Co z dzieciństwa zostaje, a co wraz z jego końcem umyka? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Co z dzieciństwa zostaje, a co wraz z jego końcem umyka? Jacek Paśnik w swojej debiutanckiej książce łączy słodko-gorzkie wspomnienia okresu dorastania z dojrzałym spojrzeniem na przemiany społeczne, obyczajowe i (pop)kulturowe, jakich doświadczyliśmy w epoce po transformacji ustrojowej - w latach 90. i 00. W powieści odbijają się doświadczenia millenialsów oraz przedstawicieli i przedstawicielek pokolenia Z.

Obdarzony niecodziennym imieniem Teodor snuje opowieść o latach swego dzieciństwa spędzonego pośród niezliczonych zastępów Kubów i Klaudii. Chłopak wyróżnia się między rówieśnikami nie tylko imieniem. Cechują go także wyjątkowa wrażliwość i refleksyjność, które sprawiają, że staje się doskonałym przewodnikiem po dynamicznie zmieniającym się świecie wczesnego kapitalizmu. Tymczasem tajemnica bliskiego kolegi Teodora, Adama, który pewnego dnia "złożył ubrania w kostkę", powoli zaczyna się wyjaśniać, a na pozornie beztroski świat pierwszych zauroczeń i przyjaźni pada coraz bardziej niepokojące światło. Publikujemy przedpremierowy fragment "Dzieci" Jacka Paśnika. Książka ukaże się 13 kwietnia nakładem wydawnictwa W.A.B.

Jacek Paśnik, "Dzieci" - fragment:

Było to nieopodal miejsca, w którym Wariat złożył ubrania w kostkę. Urodziłem się w miejscu, które pod koniec poprzedniej epoki budował mój ojciec.

Roboty budowlane toczyły się przez lata w jednym z największych miast wojewódzkich i zaprzęgano do nich tabuny młodzieży – uczniów, studentów, młodych pracowników.

Z uwagi na względy strategiczne z początku ojciec nie wiedział nawet, co właściwie jest budowane, bo mówiło się wtedy, że wojna wisi na włosku, że na atomową zagładę może skazać świat byle decyzja jakiegoś przypadkowego oficera radzieckiego lub amerykańskiego. Więc nasz mały kraj, pamiętając o swoich wcześniejszych bolesnych doświadczeniach, wszystko robił wtedy w tajemnicy.

Przez długi czas wykonawcy najprostszych prac w ogóle nie wiedzieli, w jakim celu pracują, w tym właśnie mój ojciec, lata przed tym, jak nim został.

Wtedy stanowił on solidny trzon najcięższych robót budowlanych.

Zawsze był ogromnym mężczyzną, jego matka mówiła o nim „kawał chłopa".

Przez okrągły rok dzielnie machał łopatą, przerzucając tony piachu i żwiru, nosił blaszane wiadra pełne cegieł, wielkimi dłońmi obracał kołem mieszającej cement betoniarki, podtrzymywał przy montażu skrzynkowe okna, pchał i ciągał wózki z wyposażeniem. Na budowie był prawdziwą gwiazdą, znany z noszenia całych złożonych szaf, szuflad, etażerek, biurek, a na ostatnim etapie urządzania obiektu – z dźwigania potężnego sprzętu medycznego.

Wtedy wiadomo było już, że na dalekich obrzeżach miasta wojewódzkiego powstaje szpital, największy w kraju.

Na jego otwarcie, razem z tysiącami innych pracowników, wieziono mojego ojca. Było to w roku poprzedzającym ostatnią dekadę wieku dwudziestego, w całej Europie z wielu powodów obchodzonym bardzo hucznie. W roku tym na przykład kończyło się państwo, w którym ojciec dorastał.

*

Kawał chłopa. Wysokie skórzane buty uciskały jego łydki, on uciskał portfel, w którym miał monety, prezerwatywę, wielomilionowy inflacyjny banknot z nieżyjącym przywódcą i pogniecione zdjęcie z jak najbardziej żywym Papieżem, poświęcone ponoć w samym Watykanie.

Kawał chłopa. Barczysty, nogi krótsze niż tułów, prawie równe nienaturalnie długim stopom.

Kawał chłopa. Dwadzieścia kilka lat, słabo wierzący w idee nieżyjących przywódców. Entuzjasta sobotniego kina radzieckiego w salce katechetycznej, coca-coli i muzyki new romantic. Przyszły farmaceuta, powoli kończący studia, już wtedy wielu mówiło, że z zadatkami na biznesmena, chociaż w tamtym czasie, w prehistorii kapitalizmu w naszym kraju, każdy uważał, że ma zadatki na biznesmena.

Kawał chłopa. Jechał ostatnią z trzech ciężarówek, które wiozły studentów uniwersyteckiego wydziału farmacji na ostatni etap budowy szpitala.

Kawał chłopa. Do portfela przykleił sobie kartkę z zaświadczeniem upoważniającym do wejścia na teren budowy.

Identyczne mieli wszyscy wznoszący Krajowe Centrum Zdrowia Młodzieży, którego nazwy nie pamiętał nikt i o którym, z uwagi na futurystyczny kształt, mówiło się „Szpital Kosmos".

*

Błotniste klepisko. Później znałem je jako parking, z którego spękanej asfaltowej skorupy rwaliśmy cieknące gęstym sokiem mlecze.

W szeregu, jednym spośród kilkudziesięciu, w brązowożółtym mule zapadały się glany mojego ojca i setki innych butów: podrabiane adidasy ze Wschodu, prawdziwe adidasy z Zachodu, kobiece sandały, para męskich sandałów, para gumiaków zapobiegliwego pracownika krajowego gospodarstwa rolnego oraz para butów ortopedycznych na poskręcanych stopach mężczyzny, który podpierając się dwoma brodzącymi w błocku kulami, na polecenie szefa kompanii podobnie jak mój ojciec wystąpił przed szereg.

Dwaj młodzi mężczyźni wytypowani na polecenie samego ministra budownictwa. Żeby wręczyć kwiaty i kilka dziękczynnych szpargałów samiutkiemu Generałowi, który tamtego dnia miał uroczyście przeciąć przedszpitalną wstęgę.

*

Generał kończył się wtedy jak system, który reprezentował.

„System ten opierał się na władzy utrzymywanej przez Generała, zależnej od układów z sąsiednimi krajami, z którymi nieustannie trzeba było negocjować: z tymi na Wschodzie, z którymi o dialog było trudno, i z tymi na Zachodzie, które nie pamiętały o nas od dawna", mówił mi później wielokrotnie ojciec.

Generał w roku poprzedzającym ostatnią dekadę wieku dwudziestego powoli zdawał sobie sprawę z tego, co szykowało się w kraju. Niespecjalnie był już wtedy lubiany.

*

Ale nie wtedy jeszcze, wtedy Generał przynajmniej odnosił wrażenie, że się go słuchają, że myślą o nim z poważaniem, chociażby takie chmury, które co do najmniejszej zniknęły z nieba już na jakąś godzinę przed jego przylotem.

Mój ojciec i mężczyzna w butach ortopedycznych, czekając, rozmawiali w namiocie obok ławek przylegających do lądowiska, na którym Generał miał być goszczony.

Mężczyzna słuchał historii ojca o jego pochodzeniu i fascynacji filmami Tarkowskiego, co je wyświetlali w przykościelnej salce na rozwieszonym na lince prześcieradle. Słuchał i zgrabnie odbijał piłeczkę, opowiadając o zjawisku, które badał jako pasjonat geologii.

Kiedy zaprzęgnięto go do tych prac budowlanych, zaczął się wczytywać w rejestry, kroniki i książki historyczne i dostrzegł coś, czego, jak twierdził, nikt wcześniej nie dostrzegł. Mówił, że w miejscu będącym wsią na przedpolach jednego z największych miast wojewódzkich, mocą generalskiego dekretu przeznaczonym na budowę szpitala, przemieszcza się grunt. Ponoć było to związane z ułożeniem warstw gleby, z jakąś niecodzienną konstelacją. Zakopane w ziemi przedmioty miały się przesuwać pod jej powierzchnią nawet o dziesiątki metrów w skali roku.

Mężczyzna w butach ortopedycznych nie potrafił racjonalnie wyjaśnić swojej teorii, ale przedstawił ojcu hipotezę wysnutą na podstawie zdjęcia. Czarno-białe, oprawione w złoconą ramę, miało być dziękczynną pamiątką. Podpisano je słowami: „Generałowi – młodzież Szpitala KCZM". Przedstawiało wkopaną w ziemię lata wcześniej cegłę z napisem: „KAMIEŃ WĘGIELNY – SZPITAL – EUROPA". „Europa" była tu hasłem umownym, wyrazem wiary w to, że nasz kraj powoli przeobrazi się w państwo w pełni europejskie. Uwieczniony na pamiątkowym zdjęciu kamień węgielny był więc nie kamieniem wschodnim, nie kamieniem zachodnim, a kamieniem umownie europejskim.

Mężczyzna w butach ortopedycznych twierdził, że ów kamień w najbliższych latach przewędruje pod ziemią całkiem spory dystans.

Ojciec przytaknął wszystkiemu, pokiwał głową i choć myślał, że ma do czynienia z najprawdziwszym świrem, nie chcąc być nieuprzejmy, podpytał jeszcze mężczyznę, czy widział nowy film science fiction z serii tych ze świetlnymi mieczami, które w kinach grano wtedy wszędzie, o jego stosunek do zmiennej pogody, wreszcie o jego rodzinę.

Mężczyzna w butach ortopedycznych wydostał z kieszeni spodni portfel, a z niego zdjęcie partnerki. Stwierdził, że za parę lat, ale już teraz to wie, będą mieli dwójkę dzieci. Bo bardzo by chcieli i Bóg na pewno da. Mówił też o ich planowanym wyjeździe gdzieś daleko i o późniejszym powrocie nie wiadomo kiedy.

Na sygnał gwizdka obaj wstali i opuścili namiot.

Zobaczyli jaskrawe powiewające sztandary i szatkujące powietrze śmigła maszyny osiadającej na trawiastym lądowisku. Wcześniej zostali dokładnie poinstruowani, jak powinni się zachowywać w obecności Generała.

Stali kilkanaście metrów przed helikopterem, kiedy otworzyły się drzwi kabiny. Ktoś zrobił im zdjęcie.

Ojciec trzymał kwiaty, w jego długich rękach bukiet wyglądał jak garść polnych badylków. Mężczyzna w butach ortopedycznych odrzucił jedną kulę, po czym szybko schował ją pod przygotowaną dla delegacji ławką. Pod pachą dzierżył zdjęcie kamienia węgielnego.

Z otwartych drzwi helikoptera wyskoczyło dwóch dygnitarzy, także generałów, a wkrótce po nich z wnętrza wyłonił się sam Generał. Wysiadł, uścisnął rękę oczekującym go politykom, przedstawicielom episkopatu, prezydentowi miasta, architektowi, kierownikowi budowy, a na końcu mojemu ojcu oraz jego towarzyszowi.

Generał wygłosił trwającą kilka sekund przemowę, przeciął wstęgę i na powrót wsiadł do statku powietrznego. Wsłuchując się w echo jego słów, zgromadzeni przez chwilę w zadumie kiwali głowami. Wciąż budził respekt, choć już wtedy pół kraju chciało go zamordować, przy czym co najmniej połowa tej połowy do końca nie wiedziała za co. Mówiono, że za to, jak objął w kraju władzę, jak pozując na dobrego opiekuna, realizatora budów i inwestycji, uwiódł ludzi, by potem strzelać do nielojalnych górników, hutników, stoczniowców, a nawet do podważających jego władzę tramwajarzy.

Patrząc, jak odlatuje Generał, ojciec uścisnął rękę mężczyzny w butach ortopedycznych. I już nigdy więcej z nim nie rozmawiał.

*

Kawał chłopa. Mój ojciec. W okolicach Szpitala pozostał już na zawsze.

Kilka lat później, w któryś słoneczny weekend ojciec przechadzał się pasażem handlowym w centrum miasta, oddalonym od przedmiejskiego Szpitala Kosmos o tyle, że na co dzień nie opłacało mu się tam jeździć. Depcząc chodnikową kostkę Bauma, podziwiał oprawione w błyszczące szkło sklepowe witryny na parterach odrapanych kamienic. Na ekspozycji salonu fotograficznego oglądał tańczące pluszowe króliki z reklam baterii i klisze układające się w formacje glonów pokrytych światłoczułą emulsją. Patrzył na garsonki leżące dobrze tylko na wyprężonych damskich manekinach. Przyglądał się magnetowidom ułożonym w serwisie jeden na drugim, z terminami napraw porezerwowanymi na pół roku. Liczył kasety z muzyką eurodance, które na łóżkach polowych wyglądały jak wielobarwne kafle. Minął ogródek jedynego w mieście baru McDonald, wypełniony siedzącymi przy srebrnych stolikach ludźmi zajadającymi hamburgery i frytki z rosyjskich ziemniaków. Lawirował pomiędzy ławkami zajętymi przez dzieci liżące lody z kawiarni pamiętającej jeszcze nasze państwo sprzed czasów, gdy otworzyło się na resztę Europy.

Ojciec szedł za rękę z kobietą, która kilka miesięcy później została moją matką.

O mężczyźnie w butach ortopedycznych, który na uroczystości otwarcia Szpitala pokazał mu zdjęcie kamienia węgielnego i z pasją opowiadał o wędrującym gruncie, nie pamiętał.

Więcej o: