieniowana, kierowali mnie do tej samej bazy, gdzie stali zaopatrzeniowcy z miejskich stołówek i restauracji. Szło to sprawnie, więc nigdy się nie awanturowałam, tylko czekałam ze wszystkimi. Aż w trzecim tygodniu stało się coś dziwnego. Kiedy się zjawiłam, inni kierowcy zajechali nam drogę i nie chcieli puścić do bazy. Wyszłam się dowiedzieć, co się dzieje, a w odpowiedzi usłyszałam wiązankę, że taka owaka, wracaj sobie do swojego Czarnobyla, zamiast nas zarażać.

Mojego Czarnobyla?

– Ludzie – mówiłam – ja nawet nie jestem stamtąd! Pomagam gasić pożar, bo inaczej wszyscy poumieramy, i ja, i wy.

Ale oni nie chcieli słuchać.

Poszłam do księgowości i powiedziałam, że inni kierowcy nie chcą mnie wpuścić. Oni odpowiedzieli, że z nimi załatwią, ale ja na to:

– Posłuchajcie, ludzie mają prawo się bać. Przede mną w kolejce stała furgonetka, która wiezie mleko do przedszkola. Skąd oni mają wiedzieć, że ja im tego mleka nie napromieniuję?

– To co mamy zrobić? – pytali.

– Puszczajcie mnie oddzielnym wjazdem, bez kolejki.

I tak od tej pory robili. Nie czekałam już ani razu. I z nikim się przy wjeździe nie spotykałam. Czy było mi przykro? Witoldzie, ja byłam zawsze do pracy nastawiona zadaniowo, nie emocjonalnie. Nawet się cieszyłam, że nie będę musiała stać w kolejce.

<<Reklama>> E-book "Rosja od kuchni" Witolda Szabłowskiego jest dostępny w Publio.pl >>

Rosja od kuchniRosja od kuchni mat. prasowe

Więcej o: