Saga rodzinna opowiadająca o Polsce, która mogłaby się wydarzyć. Fragment "Świeckich"

W pewnym małym miasteczku drzemie wielka siła. Siła Świeckich. Bogata i wpływowa rodzina miłośników sztuki, która próbuje układać nasz kraj po swojemu. Spółdzielcze mieszkania dla wszystkich, rozdzielenie kościoła od państwa, walka z patodeweloperką, czarne marsze. Słowem: wszystko, co najgorsze. Do tego elgiebety i ekolodzy. To fragment opisu "Świeckich", książka ukaże się 23 marca, a my przedpremierowo publikujemy fragment.

Jak zapowiada wydawca:

'Świeccy' to nietypowa saga rodzinna opowiadająca o Polsce, która mogłaby się wydarzyć. O kraju, który istnieje czysto teoretycznie, i w tym bardzo przypomina Polskę prawdziwą. To świeże spojrzenie pełne nadziei, bo w Rzeczpospolitej Świeckich jest jakaś alternatywa.
Zobacz wideo

Przeczytaj fragment:

Wkopany w ziemię poniżej zamku kompleks nie zaburzył z żadnej strony historycznej sylwety miasta, wielki dziedziniec rozdzielający muzeum i filharmonię otwierał się u stop ludzi, zbliżających się wznoszącą się od centrum ulicą Staszica. Do obu budynków wchodziło się z położonego poniżej poziomu ulicy atrium lśniącego w słońcu śnieżną bielą aluminium futurystycznych paneli elewacyjnych i połaci szlachetnej sudeckiej Białej Marianny, jedynego białego marmuru wydobywanego w Polsce. Kwadratową dziurę w ziemi okalał przewieszony nad atrium taras z lekką balustradą. Kto zbliżał się do zamku od miasta, widział tylko bastiony i mury zabytku. Jedynie balustrada i szklany pawilon kawiarni, z którego windy i ruchome schody zabierały gości w dół do atrium, zdradzały, że znajduje się tu jakaś architektoniczna niespodzianka.

Kolejną była wspomniana wcześniej kładka przerzucona między miastem a kampusem Świeckich i dworskim parkiem. Świeccy wymyślili ją podczas tego samego fundacyjnego zjazdu jesienią 2006 roku, kiedy zapadła decyzja o budowie muzeum dla ich kolekcji sztuki. Maciek siedział najdalej od stołu prezydialnego, w kącie z młodzieżą, która pisała do siebie esemesy i chichotała, czekając na przerwę w przedłużającej się gadaninie. Esemesował z nimi, ale równocześnie słuchał, o czym dyskutuje starszyzna, i w którymś momencie ni stąd, ni zowąd poderwał się i odebrał mikrofon przemawiającej o potrzebie udostępnienia parku mieszkańcom Świecia, stojącej obok niego ciotce von Baudissin. Nim zdążył coś powiedzieć, rozległ się szmer niezadowolenia. Prowadzący posiedzenie, ówczesny szef rady Fundacji Świeckich, profesor Karol Modzelewski, skarcił Maćka wzrokiem.

– Panie Macieju, nie przerywamy sobie.

– Panie profesorze, bardzo przepraszam. Basiu, zaraz ci oddam głos, tylko chciałem się z tobą zgodzić i zaproponować pomysł, który mi właśnie przyszedł do głowy, a zaraz bym zapomniał. Zbudujmy kładkę nad wąwozem, żeby ludziom było bliżej do naszego kampusu i do parku, a nam bliżej do miasta – powiedział, oddał mikrofon i usiadł, a salę ogarnął rwetes.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Maciek miał w rodzinie nieoficjalny status enfant terrible, przerwanie innym podczas posiedzeń rodzinnej fundacji potraktowano jako kolejne przewinienie niesfornego chłopaka. A że pomysł budowy kładki wyszedł od niego, część zgromadzonych na sali uznała, że to fanaberia lekkomyślnego młodzianka.

Na sali było z pięćdziesiąt osób, bardzo szybko linia podziału stała się prosta. „Za" lub „przeciw". I już nieważne były konkretne argumenty, czy to przeciw niszczeniu unikalnego ekosystemu wąwozu, czy to za zbliżaniem dworu i miasta.

– No, moi drodzy, żebyście nie znaleźli się przypadkiem po niewłaściwej stronie historii – rzekła z uniesionym palcem ciotka Maryla, oczywiście popierając budowę kładki. Spór zrobił się całkiem ostry. O głos poprosił członek rady fundacji, mrukliwy kurator sztuki współczesnej, Andrzej Szymczak z Warszawy.

– Szanowni państwo, dziś sporo dyskutowaliśmy o mającym powstać muzeum i o tym, jak ma wpisywać się w cele Fundacji Świeckich. Ale uważam, że także wasze rodowe gniazdo, Diabelce, musi stać się dostępne dla ludzi – ciągnął Szymczak. – Wrogowie ciągle oskarżają was o sekciarstwo, o spiskowanie. Idea pani von Baudissin, by park uczynić publicznym miejscem, jest oczywiście znakomita. Ale zgadzam się z panem Maćkiem, że ten wąwóz przez wielu jest odbierany jako przeszkoda. Jako coś, za czym Świeccy się ukryli przed światem. Przerzucenie kładki do otwieranego dla ludzi parku to będzie wyciągnięcie ręki. Słyszałem głos pana Zbigniewa, który martwi się o ekosystem. Dzięki panu nauczyłem się nowego słowa, roślinność kserotermiczna, bardzo dziękuję. Współpracowałem niedawno z dość szalonym francuskim architektem, Francois Roche’em, i zapewniam państwa, że może on zaproponować coś takiego, że ekosystem ani naturalny pejzaż nie ucierpią, powstanie obiekt spełniający swoją funkcję i przy okazji wydarzy się jakaś przygoda. Dla kolekcjonera z Bangkoku, Petcha Osathanugraha, zaprojektował na przykład budynek muzeum sztuki, który ma przyciągać miejski kurz i w ten sposób czyścić powietrze. No, przynajmniej w jakimś minimalnym stopniu…

W tym momencie na sali eksplodował śmiech, który – zdawało się wszystkim – że rozerwie Julianę od środka na strzępy, a z pewnością skończy się dla niej zmoczeniem majtek, sukienki i być może także tapicerki na krześle, na którym jednak nie była w stanie usiedzieć. Lubiła się głośno i wyczerpująco śmiać, przeponę miała mocną jak Maria Callas, do której zresztą była dość podobna, i śmiała się teraz, stojąc i trzymając jedną ręką za usta, a drugą za krocze. Sekundy minęły, a już ryczeli wszyscy i nie miało już zupełnie znaczenia, czy śmieją się z muzeum obrastającego kurzem, czy z napadu histerycznej głupawki Juliany Świeckiej. Tylko Szymczak stał nieruchomo pośrodku zwijających się ciał i próbował utrzymać powagę. Pierwszy opanował się Henryk Świecki. Wcisnął przycisk mikrofonu przed sobą i zawołał:

– Uważam, że przyjęliśmy przez aklamację zlecenie projektu kładki architektowi Francois Roche’owi! Dla pewności zapytam: czy ktoś jest przeciw? Nie widzę. Karolu, kontynuuj zatem.

W ten sposób propozycja Maćka, rzucona z głupia frant, stała się w parę minut oficjalną decyzją zjazdu fundacji. Wczesną wiosną następnego roku Szymczak przywiózł Roche’a do Świecia. Chodzili z gromadką Świeckich cały dzień po mieście, pokazywali Roche’owi, gdzie powstanie muzeum z filharmonią, zabrano go też na tradycyjny spacer po starówce, pokazano wielkie modernistyczne osiedla robotnicze z lat dwudziestych na Przechowie i słynny Nowy Ratusz z końca lat trzydziestych przy placu Łyszczyńskiego. Imponujący gmach zrobił na Roche’u spore wrażenie, ale jeszcze większe pomnik patrona centralnego placu nowoczesnej części miasta.

– Łat is zis? – zapytał, otwierając bardzo szeroko oczy na widok białego kamiennego postumentu, pośrodku którego leżała z początku trudna do zidentyfikowana pecyna brązu. Coś jak główka kapusty, której zewnętrzne liście rozpływały się zmoczone deszczem.

– To pomnik polskiego szlachcica Kazimierza Łyszczyńskiego, jednego z pierwszych ateistów zachodniego świata – wyjaśnił Maciek, bo to on znowu robił za przewodnika turystycznego.

– Obcięli mu głowę? – Architekt odgadł, co przedstawia kształt z brązu.

– Niestety. To była sprawa słynna na całą Europę. Nawet paryskie gazety o tym pisały. Nigdy przedtem opinia publiczna nie słyszała, że w ogóle może istnieć coś takiego jak ateizm – tłumaczył Maciek.

– A to było kiedy? Przed rewolucją francuską? – Roche nie był dobry z historii.

– Dokładnie sto lat przed rewolucją. Trzydziestego marca tysiąc sześćset osiemdziesiątego dziewiątego roku – odparł Maciek.

– Wy mieliście ateistów sto lat przed naszą rewolucją? Incroyable! – Francuz zrobił buzię w ciup. – I co, tu go ścięli?

– Nie, w Warszawie. Ale afera była na cały kraj. – Maciek opowiedział Francuzowi historię, której uczono w Świeciu wszystkie dzieci jeszcze w szkole podstawowej. Łyszczyński był szanowanym dowódcą, chwalonym przez Jana III Sobieskiego za udział w wojnach ze Szwecją i z Moskwą. Wiele lat posłował na Sejm. W młodości, jeszcze jako jezuita, osiem lat studiował teologię i filozofię na rożnych uczelniach Rzeczpospolitej. Rękopis traktatu De non existentia Dei wykradł mu sąsiad próbujący wymigać się od zwrotu dużej sumy pieniędzy. Zadenuncjowany Łyszczyński trafił do więzienia, co stanowiło jaskrawe naruszenie najważniejszego prawa szlacheckiej Rzeczpospolitej, słynnego neminem captivabimus. Żaden szlachcic nie mógł być w państwie polsko-litewskim uwięziony bez wyroku sądowego. Nad sprawą Łyszczyńskiego, który w swym traktacie głosił, że Bóg chrześcijański jest wytworem myśli człowieka, bytem „chimerycznym", jak wszystkie pozostałe bóstwa, ale także jak inne wyobrażone, a nieistniejące istoty, Sejm Rzeczpospolitej obradował przez prawie poł roku. Z niemieckojęzycznych „recesów", czyli sprawozdań sejmowych posłów gdańskich, przechowywanych do dziś w tym mieście, wynika, że o ateiście dyskutowano aż na dziewiętnastu sesjach.

– Czyli on twierdził, że Bóg to coś takiego jak syrena? – dopytywał Roche, bo nie był pewien, czy dobrze rozumie.

– Dokładnie tak. Co więcej, napisał wprost, że teologowie sami wiedzą, że żaden Bóg istnieć nie może, ale celowo utrzymują ludzi w kłamstwie, by mieć nad nimi władzę – tłumaczył młody Świecki.

– Czyli nie tylko ateista, ale i rewolucjonista! Naprawdę niesamowite.

– Niestety, był też głębokim pesymistą i nie wierzył, że ludzie zechcą poznać prawdę. Wiesz, że on napisał, że lud prędzej zabije mędrca, który ogłosi, że Boga nie ma, niż da się przekonać, że żyje w kłamstwie?

– To nie dziwne, że inkwizycja go ścięła.

– No nie, nie. U nas to tak nie działało. Polski Sejm nie zgodził się na oddanie go w ręce inkwizycji, jak chciał papież. Ostatecznie sądził go sąd sejmowy. Wszyscy zasiadający w senacie biskupi domagali się kary śmierci, ale wśród świeckich posłów i senatorów nie było jednomyślności. Szlachta naprawdę była oburzona, że ich brata, bo oni wszyscy traktowali siebie jak braci, więzi się bez wyroku. Tym posłom, którzy bronili Łyszczyńskiego, biskupi grozili, że po jego skazaniu oni też staną przed sądem.

– Quels merdeux! Co za gnoje.

– No ale znalazło się dwóch senatorów i dwóch posłów, którzy mimo gróźb głosowali przeciw. A wiesz, jak sformułowano samo głosowanie? Zadali pytania: „Kto za Bogiem?" i „Kto przeciw Bogu".

– O putain! – zaklął Roche.

– Właśnie – przyznał Maciek, po czym wymienił nazwiska posłow Ludwika Konstantego Pocieja i Andrzeja Kazimierza Giełguda oraz wojewody smoleńskiego, senatora Stefana Piaseczyńskiego. – Każdy z nich ma u nas swoją ulicę – dodał z wyraźną satysfakcją.

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Najnowsze informacje z Ukrainy po ukraińsku w naszym serwisie ukrayina.pl

Więcej o: