Nazywała się Henrietta Lacks, ale naukowcy znają ją jako HeLa. Mimo że zmarła w 1951 roku, stała się nieśmiertelna

Fragment guza Henrietty Lacks dał początek pierwszej w historii linii komórkowej, która ma zdolność namnażania się poza ludzkim ciałem. Został pobrany bez jej zgody. Komórki HeLa przyczyniły się do największych odkryć medycznych naszych czasów. Koncerny zbiły na linii HeLa fortunę, ale rodziny Henrietty nie stać było nawet na wizytę u lekarza. Życie Lacksów zmieniła dopiero ta książka, którą Rebecca Skloot pisała przez 10 lat. Prezentujemy przedpremierowy fragment polskiego wydania w tłumaczeniu Julianny Kowal, które ukaże się 27 kwietnia.

Komórki HeLa przyczyniły się do największych odkryć medycznych naszych czasów, takich jak szczepionki przeciw polio, wirusowi HPV i SARS-CoV-2. Testowano na nich eksperymentalne terapie, skutki promieniowania i większość przełomowych leków, między innymi na AIDS, białaczkę, grypę i chorobę Parkinsona. "Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks", które oddało kobiecie sprawiedliwość, natychmiast stało się bestsellerem. Zostało okrzyknięte "książką roku" przez ponad 60 najważniejszych światowych mediów, trafiło też na listy lektur. 27 kwietnia wydawnictwo Znak Literanova zaprezentuje polską wersję w tłumaczeniu Julianny Kowal i ze wstępem Piotra Cieślińskiego, który dodatkowo uaktualnia książkę. Poniżej przeczytacie przedpremierowy fragment.

Zobacz wideo POPKultura, odc. 112

Rebecca Skloot, "Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks", tłum. Julianna Kowal - fragment

Henrietta spędziła kolejne dwa dni w szpitalu, wracając do siebie po pierwszym zabiegu curieterapii. Lekarze badali ją z zewnątrz i od środka, naciskając jej brzuch, wsuwając nowe cewniki do pęcherza, palce do pochwy i odbytu, igły do żył. Wpisywali do jej karty następujące uwagi: "Trzydziestoletnia czarna kobieta leży spokojnie, nie okazując żadnych wyraźnych oznak bólu" oraz "Pacjentka czuje się dziś wieczorem dość dobrze. Nie podupadła na duchu i jest gotowa wrócić do domu". 

Zanim Henrietta opuściła szpital, lekarz raz jeszcze włożył jej stopy w strzemiona i usunął rad. Odesłał ją do domu z poleceniem, żeby zatelefonowała do kliniki, jeśli wystąpią jakieś problemy, i zgłosiła się na drugi zabieg curieterapii za dwa i pół tygodnia. 

Tymczasem Mary każdego ranka od dnia, kiedy umieściła komórki Henrietty w probówkach, rozpoczynała pracę od rutynowej sterylizacji. Zaglądała do probówek, śmiejąc się w duchu i myśląc: "Nic się nie dzieje. Też mi nowina". Potem, dwa dni po opuszczeniu przez Henriettę szpitala, Mary zauważyła coś, co wyglądało jak miniaturowe kółeczka usmażonego kurzego białka wokół skrzepów na dnie wszystkich probówek. Komórki się namnażały, lecz Mary się tym nie przejęła – inne komórki także przeżyły jakiś czas w laboratorium. 

Ale komórki Henrietty nie tylko przeżyły – one się namnażały z niewiarygodną intensywnością. Do następnego ranka ich liczba się podwoiła. Mary podzieliła zawartość każdej probówki na dwie części, dając komórkom więcej miejsca na wzrost, i po upływie dwudziestu czterech godzin znowu było ich dwa razy więcej. Wkrótce przenosiła je do czterech probówek, a następnie do sześciu. Komórki Henrietty namnażały się, zajmując tyle miejsca, ile dała im Mary. 

Mimo to Gey nie zamierzał świętować. 

– Komórki mogą obumrzeć lada moment – powiedział do Mary. Ale nie obumarły. Nie przestawały się namnażać jak szalone, każdej doby podwajając swoją liczbę, najpierw idącą w setki, a później w miliony. 

– Plenią się jak chwasty – skwitowała Margaret. 

Namnażały się dwadzieścia razy szybciej niż zdrowe komórki Henrietty, które zresztą obumarły parę dni po tym, jak Mary rozpoczęła ich hodowlę. Tymczasem jej komórki rakowe wydawały się niepohamowane we wzroście, dopóki miały pożywienie i ciepło. 

Niebawem George napomknął paru najbliższym kolegom, że być może jego laboratorium zdołało wyhodować pierwsze nieśmiertelne ludzkie komórki. 

Na co każdy z nich odparł: 

– Mógłbym trochę dostać? 

– Tak – zgodził się George. 

(…)

Niedługo po śmierci Henrietty powstały plany fabryki komórek HeLa – ogromnego przedsięwzięcia umożliwiającego cotygodniową produkcję bilionów komórek potomnych. Stworzono ją tylko w jednym celu: aby zapobiec polio. 

Pod koniec 1951 roku świat opanowała największa w historii epidemia choroby Heinego-Medina. Zamykano szkoły, rodziców ogarnęła panika, a opinia publiczna domagała się szczepionki. W lutym 1952 roku Jonas Salk z uniwersytetu w Pittsburghu ogłosił, że opracował pierwszą na świecie szczepionkę przeciwko polio, nie mógł jednak podawać jej dzieciom przed przeprowadzeniem zakrojonych na wielką skalę badań dowodzących, że szczepionka jest bezpieczna i skuteczna. Aby to było możliwe, należało hodować komórki na skalę masową, przemysłową, czego nigdy dotąd nie robiono. 

National Foundation for Infantile Paralysis (NFIP) – organizacja charytatywna założona przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który sam cierpiał na porażenie dziecięce – rozpoczęła największe badania terenowe w celu przetestowania szczepionki przeciwko heinemedinie. Salk miał zaszczepić dwa miliony dzieci, a NFIP miała zbadać ich krew, aby sprawdzić, czy rozwinęła się u nich odporność. Do tego jednak potrzebne były miliony testów neutralizacyjnych, polegających na mieszaniu surowicy krwi świeżo zaszczepionych dzieci z żywym wirusem polio i komórkami in vitro. Gdyby szczepionka działała, surowica krwi zaszczepionego dziecka hamowałaby rozwój wirusa polio i chroniła komórki. Gdyby nie działała, wirus zakażałby komórki, powodując zniszczenia, które naukowcy byliby w stanie dostrzec pod mikroskopem. 

Kłopot polegał na tym, że komórki stosowane w testach neutralizacyjnych pochodziły od małp, które w trakcie ich pobierania traciły życie. Był to problem nie z powodu troski o dobrostan zwierząt – w tamtych czasach nie przejmowano się nimi w takim stopniu jak obecnie – lecz dlatego, że małpy dużo kosztowały. Przygotowanie milionów testów neutralizacyjnych z wykorzystaniem małpich komórek kosztowałoby miliony dolarów. Z tego powodu fundacja zaczęła energicznie poszukiwać źródła kultur komórkowych hodowanych na skalę masową i tańszych niż małpie. 

Zwróciła się o pomoc do George’a Geya i paru innych specjalistów od hodowli komórkowej, ale to właśnie Gey zobaczył w nadarzającej się okazji żyłę złota i nieprawdopodobną szansę rozwoju swojej dziedziny. Zbiórka pieniędzy podczas dorocznej imprezy charytatywnej pod nazwą March of Dimes przynosiła średnio pięćdziesiąt milionów dolarów, a szef NFIP zamierzał przekazać znaczną część tej kwoty specjalistom od hodowli komórkowej, po to by znaleźli sposób na masowe produkowanie komórek, na czym – nawiasem mówiąc – zależało im od wielu lat. 

Szefowie NFIP nie mogli wybrać lepszej chwili na złożenie swojej propozycji. Tak się złożyło, że Gey niebawem stwierdził, iż komórki Henrietty namnażają się jak żadne inne ludzkie komórki przed nimi. 

Gros hodowli komórkowych pokrywało pojedynczą warstwą powierzchnię szkła laboratoryjnego, co oznaczało, że dość szybko brakowało im miejsca. Powiększanie liczby komórek było niezwykle pracochłonne: normalnie naukowcy musieli co rusz zeskrobywać je z probówki i przenosić do nowych naczyń, aby dać im więcej przestrzeni. Komórki linii HeLa, jak się okazało, nie były takie wybredne – nie potrzebowały szklanej powierzchni, aby się namnażać.

Wystarczało im unoszenie się w podłożu hodowlanym, które znajdowało się w ciągłym ruchu za sprawą urządzenia magnetycznego – metody opracowanej przez George’a Geya, a obecnie nazywanej hodowlą w zawiesinie. Dzięki temu wzrost komórek HeLa nie był ograniczany, jak w wypadku hodowli jednowarstwowej; komórki HeLa dzieliły się dopóty, dopóki miały dostęp do pożywki. Im większe było naczynie z pożywką, tym dłużej komórki się namnażały. Założono więc, że jeśli komórki linii HeLa okażą się podatne na wirusa polio (nie wszystkie komórki bowiem były), rozwiąże to problem produkcji na masową skalę i umożliwi przetestowanie szczepionki bez konieczności użycia milionów małpich komórek. 

W kwietniu 1952 roku Gey i zaprzyjaźniony z nim członek komitetu doradczego NFIP – młody asystent po doktoracie William Scherer z uniwersytetu w Minnesocie – spróbowali zatem zainfekować komórki Henrietty wirusem polio. W ciągu paru dni odkryli, że komórki lini HeLa są w istocie bardziej podatne na wirusa polio niż jakiekolwiek inne wcześniej hodowane in vitro. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, zrozumieli, że mają właśnie to, o co chodziło fundacji. 

Wiedzieli też, że zanim zabiorą się do masowej produkcji komórek, muszą wymyślić nowy sposób ich rozsyłania. Metoda George’a wykorzystująca samoloty rejsowe sprawdzała się, gdy trzeba było wysłać parę komórek do tego czy innego kolegi po fachu, ale okazałaby się zbyt droga, gdyby przyszło wysyłać ogromną ich liczbę. A nawet namnażające się na potęgę komórki nikomu by się nie przydały, gdyby nie mogły się znaleźć tam, gdzie są potrzebne. Dlatego Gey i Scherer zaczęli eksperymenty. 

W Dzień Pamięci Narodowej, 26 maja 1952 roku, Gey zgromadził pewną liczbę fiolek zawierających komórki HeLa oraz wystarczającą ilość podłoża hodowlanego, aby umożliwić im przeżycie przez parę dni, po czym umieścił je w puszcze wyłożonej korkiem i wypchanej lodem, by zapobiec przegrzaniu. Następnie spisał szczegółowe instrukcje, jak się z nimi obchodzić i jak je żywić, i wysłał Mary na pocztę, żeby nadała paczkę na adres Scherera w Minnesocie. Z powodu święta w Baltimore były zamknięte wszystkie urzędy pocztowe z wyjątkiem poczty głównej w centrum. Mary musiała jechać kilkoma tramwajami, żeby tam dotrzeć, ale wywiązała się z zadania. Podobnie jak komórki. Kiedy paczka dotarła do Minneapolis około czterech dni później, Scherer umieścił je w cieplarce, a one zaczęły się namnażać. Był to pierwszy przypadek fortunnego przesłania żywych komórek pocztą. 

W kolejnych miesiącach – aby wypróbować różne metody dostarczania komórek i upewnić się, że są one w stanie przeżyć długą podróż w każdym klimacie – Gey i Scherer wysyłali fiolki z komórkami HeLa w różne zakątki świata samolotami, pociągami i ciężarówkami, z Minneapolis do Norwich i dalej, do Nowego Jorku, oraz z powrotem. Obumarła zawartość tylko jednej fiolki. 

Gdy w fundacji dowiedziano się, że HeLa są podatne na wirus polio i namnażają się do znacznych ilości za niewielkie pieniądze, natychmiast zatrudniono Williama Scherera jako organizatora powstającego Centrum Dystrybucji Komórek HeLa przy Instytucie Tuskegee, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni dla czarnych. Wybór NFIP padł na Instytut Tuskegee z powodu Charlesa Bynuma, dyrektora Negro Activities przy fundacji. Bynum – nauczyciel przedmiotów ścisłych i aktywny działacz na rzecz praw obywatelskich, a zarazem pierwszy czarnoskóry dyrektor fundacji w całych Stanach Zjednoczonych – pragnął, aby centrum zlokalizowano przy Instytucie Tuskegee, gdyż zapewniłoby to napływ wielotysięcznych funduszy, liczne nowe miejsca pracy i podnoszenie kwalifikacji młodych czarnych naukowców. 

W zaledwie kilka miesięcy personel złożony z sześciu czarnych naukowców i laborantów wybudował w Instytucie Tuskegee fabrykę, jakiej świat nie widział. Pod ścianami stały stalowe autoklawy przemysłowe do wyjaławiania parą wodną, niezliczone rzędy ogromnych kadzi z mechanicznymi mieszalnikami podłoża hodowlanego, cieplarki, szklane butelki do kultur poukładane na boku i zautomatyzowane podajniki komórek – wysokie ustrojstwa z patykowatymi metalowymi ramionami, które wtryskiwały komórki HeLa do kolejnych probówek. Zespół Instytutu Tuskegee co tydzień warzył tysiące litrów pożywki według przepisu George’a Geya, używając soli, minerałów i surowicy pobieranej od studentów, żołnierzy i farmerów uprawiających bawełnę, którzy odpowiadali na zamieszczone w lokalnej gazecie ogłoszenia, że za oddaną krew otrzymają zapłatę. 

Paru laborantów służyło za kontrolerów jakości tej nietypowej linii produkcyjnej, przyglądając się przez mikroskop setkom tysięcy komórek HeLa tygodniowo i upewniając się, że są żywe i zdrowe. Inni wysyłali je według ścisłego harmonogramu do badaczy w dwudziestu trzech ośrodkach zajmujących się testowaniem szczepionki przeciwko polio w Stanach Zjednoczonych. W końcu personel Instytutu Tuskegee powiększył się do trzydziestu pięciu osób, które produkowały dwadzieścia tysięcy probówek – około sześciu bilionów komórek HeLa – każdego tygodnia. Była to pierwsza na świecie fabryka produkująca żywe komórki, a wszystko zaczęło się od jednej jedynej fiolki, którą George Gey przesłał Schererowi w pierwszym eksperymencie ekspedycyjnym wkrótce po śmierci Henrietty. 

Mając do dyspozycji te komórki, naukowcy zamierzali udowodnić, że szczepionka Salka jest skuteczna. Niebawem "The New York Times" publikował zdjęcia czarnych kobiet pochylonych nad mikroskopami i trzymających w czarnych dłoniach probówki z komórkami HeLa opatrzone następującymi nagłówkami:  

ZESPÓŁ INSTYTUTU TUSKEGEE POMAGA ZWALCZAĆ POLIO

Batalion czarnych naukowców odgrywa główną rolę w testowaniu szczepionki doktora Salka

KOMÓRKI HeLa NIE PRZESTAJĄ SIĘ MNOŻYĆ.

Czarnoskórzy naukowcy i laboranci, w tym wiele kobiet, wykorzystując komórki czarnej kobiety, pomogli uratować życie milionów Amerykanów, w większości białych. I uczynili to na tej samej uczelni – i w tym samym czasie – na której władze państwowe przeprowadzały haniebne badanie Tuskegee syfilityków.

Rebecca Skloot, 'Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks'Rebecca Skloot, 'Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks' mat. prom. (Znak Literanova)

Więcej o: