"11 palców. O tym, jak zniknęłam w dżungli". Przeczytaj fragment książki

Eva ma jedenaście palców u nóg, jedną sławną mamę i zero taty. Może i ma jakiegoś tatę, ale mama nie chce jej nic o nim powiedzieć. Kiedy więc na zadanie domowe z biologii uczniowie mają napisać referat na dowolny temat, Eva decyduje, że napisze o tym, kim są "ojcowie biologiczni". Im bardziej wgryza się w swój projekt, tym bardziej nabiera pewności, że chce poznać swojego tatę. Gdy odkrywa, że ten prawdopodobnie mieszka w Ameryce Południowej, potajemnie angażuje do pomocy ekipę programu telewizyjnego. Jak daleko się posunie, żeby odnaleźć ojca? Przeczytaj fragment książki "11 palców. O tym, jak zniknęłam w dżungli".

Simon Van der Geest "11 palców. O tym, jak zniknęłam w dżungli", tłum. Marta Talacha, Wydawnictwo Format AB

Więcej ciekawych tekstów znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Sos z piany

Następnego dnia w szkole prawie nie rozmawiam z Luukiem. Cały dzień żartuje sobie z Justinem, snują plany na Weekend-Dla-Mężczyzn. Mam coś w rodzaju bąbla w brzuchu, kiedy o tym myślę. Mama i tak musi śpiewać w sobotę, na małym festiwalu, ale zaraz potem przyjedzie na kemping, obiecała – jednak to może być dość późno. "Zaraz" skończy się na tym, że spędzę cały dzień z Tylko-I-Wyłącznie-Z-Mężczyznami. Jednym z tych mężczyzn, a raczej młodzieńców, jest chłopiec o oczach karmelu. David.

Po szkole szybko wracam do domu. Zaglądam przez okienko do studia mamy, ale jej tam nie ma. Na schodach czuję już zapach lawendy, więc pewnie bierze kąpiel. Drzwi do łazienki są uchylone, obłoki pary buchają na korytarz. Wślizguję się po cichu.

Wanna jest pełna piany. Jeden wielki śnieżny krajobraz. Spod śniegu wystaje tylko kilka kawałków mamy. Dwie wyspy z kolan i większa wyspa z oczami, nosem i ustami. Oczy wyspy są zamknięte.

Detektyw Bruno"Detektyw Bruno" w kinach także z ukraińskim lektorem. Jest nowy zwiastun filmu

- Mamo?

Nie słyszy mnie. Ma uszy pod wodą.

Z tyłu pralki wisi gumowy wąż. Ostrożnie go odczepiam. Jedną końcówkę zawieszam w wodzie, a drugą przykładam do ust.

- MAMO!

Duże pęcherzyki powietrza spieniają się do góry. Ze strachu mama wślizguje się pod wodę, wanna wiruje i faluje i, dziko chlapiąc, mama znów się wynurza. Fale piany spływają po wyłożonej kafelkami podłodze.

- Evo! Co ty wyprawiasz! Chcesz mnie przyprawić o zawał serca?

- NIU - trąbię przez gumowego węża - CHCIUŁUM U CUŚ ZAPYTUĆ.

Zobacz wideo

Mama widzi, że stoję tam z rurką w ustach i parska śmiechem.

Wyciera kleksy piany z twarzy.

- Co takiego, mały słoniku? - żartuje. - O co chciałaś zapytać?

- CZU BYŁUŚ KIEDUŚ ZUKUCHUNA? - gulgoczę w wannie.

- Co? - Wyrywa mi węża z rąk.

- Czy ty... – Reszta nie przechodzi mi przez usta. Kleks piany ześlizguje się po jej szyi i chowa w rynience między piersiami. Mama wpatruje się we mnie. Moje ręce nagle nie wiedzą, gdzie powinny się udać. Biorę się pod boki.

- Pffff! - parska mama. - Czy jesteś zakochana?

Przewracam oczami.

- Mamo, pytam się, czy ty byłaś zakochana. Mama znów odchyla się i zatapia w pianie.

- Hmm. Co to znaczy, zakochana?

- Nie wiem.

- Ja też nie - kręci kolanami.

- Więc nigdy nie byłaś zakochana?

- Oczywiście, że tak.

- W moim biologicznym ojcu?

Sztywnieje. Nawet woda w wannie wydaje się zamarzać.

Czekam. Boli mnie bok. Orientuję się, że to moje własne ręce tak mocno go szczypią.

- No i?

Ręka mamy chwyta się krawędzi wanny. Potem przytakuje.

To skinienie, to jedno skinienie sprawia, że przepływa przeze mnie ciepła fala.

- Naprawdę?

- Ach, sama nie wiem.

- Co wtedy razem robiliście?

- Nic specjalnego. Po prostu to, co zwykle. Wyjścia, rozmowy, pływanie. Ale jeśli byłam zakochana, to bardzo szybko się to skończyło. Byłam młoda i głupia. Nie widziałam, że ten facet jest właściwie tchórzem. Tak tchórzliwy, jak...

- ...robal. - mruczę. To samo się nasuwa.

- Dokładnie - uśmiecha się i dotyka krawędzi wanny. - Podejdź tu i usiądź.

Nie ruszam się.

- Tu jest mokro. Mama pochyla głowę.

- Czy naprawdę jesteś zakochana? - pyta cicho. Wzruszam ramionami.

- A skąd mam to wiedzieć?

Odwracam się i znikam z łazienki. Mamę zostawiam w jej własnym sosie, z piany.

Ośmiornica Zośka - ilustracja i okładka książkiBoni debiutuje jako autorka książek dla dzieci. Przeczytaj fragment "Ośmiornicy Zośki"

Rozmnażanie

Smok z Komodo ma dwa penisy, co jest dwa razy bardziej przydatne do reprodukcji. Z sikaniem wydaje mi się to trudniejsze.

Kiedy samica chce kopulować, samiec może wyczuć to po zapachu jej kupy. Jeśli kupa ładnie pachnie, zaczyna się rytuał godowy. Trochę się obwąchują i samiec próbuje ugryźć ją w szyję i wspiąć się na nią.

Ale zanim to zrobi, musi najpierw powalczyć. Zwykle też i inne samce chciałyby kopulować z tą samicą. Dlatego organizują mecz wrestlingowy. Jest to bardziej ekscytujące niż ludzkie zapasy, zwłaszcza że nie ma sędziego. Można gryźć i przewracać przeciwnika naprawdę mocno. Przegrany odchodzi lub leży na plecach (= poddaję się). Zwycięzca może kopulować z samicą.

Samica po pewnym czasie składa jaja. Niekiedy musi wysiadywać je nawet do 8 miesięcy.

Co jest bardzo sprytne u samicy: kiedy jest sama i nie ma w pobliżu samców, może nadal mieć młode. Czyli bez krycia. Taki młodzieniec nie ma ojca. Nie, żeby mu to przeszkadzało. U smoków z Komodo ojcowie są dość niebezpieczni, ponieważ czasami zjadają małe. Na szczęście młode wymyśliły na to sztuczki: chowają się na drze- wach lub tarzają się w kupie, tak że ojcowie natychmiast tracą apetyt.

- Dwa penisy? - szepczę. - Naprawdę?

- Tak. - Luuk uśmiecha się od ucha do ucha i z zadowoleniem opiera się o swój stół. - Tym razem wszystko jest prawdą.

- Również to, że matki mogą mieć młode na własną rękę?

- Tak. Fajnie, co?

Wzdycham. Gdyby ludzkie matki też tak mogły, może moja mama wolałaby, żeby tak było.

- Zastanawiam się jednak... - mówi Luuk - jeśli samiec ma dwa penisy, to czy kobieta też ma dwie... eh... - Drapie się za uchem.

- Chodzi ci o.…- mówię - coś w rodzaju... gniazdka do kontaktu?

Luuk wybucha śmiechem. Pani pyta, co jest tak zabawne, a w tej chwili ja też nie mogę już dłużej wytrzymać.

W ostatnich dziesięciu minutach Luuk musi wyjść na korytarz, żeby ochłonąć, ale to wcale nie pomaga, bo jest to bardzo zaraźliwy rodzaj śmiechu. Po szkole ciągle piszczymy i chichoczemy bez przerwy.

- Do jutra, hej - zanosi się czkawką Luuk, gdy po dwudziestu sześciu wybuchach kurczowego śmiechu docieramy wreszcie do mojego domu. - O dziesiątej na kempingu. Wtedy Justin też przyjedzie. I David.

Mój wariacki śmiech nagle się urywa.

Prawie-Tylko-Mężczyźni

Mama odwozi mnie na pole namiotowe. Na tylnym siedzeniu leży moja walizka i nasze całkiem nowe śpiwory. I namiot, który poży- czyliśmy od Luuka.

Tej nocy miałam bardzo dziwny sen. Tak, jakbym stała w stawie, a setki srebrnych rybek wypływały z mojego dużego palca u nogi. Wokół mnie kilku włochatych olbrzymów ryczało ze śmiechu.

- Mamo? - zapytałam. - Czy po występie przyjedziesz prosto do nas?

- Jeśli wszystko się uda, mogę być tam około dziesiątej. To zna- czy, jeśli znajdę was na tym odludziu. - Zerka w bok. - Powiedz, czy używałaś tuszu do rzęs?

- Tylko trochę. - Odwracam głowę.

- Kochanie...

- Co, nie pasuje mi?

- Ależ tak... Nie, to jest piękne. Patrzy na mnie szklanym wzrokiem. Moja Evuniu...

- To nie jest moje imię.

Przez resztę drogi mama ma irytujący uśmiech na twarzy.

Zostawiamy samochód na małym parkingu i wyładowujemy nasze rzeczy. Ojciec Luuka wita nas z otwartymi ramionami.

- Silla i Eva!

W oddali widzę Justina i jego ojca, jak wysiadają z samochodu. Justin był u fryzjera. Albo u ogrodnika: z boku jest łysy, a na górze sterczy mu czubek, sztywno, jak włosie szczoteczki do zębów. David stoi dalej i rozmawia z Luukiem. Kiedy tylko mnie spostrzega, uśmiecha się, pokazując zęby, i od razu jest tak, jakby ktoś nagle całą zawartość akwarium, wraz ze skaczącymi rybkami, przelał mi do brzucha. Moje usta automatycznie zaczynają się śmiać.

W tym momencie na teren parkingu wjeżdża, prując na całego, biały jeep. Wpada w poślizg, zatrzymuje się, drzwi otwierają się na oścież i wyskakuje z nich mężczyzna. Ma szorstki zarost i małą kozią bródkę. Jest ubrany w zielone spodnie z około setką kieszeni i zamków błyskawicznych.

- Wujek Peter! - Luuk podbiega do niego i rzuca mu się na szyję. Wujek poklepuje go po plecach.

- Cześć, hej, Luuk! Dwanaście lat! Prawdziwy facet, słowo daję! Mama odwraca się do mnie gwałtownie.

- Czy on też idzie?

Jej wzrok skacze wte i wewte, a potem mama jednak wraca do samochodu.

- Mamo, już idziesz?

- Słucham? Tak, przepraszam. Czekają na mnie. Daje mi szybkiego buziaka, spogląda na mężczyznę w białym jeepie, po czym wsiada.

- Do wieczora - mruczę do ryczącego samochodu. Macham do niej tak długo, aż staje się tylko plamką.

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Miecze z pałąków namiotowych i balony gazowe

Ojcowie wciągają wszystkie śpiwory i namioty na drewniany wózek. Dużo się śmieją i żartują. Za każdym razem, gdy ze sobą rozmawiają, biorą się pod boki. To charakterystyczne: łokcie szeroko rozstawione, jakby robiły wielkie uszy po bokach, w celu lepszego wzajemnego zrozumienia. Wujek Peter mówi najgłośniej i robi najwięcej dowcipów. Ciekawe, dlaczego mama uciekła, kiedy tylko go zobaczyła.

Ciągnie wózek do przodu i cały orszak rusza. Idę tuż za nim. Moja walizka zostawia głębokie ślady na ścieżce z muszli. To chyba nie tak powinno być – biwakowanie z walizką na kółkach.

Jesteśmy jedynymi osobami na kempingu. Wszystkie pola są jeszcze puste. Ojcowie wybierają miejsce na skraju lasu. Podczas gdy pochylają się nad ogromnym workiem od namiotu, chłopcy pędzą na drugą stronę pola. Biegnę przez chwilę za nimi, ale potem staję z moim workiem w rękach.

Chłopcy są natychmiast wszystkim pochłonięci. Opróżniają pokrowce, biegają wokół siebie, wykonują szerokie gesty, rysują linie w piasku, składają pałąki, budują z nich na ziemi wielkie krzyże lub używają do walki na miecze. Wydaje się, że to jedna wielka gra, której zasad nikt mi nie zdradził.

Nagle zauważa mnie David. Opuszcza na ziemię swój miecz z pałąka.

- Czy mam ci pomóc?

- Nie, nie trzeba - mówię szybko.

Złożenie pałąka w całość, to jeszcze potrafię. Ale jednak po pewnym czasie mój namiot przypomina raczej wielkiego banana niż namiot. Wczołgałam się do środka, tak jak zrobili to inni. Ale wewnątrz jest plątanina pętli, kijków i rzepów, zaczyna mnie to denerwować i uderzam się w głowę - bonk! Chcę się stąd wyrwać, ale głowa utyka w połowie, bo loki zaczepiły się o zamek.

- Ałła! – Próbuję się podnieść, ale zamek znów wciąga włosy. - Luuk! Co mam zrobić?

Podbiega triumfalnie.

- Nie dajesz rady?

- Chyba widzisz? Co to za monstrum?

- Namiot sztormowy. Wyjątkowo odporny na wiatr.

- Och, naprawdę? - krzyczy Justin. - Jaki wiatr? Może taki? Podnosi jedną nogę i wypuszcza z siebie trzeszczącego bąka. Nie wierzę własnym uszom. On i Luuk nie zbliżają się już do mnie.

- Justin! - krzyczy David i biegnie w jego stronę, żeby dać mu kopniaka. Luuk przyłącza się do nich radośnie i po chwili trzej chłopcy biegają za sobą.

A ja wciąż tkwię w miejscu. Siłuję się z zamkiem, ale tylko boli jeszcze bardziej, bo szarpie za włosy.

David wraca pierwszy.

- Przepraszam, sorry - mamrocze. - Ten Justin naprawdę jest czasem nieszczelnym balonem z gazem... - Klęka przy mnie. - Utknęłaś?

- Tak mi się wydaje.

Ostrożnie pochyla się nade mną i majsterkuje przy zamku błyskawicznym. Jego koszulka prawie dotyka mojego nosa. Widzę pod nią krawędź brzucha. Pachnie dezodorantem i trampkami.

Zamek błyskawiczny otwiera się, znów jestem wolna.

- Dziękuję. - Szybko wymykam się na zewnątrz. Patrzymy na mój zawalony, przekrzywiony namiot.

- Wygląda to bardziej, jak balon, który spadł na ziemię - mruczę.

- Albo nadmuchiwany kajak.

- Albo krynolina - mówię. David wskazuje na namiot.

- Czy mogę…?

- Nie mam nic przeciwko. Obmacuje balononamiotokajak.

- Nic w tym dziwnego; czegoś tu brakuje... Pałąka! Znów sięgam do kieszeni namiotu i rzeczywiście. Pałąk.

- Ups...

Chwilę później mój namiot jest ładnie zaokrąglony i sztywny. Siadam z chłopakami na trawie przed namiotami.

- Brakuje tylko ojców - mamrocze Justin i wskazuje głową na drugą stronę.

Ojcowie są nadal zajęci śledziami i linami. Krzyczą na siebie skomplikowane rzeczy o sprężystości i środku ciężkości, ale namiot jest tak przechylony, jak nie wiem co. Wujek Peter głównie chodzi w kółko, wokół namiotu. W ręku trzyma kompas i latarkę, wielką jak strzelba.

- Panowie, wejście jest teraz zwrócone na południowy wschód, oznacza to, że jutro rano słońce będzie świeciło wam prosto w facjaty. Radzę: odwrócić namiot.

Ojciec Luuka wystawia głowę spod plandeki.

- A ja radzę zostawić, tak jest dobrze. I podaj mi ten młotek. Mam zamiar napisać coś w rozdziale "Biologiczni ojcowie w naturze" o tym, że ojcowie lubią rywalizować.

- Evo, a gdzie właściwie jest twój tato? - pyta nagle David. Jakby kostka lodu ześlizgiwała się po moich nagich plecach.

- Nie mam - mówię szybko.

- Tak, jak to było?... - wtrąca się Justin. - On nie żyje?

Nic nie mówię. Znów to idiotyczne pytanie, które zadają mi idiotycznie często i które wciąż idiotycznie mocno ściska mnie za gardło.

- Justin... - mówi Luuk, przewracając oczami. - Znasz tę historię, prawda?

- Hmm... Nie, właściwie nie.

Luuk wzdycha.

- Jej ojciec był... strażakiem. I wybuchł wielki pożar. W zoo...

Im więcej Luuk opowiada, tym bardziej zaczyna mnie łaskotać palec u nogi.

- Klatka z małpami płonęła. Wielka panika... Wszystkie te małpy uciekły na dach. A jej ojciec był jedynym, który odważył się wejść na górę, z długą drabiną. Małpy również mają prawo do ratunku. Ale wszystkie te małpy czepiały się go, stracił równowagę i upadł...

Justinowi otworzyły się usta.

- Naprawdę?

Kiwam głową i staram się zachować neutralną twarz.

- A potem? - pyta Justin.

- Tak, a potem... - mówi Luuk - To już może Evi lepiej sama opowie...

- A potem... a potem pluf - mówię, chociaż nie mam pojęcia, dokąd to prowadzi. - On... on wpadł do wody. Do niedźwiedzi polarnych. A one wtedy go... zjadły.

Mój paluch mrowi, jakby dziesiątki mrówek ścigały się wokół niego. Justinowi oczy prawie wychodzą na wierzch ze zdziwienia.

- Niedźwiedzie polarne? Poważnie?

David uśmiecha się. Luuk stara się trzymać usta na kłódkę, ale zza jego policzków już wyłania się kpiący śmiech. Po sekundzie jego usta parskają, jakby pękła tama, a David i ja ryczymy razem z nim. Justin poczerwieniał na policzkach. Przeciąga ręką po swoich włosach ze szczoteczki do zębów.

- Phi - pociera głowę. - Wiedziałem przecież o tym od dawna.

Wstaje i odchodzi.

- To był żart! - Luuk idzie za nim i kładzie mu rękę na ramieniu.

- Pogramy w nogę?

Nagle na trawie zostajemy tylko ja i David. We dwoje. David wstaje w podskoku i sprawdza jeszcze raz, czy stelaż mojego namiotu jest porządnie osadzony.

- On nie umarł, wiesz - mówię nagle. - W każdym razie, tak nie myślę. Nie wiem tylko, kim jest i gdzie jest. Może mieszka niedaleko, ale może na drugim końcu kraju, nie mam pojęcia... A tak, jego imię, teraz już wiem, jak ma na imię, i moja mama powiedziała kiedyś, że jest z Surinamu, ale to wszystko, co wiem.

David nic nie mówi. Może teraz uważa mnie za dziwną, smutną dziewczynę, z którą coś jest nie tak. Namiot, któremu brakuje jednego pałąka.

11 palców. O tym, jak zniknęłam w dżungli - okładka11 palców. O tym, jak zniknęłam w dżungli - okładka mat. prasowe

Więcej o: