"Ogromny ładunek emocji, którego nie da się rozbroić głębokim oddechem". Fragment "Psiego parku"

"Przejmująca powieść o dziewczynie z Ukrainy, która na Zachodzie szuka ucieczki przed dawnym życiem - ale i tam dosięga ją przeszłość" - pisał o "Psim parku" dziennikarz "Le Figaro". "Ogromny ładunek emocji, którego nie da się rozbroić głębokim oddechem" - ocenia Sylwia Chutnik. Przedpremierowo publikujemy fragment powieści Sofi Oksanen.

"Psi park" to opowieść o nierównościach we współczesnym świecie, w którym dla bogatych nie ma zbyt wysokiej ceny za szczęście, a pozostali nie mogą być nawet pewni jutra. Gdzie tak blisko leżą: Finlandia - najszczęśliwszy kraj na ziemi, w którym nawet psy mają własne parki - i Ukraina, w której by przetrwać, ludzie pracują w nielegalnych kopalniach i wystawiają na sprzedaż własne życie.

Aukcja obrazu P.P. Rubensa 'Portret Damy'Obraz Rubensa sprzedany w Warszawie za rekordowe 14,4 mln zł

Sofi Oksanen "Psi park", przekład Katarzyna Aniszewska, Znak Literanova - fragment:

Ślady paznokci, które klientka wbiła mi w dziąsła, pamiętałam do dzisiaj, podobnie jak przemysłowy posmak jej kremu do rąk. Mimo to nie chciałam dla Darii łatwiejszego początku. Spotkanie było testem.

– Masz płyn do demakijażu? – kobieta zwróciła się do mnie, skończywszy inspekcję jej zębów.

– Oczywiście.

Już wcześniej postawiłam buteleczkę na bocznym stoliku w sali konferencyjnej. Klientka trzymała Darię w mocnym uścisku, szorując jej skórę jak przypaloną patelnię i zachowywała się w sposób, który tak dobrze pamiętałam: pytania dotyczące dawczyni rzucała ponad jej głową w stronę koordynatorki, do niej samej zaś nie kierowała ani słowa, nawet się z nią nie przywitała. Mimo to chciała ją spotkać osobiście, zbadać własnoręcznie. Kiedy już wypucowała i porozciągała twarz Darii we wszystkie strony, zaczęła przyglądać się skórze na głowie i sprawdzać kondycję włosów, choć wiedziała, że sama to wcześniej sprawdziłam – żadnych ringów, żadnych taśm, loki były autentyczne. W końcu puściła włosy, które przez dobrą chwilę obracała w rękach jak wcześniej pasek swojego płaszcza z wielbłądziej wełny, i westchnęła z zadowoleniem.

– Każ jej się rozebrać.

Domyśliłam się, że to właśnie ta część inspekcji była powodem, dla którego kobieta wysłała męża na miasto z przewodnikiem. Kiedy sama pracowałam jako dawczyni, mężczyzna zapoznawał się z historią miasta z czasów carskich. Tym razem tematem przewodnim był radziecki modernizm, a w Dniepropietrowsku nie brakowało godnych uwagi budynków z czasów podboju kosmosu. Obiecałam zaprowadzić później kobietę do kawiarni Poplawok w kształcie statku kosmicznego, gdzie miała się zakończyć trasa jej męża, i zrobić tam parze wspólne zdjęcie, żeby później mogli przesłać je znajomym na dowód, że ich podróż była typowym przykładem turystyki architektonicznej.

Daria zrobiła posłusznie, co jej kazano, odłożyła ubrania na sofę i po krótkiej rozgrzewce rozciągnęła nogi w szpagacie. Nigdy tego nie potrafiłam. Moje kości nie zginały się jak u baletnicy z teatru Bolszoj, a postawa nie była tak majestatyczna jak Darii. Kobieta zmierzyła ją wzrokiem, po czym zaczęła uciskać jej mięśnie. Tylko lekko przyspieszone przełykanie śliny zdradzało, jak Daria musiała się czuć; jej oczy stały się nieprzeniknione. Byłam z niej dumna. Choć brakowało jej doświadczenia, zachowywała się jak dobrze wytresowany koń.

– Uwielbiałam Nadię Comaneci. Tę gimnastyczkę – wyznała kobieta. – Chciałam być taka jak ona. U was jest tyle uzdolnionych sportowców.

Przygryzłam wargę, powstrzymując się od reakcji. Postanowiłam nie zwracać jej uwagi, że Comaneci wcale nie pochodziła z Ukrainy, tylko z Rumunii Ceausescu – gdzie ona sama w żadnym wypadku nie chciałaby mieszkać. Wcale nie pragnęła być jak niezwyciężona Nadia, dziewczyna najwyższych not, której ze względu na ryzyko ucieczki na Zachód zakazano podróżować. Mogłyśmy się później pośmiać z tego z Darią. Po napstrykaniu małżeństwu mnóstwa wspólnych zdjęć nad Dnieprem zamierzałam zaprowadzić dziewczynę do kawiarni i przypomnieć jej sumę, którą miała zarobić. Była wyjątkiem. Zazwyczaj ludzie traktowali swoje dawczynie jak boginie. A to, jak klient zachowuje się w trakcie procedury, nie świadczy w żaden sposób o tym, jakim będzie rodzicem.

– Daria mogłaby startować na olimpiadzie, gdyby nie doznała kontuzji kostki – zauważyłam.

– Jest wyższa niż większość gimnastyczek. I Ukrainek, ogólnie rzecz biorąc.

– Ta dyscyplina przyciąga ludzi niskiego wzrostu tylko dlatego, że krótki tułów ogranicza możliwości sportowe. Za to Daria miała do tego sportu pasję, ponadto jest doskonałym wyborem, biorąc pod uwagę wzrost pani męża.

Moje wyjaśnienia były zbędne, kobieta już podjęła decyzję. Czułam to po cieple, które wydzielało jej ciało, widziałam w rozmarzonym spojrzeniu, które z aprobatą lustrowało kształt barków Darii i budowę jej ciała, rozmiar stopy i linię ramion. Skóra zdała egzamin. Tak samo włosy. Zęby i brwi. Żadnych okularów, transfuzji krwi, przeszczepów organów, wystawiania się na promieniowanie, podróży do krajów wysokiego ryzyka, które trzeba było osobno zaznaczyć w formularzu. Żadnych dolegliwości fizycznych, zaburzeń psychicznych, leków: u Darii, jej matki, ojca, któregokolwiek z dziadków, rodzeństwa, ciotek, wujów, stryjów, kuzynów. Daria nie miała nawet dziur w zębach, a szkliwo na nich lśniło taką bielą, że można było podejrzewać, że poddała je jakimś zabiegom. Była idealna – a kobieta pragnęła idealnej córki.

Rozumiałam jej zachwyt. Sama poczułam się podobnie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Darię na sofie w moim gabinecie. W uszach zaczął mi już podzwaniać głos mojej dawnej agentki, która obiecywała, że kariera dziewczyny wystrzeli jak rakieta, i zaczęły mi się przypominać rzeczy, za którymi tęskniłam, nie zdając sobie z tego sprawy. Poczułam na języku smak zwycięstwa, a w piersi wspomnienie miłości, jaką kiedyś darzyły mnie obiektywy – i wiedziałam, że nakłonię je do adorowania Darii, która na razie była jeszcze tylko niedojrzałym owocem na drzewie, ale już niedługo miało się to zmienić.

Plan ułożył mi się w głowie w kilka sekund. Najpierw potrzebowałyśmy zdrowego dziecka, jako dowodu, że Daria nadaje się na dawczynię. Po jego urodzeniu agencja przydzieli jej ważniejszych klientów, da lepsze wynagrodzenie, a ona będzie w stanie odłożyć do skarpety wystarczająco dużo, żeby potem w porę zrezygnować. Podda się procedurze kilka razy, nie więcej, w żadnym razie. W tym czasie ja uzbieram kapitał i stopniowo zaczniemy myśleć o wprowadzeniu Darii do świata modelingu. Naszym celem będą wybiegi, nie usatysfakcjonuje nas nic poniżej tego.

W tamtym czasie śledziłam zawrotną karierę Natalii Wodianowej, która pojawiała się na kolejnych okładkach „Vogue’a". Dobrze pamiętałam, jak szybko radzieckie rysy wychodziły z mody, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej były godne wszelkich wielkich ról filmowych. Zmiana mogła nastąpić szybciej, niż ktokolwiek był w stanie przewidzieć. Ale modelki ze Wschodu wciąż jeszcze nie straciły blasku, a w Darii było coś, co przypominało Wodianową, która zyskała przydomek Supernova. Daria mogła zostać następnym gorącym nazwiskiem. Ale żeby odnieść sukces, potrzebowała mnie; i nie chodziło tu tylko o to, że przy jej pewności siebie drobna zachęta może zdziałać cuda – tak jak to było kiedyś w moim przypadku. Beze mnie Daria na pewno popełni te same błędy i jeśli zlecenia nie przyjdą od razu, będzie się zamartwiała, za co kupić jedzenie i z czego opłacić czynsz.

Postanowiłam, że kupię jej mieszkanie w Paryżu albo coś dla nas obu. Nie będzie musiała doświadczać tego życia, które poznałam w dzielonych mieszkaniach agencji z ich piętrowymi łóżkami. Oczywiście Rosjanki stanowiły większość i niektóre z innych dziewczyn nie kryły zdziwienia, kiedy rozmawiałam po ukraińsku z inną dziewczyną z Ukrainy. Zbędny język, mówiły. Czasem można się było poczuć między nimi jak w radzieckiej armii. Jedna podtruła kiedyś konkurentki olejem rycynowym, żeby dostać się na zdjęcia próbne, podczas gdy tamte zwijały się z bólu na łóżkach. Byłyśmy dla siebie nawzajem wrogami. Weteranki nie chciały dzielić się tym, czego się nauczyły, z nami, niedoświadczonymi. Niektóre nie wytrzymywały konkurencji i głodu, więc wracały do domu tuż przed startem. Jedne na boku umawiały się ze sponsorami, inne – zmieniały branżę albo były do tego zmuszane. Darii to nie spotka. Ochronię ją przed wszystkim.

Była nadzwyczaj fotogeniczna, co dało się zauważyć już na amatorskich zdjęciach, które zrobiła sobie w domu; a po przejrzeniu formularza wstępnej klasyfikacji i po pierwszym spotkaniu z klientką utwierdziłam się w przekonaniu, że nadaje się do pracy modelki. Lata uprawiania gimnastyki nauczyły ją korzystać z ciała jak z instrumentu, narzędzia, które musi wytrzymać spojrzenia innych, ich słowa, niekończącą się krytykę. Traktowała swoje ciało na wskroś profesjonalnie. I w odróżnieniu ode mnie nie pierwszy raz pojedzie na Zachód. Pełne półki w pierwszym lepszym supermarkecie nie przytłoczą jej obfitością.

Nie będzie się zatrzymywać na każdym rogu i podziwiać kolejnych sklepów mięsnych, rybnych i cukierni, z niedowierzaniem patrzeć na uginające się od towarów lady. Nie będzie przechadzać się ulicami Paryża z cieknącą z kącików ust śliną, nie wystraszy się w restauracji na widok krwistego mięsa, tylko będzie w stanie odpowiedzieć kelnerom, jaki chce stek. Ja wciąż popełniałam takie gafy. Jej się to nie przytrafi. Zacznie w o wiele lepszym miejscu. I nie będę jej oszukiwać. Nie będę obcinać honorarium bardziej, niż pozwalają na to dobre obyczaje, i wymyślę dla niej atrakcyjny pseudonim. Na przykład Rakieta. Brzmiał jeszcze lepiej niż Supernova.

Kiedy zostanę jej agentką i będziemy jeździć po pokazach, nie pokażę po sobie, że znam ludzi, których będziemy spotykać. Oni będą mnie pozdrawiać, zagadywać, dawać do zrozumienia, że jesteśmy starymi przyjaciółmi, a ja tylko lekko ściągnę brwi, jakbym próbowała sobie przypomnieć, czy faktycznie kiedykolwiek się spotkaliśmy. I uśmiechnę się przepraszająco. Udam, że nikogo nie pamiętam. Tego fotografa, który zawsze kazał mi zdejmować bluzkę, bez względu na charakter sesji. Tego mężczyzny, który nazwał nas prosiakami, gdy któregoś razu przyłapał nas na tym, jak zabijałyśmy głód croissantami. Ani tym bardziej tych niezliczonych dłoni, które podczas przymiarek nigdy nie obchodziły się ostrożnie z igłami czy nożyczkami. Także tej stylistki, która nie pytając o zgodę, ścięła mój koński ogon i tym samym na wiele miesięcy odebrała mi możliwość udziału w sesjach, w których potrzebne były długie włosy. Ani tej kobiety, która flamastrem zaznaczała mi linie na biodrach w miejscach, w których widziała zbędny tłuszcz, tak jakby moje ciało było schematem anatomicznym. Nie będę pamiętać żadnej z tych osób – i zażądam podwójnej stawki od wszystkich, którzy kiedykolwiek zasugerowali, że jeśli nie rozłożę nóg, to nie mam co liczyć na pracę.

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam skłonna odpuścić w pewnych kwestiach. Daria nie wiedziała, że moja szefowa skończyła z upiększaniem biografii dziewczyn, ale zmiana miejsca urodzenia nie wydawała się w gruncie rzeczy niczym wielkim. Z procedurą zawsze wiązało się pewne ryzyko i niektóre z dziewczyn później same wracały do nas jako klientki. Wszystko mogło się zdarzyć. Gdybym miała córkę, która rozważałaby oddanie komórek, poradziłabym jej, żeby zrobiła to dopiero wtedy, kiedy już urodzi własne dzieci – o ile w ogóle. Sama z tym skończyłam, gdy tylko zostałam koordynatorką. Nie mogłam sobie wyobrazić, że Daria mogłaby to robić dłużej, jeśli w przyszłości pojawią się inne możliwości – a miały się pojawić.

Więcej o: