Gaisu miała 14 lat. Jej cnota została złożona w ofierze. "Nie chciałam zajść w ciążę. Wiedziałam, że nie skończę szkoły"

Ludwika Włodek pisze o kobietach, które walczyły o lepszy Afganistan. Pokazuje drogę, jaką musiały przejść, żeby stać się znanymi polityczkami, artystkami, działaczkami. Bohaterki tej książki za swoją niezależność płaciły ogromną cenę. Talibowie umieszczali ich nazwiska na listach do odstrzału, konserwatywni mułłowie wytykali je palcami. Atakowane były one same i ich najbliżsi. Ponowne dojście talibów do władzy uczyniło ich sytuację skrajnie niebezpieczną. Piętnastego sierpnia 2021 roku ich świat się zawalił, a marzenia legły w gruzach.

Losy buntowniczek z Afganistanu pokazują, że walka o prawa kobiet w tym kraju (i nie tylko) nigdy się nie kończy. Uczą też jednak, że kobieca solidarność może zdziałać cuda, a raz wywalczona wolność daje siłę, by przeciwstawić się kolejnemu zniewoleniu. - Walczę w domu, walczę w pracy, walczę ze społeczeństwem – przyznaje jedna z bohaterek książki Ludwiki Włodek. - To zabiera mnóstwo energii. Ledwo skończyłam 30 lat, a już mam siwe włosy. O włosy zresztą też musiałam walczyć. Jak obcięłam je do ucha, ojciec chciał mnie wyrzucić z domu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie może mi kazać nosić długich. Kiedy dostałam pierwszą pensję, usłyszałam od niego, że wolałby żeby to mój brat tyle zarabiał. Ale się nie poddałam. Dzięki tej walce jestem silna. Nikt mnie nie zatrzyma.

Poniżej prezentujemy przedpremierowy fragment książki "Buntowniczki z Afganistanu", która ukaże się 23 marca nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Zobacz wideo POPKultura, odc. 107

Ludwika Włodek, "Buntowniczki z Afganistanu" - fragment książki

Rodzina Jori długo czekała na powrót Abdula Samada. Dla wszystkich było oczywiste, że za jego porwaniem stoi Boszi Habib. Dziadek Gaisu, Szirchan, był już stary. W Koloje Rais Abdullo Chan nie było żadnego mężczyzny w sile wieku, cieszącego się autorytetem, którego obecność w posiadłości mogłaby gwarantować bezpieczeństwo.

Dlatego do zamku wprowadził się na jakiś czas jeden z braci Dżamile. To on wymógł na Boszim Habibie obietnicę, że sprowadzi Abdula Samada do domu. Boszi Habib nigdy wprost się do jego uprowadzenia nie przyznał, ale zgodził się po niego pojechać.

Kiedy zbliżał się dzień wyznaczonego powrotu Bosziego Habiba z Abdulem Samadem do Sange Mosze, w zamku szykowano przyjęcie powitalne. Przyjechała nawet reszta rodzeństwa Dżamile z Karaboghu, jej siostry pomagały w przygotowaniach.

Mimo to Abdul Samad nigdy nie wrócił. Gaisu podejrzewa, że Bosziemu Habibowi sprawy nieco wymknęły się spod kontroli. Dopiero po latach, z plotek i zasłyszanych historii, odtworzono najbardziej prawdopodobny przebieg zdarzeń. Boszi Habib kazał porwać Abdula Samada i wywiózł go do Pakistanu. Być może nie chciał go wcale zabijać, tylko nastraszyć. Ale Abdul Samad był cukrzykiem. Nie dość, że z powodu porwania nie jadł przez kilka dni, to jeszcze nie brał lekarstw. Umarł w ciągu tygodnia w miejscu, gdzie był przetrzymywany, w miejscowości Czaman, niedaleko Spin Boldak, na drodze z Afganistanu do Kwety.

Nieco ponad rok po zniknięciu Abdula Samada w Afganistanie zmienił się ustrój. Po zamachach na WTC i Pentagon Amerykanie najechali rządzony przez talibów kraj, który w ostatnich latach stał się miejscem schronienia dla autorów zamachów, czyli przywódców Al-Kaidy. Tę terrorystyczną organizację założyli wyznawcy idei światowego dżihadu, którzy w latach 80. napływali do pakistańskiego Peszawaru wspomagać afgańskich modżohedów w walce z Sowietami. Kiedy talibowie w 1996 roku przejęli władzę w Afganistanie, ta dżihadystyczna międzynarodówka znalazła tam bezpieczną bazę do dalszej działalności.

W końcu 2001 roku zmontowana przez Amerykanów koalicja zachodnich wojsk obaliła talibów, a władzę w Kabulu przejął popierany przez nią rząd pod przewodnictwem Hamida Karzaja. Talibowie nie zostali całkowicie zniszczeni, ale zepchnięci na prowincję, do działań partyzanckich. Największe wpływy mieli w południowych regionach Afganistanu, graniczących z Pakistanem. W niektórych, zwłaszcza pasztuńskich, dystryktach prowincji Ghazni też byli obecni, jednak wielu ich byłych sojuszników, jak Boszi Habib, przeszło na stronę Amerykanów. Głównie dlatego, że ci wówczas wydawali się bardziej perspektywicznym sojusznikiem: silniejsi, bogatsi i lepiej zorganizowani od liżących rany po amerykańskiej inwazji talibów.

Po porwaniu Abdula Samada przyjaźń Bosziego Habiba z Szirchanem się skończyła. Przez blisko trzy lata nie przychodził do zamku. Kiedy, mimo zapowiedzi, nie przywiózł ojca do domu, Gaisu powiedziała mu, że nie chce wychodzić za jego syna. To samo zrobił Faridun, także oświadczył, że nie chce żenić się z córką człowieka odpowiedzialnego za śmierć jego ojca. Mimo to zaręczyny nie zostały zerwane, po prostu ochłodziły się wzajemne kontakty pomiędzy obiema rodzinami.

W tym czasie Parasto pomieszkiwała raz w Sange Mosze, raz w Karaboghu, w końcu, w 2003 roku, wyszła za Hamida i wyjechała z nim do Kabulu. Tym samym była dla Bosziego Habiba bezpowrotnie stracona, podobnie jak Firuze, która nie wróciła razem z Parasto z Kwety do Afganistanu, tylko przeniosła się z matką do Islamabadu, a po 2001 roku wyjechała z nią do USA.

Boszi Habib musiał być konsekwentny, żeby bezpowrotnie nie stracić szansy na przejęcie części wpływów i majątku ziemskiego rodziny Jori. Pod koniec 2003 roku postanowił ubłagać Szirchana, by przestał się na niego gniewać. Dawna zażyłość nigdy nie powróciła, wszyscy jednak mieli nadzieję, że załagodzenie stosunków z byłym komendantem, a wtedy już wojskowym Narodowej Armii Afganistanu walczącej u boku Amerykanów z talibami, pozwoli sprowadzić Abdula Samada do domu. Wówczas jeszcze jego bliscy łudzili się, że on żyje.

Dzieci już dorosły, zróbmy im wreszcie nikah* – zaproponował Szirchanowi Boszi Habib i dostał zgodę.

Gaisu miała 14 lat. Jej cnota, bo nikah to muzułmańska ceremonia zaręczyn bądź zaślubin, zależnie od kontekstu, została złożona w ofierze. Stawką było przywrócenie rodzinie jej ojca. Odbyło się to na darmo, jak się potem okazało, bo ten najprawdopodobniej już od dawna nie żył.

Cała czwórka nowo zaślubionych nastolatków nie zmieniła miejsca zamieszkania. To odłożono na później, jak już będą dorośli, ale od tej pory Hajotullah, a wraz z nim także jego ojciec, stali się znów częstymi gośćmi w Koloje Rais Abdullo Chan. Dla wszystkich było jasne, że od teraz Hajotullah ma prawo nie tylko rozmawiać i przebywać z Gaisu, ale także z nią sypiać.

– Kilka razy próbował mnie dotykać. Czułam, że powinnam mu na to pozwalać, bo byłam przekonana, że jestem jego własnością, ale jednocześnie strasznie bałam się seksu. Nie chciałam zajść w ciążę. Wiedziałam, że jak to się stanie, nie będę mogła skończyć szkoły. Zagroziłam, że skoczę z jednej z naszych zamkowych wież, jeśli złamie mój opór.

Gaisu była pierwszą uczennicą w klasie, zależało jej na edukacji. Hajotullah obiecał jej, że będzie mogła skończyć szkołę i że jej nie tknie aż do matury. Mimo że regularnie przychodził do zamku i kiedy czasem zostawał na noc, sypiał z nią w oddzielnym pokoju, na jednym posłaniu, nigdy nie uprawiali seksu. To był zresztą ich sekret, wszyscy byli przekonani, że jest inaczej.

Gaisu nawet lubiła Hajotullaha. Ich relacja, w odróżnieniu od związku jej brata z córką Bosziego Habiba, która uważała, że nie powinna zostać żoną chłopaka, który stracił ojca z winy jej własnego, wydawała się całkiem zgodna. Hajotullah, podobnie jak jego ojciec, został żołnierzem, często wyjeżdżał do innych dystryktów, gdzie wciąż trwały walki z talibami.

Pierwsze niesnaski pomiędzy nimi pojawiły się, kiedy rok po nikah, w 2004 roku, Gaisu zaczęła pracować w radiu. Początkowo w ogóle nie miała takiego zamiaru. Było to lokalne radio, funkcjonujące dzięki wsparciu zagranicznych donatorów. Popołudniami nadawało popularną audycję, która polegała na tym, że słuchacze na antenie rozmawiają z prowadzącym, prosząc go o puszczenie jakiejś konkretnej piosenki.

Gaisu, przyzwyczajona do BBC Persian, którego słuchało się u niej w domu, nie mogła się nadziwić, że w tym lokalnym radiu nie ma żadnych żeńskich głosów. Napisała do swojego ulubionego programu z pytaniem, czemu nie ma kobiet prowadzących. List został odczytany na antenie, a w eter poszło zaproszenie dla niej, by zgłosiła się do pracy.

Nie wahała się ani chwili. Nie przeszkodził jej też sprzeciw Hajotullaha. Wyraził swoje niezadowolenie, ale nie miał jej jak zatrzymać, bo nie było go w Sange Mosze. Ludzie z radia wysłali ją na dwutygodniowe szkolenie do Kabulu, a potem dali jej własny program.

Gaisu po lekcjach na kilka godzin chodziła do siedziby rozgłośni. Praca ją bardzo szybko wciągnęła, a ona okazała się jakby do niej stworzona. Już wcześniej angażowała się w życie lokalnej społeczności. Razem z koleżanką ze szkoły, Marzije, organizowały przy meczecie spotkania dla mieszkańców, konkursy i festyny. Teraz, dzięki radiu, Gaisu miała okazję dotrzeć do jeszcze szerszego grona odbiorców. W swoich programach opowiadała o ważnych postaciach. W ten sposób zetknęła się na przykład z historią Forugh Farrochzod, perskiej poetki, która na zawsze stała się jej ulubioną bohaterką. Prowadziła też audycję o tym, jak budować zdrowe relacje w życiu rodzinnym. Bardzo ambitne zadanie jak na nastolatkę, ale wywiązywała się z niego znakomicie. Mówiła potoczyście, była pewna siebie i elokwentna. Na dodatek śmiała się często i umiała rozbawić słuchaczy. Miała wszystkie cechy, jakich wymaga się od charyzmatycznych radiowców.

Najwierniejszą słuchaczką Gaisu była jej mama, Dżamile. Nie opuściła żadnego programu, kuchenne radyjko zawsze trzymała nastawione na właściwą częstotliwość, po to, żeby jak tylko wybije odpowiednia godzina, włączać audycję Gaisu. Wielokrotnie jej mówiła, że jest z niej dumna, że tak pięknie umie mówić, do tylu ludzi, że ją wspiera w tym, co robi, i słucha każdego jej słowa, nie mogąc się nadziwić, że to jej własna córka.

Gaisu szybko stała się znana w całej okolicy. Nie wszystkim się jednak podobało to, co mówi na antenie. Najpierw dostała list od talibów. Pouczali ją, że jej zachowanie na antenie radia nie przystoi młodej kobiecie. Wkrótce potem do Gaisu napisała jeszcze Rada Ulemów, czyli muzułmańskich uczonych, z Dżoghuri, którzy martwili się, że jej audycje sprowadzają miejscowe dziewczęta na złą drogę. Okazało się także, że uwagę na nią zwrócił imam największego, ufundowanego przez Irańczyków, meczetu w Sange Mosze. Meczet znajdował się tuż przy siedzibie radia, a Gaisu była bohaterką, oczywiście negatywną, prawie wszystkich wygłaszanych tam piątkowych kazań.

Nic sobie jednak z tego nie robiła. W owych czasach stróże moralności i pokonani przez Amerykanów talibowie nie byli jeszcze tak potężni, jak kilka lat później. A Gaisu nie dość, że pochodziła z miejscowej, bardzo szanowanej rodziny, to jeszcze miała po swojej stronie autentyczną sympatię większości mieszkańców, wielu z nich było jej słuchaczami.

Gaisu po szkole zaczęła chodzić na angielski. Na zajęciach poznała chłopaka w swoim wieku. Szybko między nimi zaiskrzyło. Zaczęli do siebie pisać listy, a potem nawet się odwiedzać.

Dla niej taki stan zadurzenia był szokiem. Do tej pory jedynym mężczyzną, z którym była blisko, był Hajotullah. Lubiła go, ale nie była w nim zakochana. Teraz nagle zrozumiała, że kontakty z kimś mogą być tak emocjonujące. Po raz pierwszy doświadczała miękkich kolan, motyli w brzuchu i nieograniczonej radości na samą myśl, że może kogoś znów zobaczyć.

To oczywiście wpłynęło na jej stosunki z narzeczonym. Kiedy ten znów po jakimś czasie pojawił się w Sange Mosze i usiłował odwieść ją od pracy w radiu, roześmiała mu się w twarz, a potem zaczęła go unikać.

– Od razu po szkole szłam na angielski albo do radia. Potem, jeśli mamie udało się mi przekazać, że Hajotullah był i pytał o mnie, nie wracałam do domu, tylko szłam na noc do koleżanki. Gdy nie było go w miasteczku, zapraszałam znajomych z radia i z angielskiego do siebie do domu. Graliśmy w karty, oglądaliśmy telewizję. Nie myślałam o tym, że kiedyś będę musiała to wszystko przerwać, zamieszkać z mężem i założyć rodzinę – opowiedziała mi Gaisu.

Ludwika Włodek - Buntowniczki z AfganistanuLudwika Włodek - Buntowniczki z Afganistanu mat. prom. (Wydawnictwo W.A.B.)

***

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Najnowsze informacje z Ukrainy po ukraińsku w naszym serwisie ukrayina.pl >>.

Więcej o: