Jak diler narkotyków został agentem w Korei Płn. Wszystkie wydarzenia w książce są prawdziwe [FRAGMENT]

"Szpieg. Jak diler narkotyków został agentem w Korei Północnej" to opowieść o człowieku, który wziął udział w jednej z największych prowokacji ostatnich lat. Gdyby nakręcić film szpiegowski na podstawie jego życia, nikt by nie uwierzył, że ta historia zdarzyła się naprawdę. A jednak! Publikujemy przedpremierowo fragment książki, która ukaże się 13 kwietnia.

Jim Latrache-Qvortrup był spadochroniarzem w Legii Cudzoziemskiej, dilował kokainę wśród kopenhaskich elit i odsiedział osiem lat za przestępstwa narkotykowe. Po wyjściu na wolność studiował psychologię na Uniwersytecie Kopenhaskim, a dziś jest biznesmenem i założycielem m.in. Salonu Masażu i Fizjoterapii Kaatsu. W 2020 roku wcielił się w rolę Mr. Jamesa w tajnym filmie dokumentalnym Madsa Brüggera Kret w Korei.

Książkę, która ukaże się nakładem wydawnictwa Wielka Litera z duńskiego przetłumaczyła Edyta Stępkowska.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Jim Latrache-Qvortrup "Szpieg. Jak diler narkotyków został agentem w Korei Północnej" - fragment:

Przed wypłynięciem na wyspę stałem i rozmawiałem z kapitanem łodzi, wtedy też podszedł do mnie Peter.

Po jego minie widziałem, że nie ma dla mnie zbyt dobrych wieści.

– Jim – powiedział. – Ten człowiek, który reprezentuje właściciela wyspy... No więc, on powiedział ludziom, którzy tam mieszkają, że chcemy zbudować na tym terenie szpital.

Zdjęcie ilustracyjneW sieci huczy o pozwie Wydawnictwa Sonia Draga przeciwko krytykowi. Znamy szczegóły

– Jaja sobie robisz. – Nie, tak im powiedział. – Okej, fuck, trzeba będzie coś wymyślić. Spytałem jeszcze Petera, czy ma na sobie mikrofon, ale nie miał, zatem tego o szpitalu nie mieliśmy na taśmie. Jakoś trzeba było tę sprawę załatwić.

Wyruszyliśmy, nie wiedząc nawet, jak daleko jest ta wyspa. Liczyliśmy chyba, że będziemy płynąć z godzinę, ale przez słabe zdolności nawigacyjne pełnomocnika właściciela na wyspę dotarliśmy po prawie dwóch godzinach. W miarę jak się do niej zbliżaliśmy, na brzegu robiło się coraz większe poruszenie. I dobiegały nas coraz głośniejsze muzyka i śpiewy.

Zorientowaliśmy się, że na brzegu zebrała się spora grupa mieszkańców wyspy wraz z burmistrzem i kilkoma lokalnymi księżmi. Mniej więcej stu ubogich Afrykańczyków w kolorowych strojach stało na brzegu, machając do nas radośnie i witając jak swoich wybawców. Wśród nich było mnóstwo dzieci. Uderzały w bębny i zgotowały nam nieziemskie przyjęcie. Spojrzałem na swoje ubranie i pomyślałem: kurde, wyglądam jak Tintin w Kongo. Miałem na sobie białe spodnie, czarne lakierki, marynarkę, błękitną koszulę z fularem, gładko zaczesane włosy i byłem świeżo ogolony. Przycumowaliśmy do kei przy plaży i zaraz zostaliśmy otoczeni przez dzieci. Spojrzałem na Ulricha i zobaczyłem, ż jest mocno poruszony. Rozumiałem go doskonale. To było dla nas niepojęte. Sytuacja zrobiła się chora, a my mieliśmy prawdziwy dylemat. Niczego niepodejrzewający mieszkańcy wyspy stali się zakładnikami w mistyfikacji, której sami byliśmy częścią. Ze względu zarówno na dobro filmu, jak i dziennikarską etykę istotne było dla nas udokumentowanie, że to nie my byliśmy autorami spisku przeciwko lokalnej społeczności. Mój mózg pracował na przyśpieszonych obrotach, próbując wymyślić, jak najlepiej wyjść z tego impasu.

Zobacz wideo Kiedy Coppola kręcił "Ojca chrzestnego", bohaterowie "Rio Connection" naprawdę kręcili mafijne interesy

Moją pierwszą myślą było to, że nie wolno mi teraz wypaść z roli Mr Jamesa. Musiałem udawać, że wszystko, co widzę, szalenie mi się podoba i w pełni to akceptuję. To była absolutna podstawa. Natomiast w drugiej kolejności przyszło mi do głowy, że musimy nagrać – a najlepiej sfilmować, jak pełnomocnik właściciela tłumaczy, dlaczego postanowił powiedzieć mieszkańcom wyspy, że zamierzamy zbudować na niej szpital.

Zostałem wyrwany z rozmyślań i razem z resztą ekipy zaprowadzony przez wesołych mieszkańców do miejscowego kościoła. Do dziś jest to jedna z najbardziej surrealistycznych sytuacji, w jakich się znalazłem. Otóż w pękającym w szwach kościele pełnomocnik wygłosił przed nieszczęsnymi mieszkańcami wyspy płomienną mowę, podczas której przedstawił mnie jako wspaniałomyślnego białego człowieka, który przybył zbudować dla nich szpital. Dlatego, jak podkreślił, ogromnie ważne jest, żeby wszyscy okazali wolę współpracy. W swojej mowie wielokrotnie wychwalał Jezusa i Boga, a zwieńczeniem tego obłędu była wspólna modlitwa.

Kiedy tam stałem w przebraniu obrzydliwie zamożnego przybysza z bogatego kraju, wśród tych najbiedniejszych ludzi na świecie, którzy w dodatku wierzyli, że jestem tam, żeby im pomóc... Nagle poczułem, że na taką mistyfikację jednak się nie piszę.

To nie było fajne.

Przez chwilę próbowałem sobie wmówić, że naprawdę tam jestem, żeby postawić szpital. Liczyłem, że ta strategia pozwoli mi się zdystansować od całej sytuacji, ponieważ podobną taktykę stosowałem w Korei Północnej, gdy nie myślałem o prawdziwym obliczu tamtego kraju. Ale nie byłem w stanie. Nie umiałem się w to wczuć, bo to nie było moje kłamstwo. Nie ja stworzyłem tę historię, więc nie było na to szans. Ale wydaje mi się również, że w Korei Północnej mogłem się zdystansować, ponieważ tamci byli czarnymi charakterami. Wiedziałem, że gram komedię w służbie wyższej sprawy. Ci biedni ludzie, z którymi miałem do czynienia tutaj, byli zupełnie niewinni. Zostali zakładnikami w chorej grze.

Garri Kasparow - 1993"Czy ludzie rodzą się potworami, czy jakoś się nimi stają?" Kasparow o Putinie

Wychodząc z kościoła, poprosiłem Petera, żeby dał mi 100 dolarów, które dyskretnie wrzuciłem do ich skarbonki na datki. Żeby zrobić coś, cokolwiek. Gdy rozgrywało się to wszystko, myślałem też, że kiedy film się ukaże, może wyniknie z niego coś dobrego dla tych ludzi. Może reszta świata się ocknie i zrozumie, jak dalece skorumpowany jest tutejszy system. To jedyne, o czym wtedy myślałem. I jeszcze miałem w pamięci, jak ważne jest udokumentowanie, że to nie był nasz plan.

Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, powiedziałem Peterowi:

– Mam pomysł, jak możemy sfilmować pełnomocnika mówiącego, że pomysł ze szpitalem wyszedł od niego i skąd on się wziął. Pomyślałem, że gdy będziemy odpływać z wyspy, zapytam kapitana, czy przy brzegu są jakieś luksusowe hotele, i poprosimy, żeby się tam zatrzymał, bo chcemy ich zaprosić na kolację. A przed posiłkiem urządzimy spotkanie podsumowujące pod pretekstem zebrania materiału dla zarządu mojej firmy.

Peter uznał, że to dobry pomysł. Niedaleko nas dzieciaki ganiały za piłką w miejscu, które od biedy można było nazwać placem zabaw. Staliśmy przez chwilę i przyglądaliśmy się im. W końcu Peter powiedział:

– Sprawdźmy, czy istnieją granice cynizmu tego człowieka. Zapytaj pełnomocnika, czy jego zdaniem ten plac nie byłby dobrym miejscem na lądowisko.

Tak zrobiłem. Jak przystało na rasowego arcyłotra, skrzyżowałem ręce na piersi, wskazałem głową na dzieci i zagadnąłem pełnomocnika:

– So, this is where they play football? Wouldn’t this be the perfect spot for a landing strip?

– Oh, yes – odparł zachwycony. – Very much, indeed, sir.

Kiedy mieliśmy odbijać z wyspy, zapytałem kapitana o pięciogwiazdkowe hotele w pobliżu. Powiedział, że zna doskonałe miejsce. Poprosiłem więc pełnomocnika na stronę i powiedziałem, że popłyniemy teraz do tego hotelu, bo chciałbym ich zaprosić na kolację, a przy okazji podsumować poczynione tego dnia ustalenia. Kiedy weszliśmy do sali konferencyjnej, oznajmiłem, że zakładam, iż nie będzie im przeszkadzać filmowanie naszego spotkania przez Jonasa. Nie chcielibyśmy, żeby cokolwiek nam umknęło, gdy będziemy zdawać raport naszemu zarządowi. Gospodarze oczywiście doskonale to rozumieli. Ponieważ chcieliśmy się dowiedzieć, jak głęboko sięga korupcja tamtejszego systemu, powiedziałem pośrednikowi nieruchomości oraz pełnomocnikowi właściciela, że jeśli mam zapłacić za tę wyspę 5 milionów dolarów, a potem wyłożyć co najmniej 20 milionów, żeby zbudować na niej infrastrukturę, to miło byłoby wiedzieć, że rząd nie będzie mi robił problemów. Dlatego w pierwszej kolejności poprosiłem ich o włączenie do rozmów któregoś z ministrów.

Nawiązałem do maila, którego wysłałem wcześniej pośrednikowi i w którym już wspominałem o swoich obawach. Powiedziałem, że oczekuję, iż dopilnują tego przed naszym następnym spotkaniem.

– No problem – powiedzieli.

Potem zadałem im kilka dość podstawowych pytań, po czym spytałem ot tak, z ciekawości, dlaczego powiedzieli mieszkańcom wyspy, że chcęu nich zbudować szpital. Pełnomocnik właściciela bez cienia żenady czy współczucia wyjaśnił, że zrobił to, żeby mieszkańcy "nie przeszkadzali". Dzięki temu mieli nie robić problemów, gdy będą przesiedlani z wyspy. Dopytałem więc, jak szybko mogą ich wysiedlić, a on odparł:

– W ciągu czterech miesięcy.

Ulrichowi chyba też w tym momencie zebrało się na wymioty. Ci ludzie byli gotowi bez mrugnięcia okiem w ciągu kilku miesięcy wyrzucić z wyspy być może tysiące osób, które tam mieszkały, pracowały i zbudowały swoje życie. Sam jako żołnierz w ramach misji mieszkałem w Afryce, więc wiem, że to nie był jednostkowy przypadek.

Po spotkaniu zeszliśmy na dół i zjedliśmy wykwintną kolację w hotelowej restauracji.

W mailu, do którego nawiązałem, pisałem, że chciałbym się spotkać z przedstawicielem rządu, ponieważ zależy mi na silnych powiązaniach na szczytach władzy, skoro mam zainwestować taki majątek w obcym kraju. Po dwóch dniach dostałem lapidarną odpowiedź – pośrednik zorganizuje spotkanie z ministrem handlu i gospodarki.

Dzień po naszej wizycie na wyspie dostałem od pośrednika informację, że minister niestety jest poza miastem, ale członek rządu o imieniu Moses, który współpracuje blisko z ministrem i ma upoważnienie, żeby dać nam zielone światło przy naszym projekcie, może się z nami spotkać jeszcze tego wieczora. W pięciogwiazdkowym hotelu, w którym nocowaliśmy, wynajęliśmy elegancką salę konferencyjną stanowiącą cześć restauracji, więc mogliśmy zaaranżować kolację biznesową. Moses przyprowadził jednego ze swoich współpracowników, poza tym w spotkaniu uczestniczyli pośrednik, pełnomocnik właściciela i Ulrich. No i ja. Celowo usiadłem na końcu stołu i zanim zaczęliśmy, poinformowałem zebranych, że Jonas będzie filmował dla zarządu mojej firmy. Wszyscy się zgodzili. Następnie powiedziałem Mosesowi, że nie mogę ujawnić, do czego jest mi potrzebna ta wyspa, ale muszę mieć gwarancję stuprocentowej dyskrecji. Zażądałem również pozwolenia na lądowanie boeinga 747 bez kontroli celnej. Moses spojrzał na mnie i spokojnym głosem odparł:

– Jeśli to cześć biznesplanu, to nie widzę problemu.

Dodał jeszcze, że może nakazać służbom celnym patrolowanie wyspy z wody, żeby nikt nam nie przeszkadzał.

– It’s sweet music to our ears – powiedziałem, na co Moses odparł:

– That’s what I’m here for.

Było to tak absurdalne, że nie mogłem się powstrzymać i powiedziałem:

– Give me an amen. I otrzymałem swoje amen, wraz z końcową modlitwą.

***

Następnego dnia przylecieli Koreańczycy. Znalazłem dla nas salę konferencyjną i ustaliliśmy, że Ulrich odbierze ich z hotelowego lobby, po czym da mi znać, gdy zasiądą gotowi do rozmów.

Znowu chodziło o to, żeby musieli na mnie zaczekać i uważali, że jestem szalenie zajętym człowiekiem.

W ich imieniu przemawiał Danny, gość, którego wcześniej nie spotkałem. Przyleciał też Stoneface. Kang i Ri, oraz poznani tutaj Afrykańczycy bardzo dbali o odpowiednie social relations. Ci dwaj natomiast to byli top dog hardcore spece od broni.

Kanga po tym spotkaniu już nie zobaczyłem. Trzeba pamiętać, że północnokoreański reżim nie pozwala ludziom swobodnie opuszczać kraju. Aby podróżować, trzeba być blisko aparatu władzy. Może więc – ale to tylko domysły – ci ludzie byli członkami wywiadu? Tego pewnie nigdy się nie dowiem, chociaż później jacyś Brytyjczycy stwierdzili, że rozpoznali Stoneface’a jako agenta tamtejszych służb.

Kimkolwiek byli, na pewno nie były to płotki.

Podczas zebrania przemawiał głównie Danny. Przywiózł ze sobą młodego stażystę oraz właśnie Stoneface’a, który jak zwykle milczał.

Spotkanie zasadniczo polegało na omawianiu tego, co bym chciał kupić. Interesowała mnie broń. Szybko się okazało, że ci goście mają jej mnóstwo i chętnie by z niej postrzelali. Poza tym stwierdzili, że pomysł z wyspą jest świetny. Danny zauważył jednak, że musimy działać niezauważeni, żeby CIA nie dowiedziała się o naszym przedsięwzięciu. Ich kraj jest obecnie "bacznie obserwowany" przez Stany Zjednoczone, jak stwierdził. Ja z kolei zapytałem, czy mają ochotę odwiedzić wyspę. Mieli.

Jeszcze będąc w Danii, znalazłem wypożyczalnię helikopterów, w której Peter wynajął dla nas śmigłowiec na następny dzień. Nieco później Danny zaczepił mnie i zapytał, czy może ze mną chwilę pomówić na osobności.

– Oczywiście, a o czym? – O Syrii – powiedział. – Wobec tego spotkajmy się na lunchu.

I tak przy obiedzie Danny wyznał mi, że Korea Północna ma problem z dostarczaniem do Syrii broni, bomb i amunicji bezpośrednio ze swojego kraju. Zaproponował taki układ: Ja wysłałbym do Korei Północnej samoloty z pomocą humanitarną. Mielibyśmy zatem założyć fałszywą organizację charytatywną. Te samoloty transportowałyby ubrania, żywność, leki i tym podobne. A potem, przez nikogo niekontrolowane, wywoziłyby z Korei broń.

Danny zaproponował, abyśmy jak najszybciej spotkali się w tej sprawie w Pekinie.

Następnego dnia rano pojechaliśmy na maleńkie ugandyjskie lotnisko. Liczyłem na to, że po drodze któryś z Koreańczyków zrzuci następną bombę, dlatego miałem na sobie mikrofon. To było prywatne lotnisko, więc obstawiałem, że nie będą mieli wykrywaczy metalu albo innych zabezpieczeń, które by ten mikrofon znalazły.

Lotnisko było pomieszczeniem liczącym może ze dwieście metrów kwadratowych. W środku były drzwi, a po ich drugiej stronie widać było wąską ścieżkę do helikoptera. Bułka z masłem – pomyślałem.

Ale przed wejściem do helikoptera zaprowadzili nas do innego pomieszczenia i tam jednak był wykrywacz metalu.

Wzywali nas kolejno. – Mr James.

Za mną stali Koreańczycy, więc gdybym teraz zaczął zdejmować mikrofon, to by się zorientowali. Zamiast tego wyprostowałem się, wsunąłem rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i szybko odpiąłem sam nadajnik. Przeszedłem przez bramkę – zapikała. Wtedy ponownie włożyłem rękę do kieszeni i wyjąłem nadajnik. Pokazując go w ręce celnikowi – a mam dość duże dłonie – rzuciłem: "A, to moja ładowarka" i zaraz z powrotem włożyłem go do kieszeni.

I przeszedłem. Mikrofon został przy mnie. Ale wtedy rzeczywiście puls mi skoczył.

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina.  

Najnowsze informacje z Ukrainy po ukraińsku w naszym serwisie ukrayina.pl

Więcej o: