"U nas kozaczenie było na porządku dziennym, ale kiedy weszła Kora, nikt nie miał odwagi się odezwać" [FRAGMENT]

Sama o sobie mówiła: "Nie jestem taka, jaką mnie opisują". Jaka zatem była Kora? Beata Biały z uwagą i czułością składa jej portret z rozmów z jej bliskimi, przyjaciółmi. Publikujemy fragment książki "Słońca bez końca. Biografia Kory", która ukazała się 31 maja.

"Munio, Munio, ty jesteś perwersiarz. Zarumieniłam się". Zaśmiała się, gdy puściłem jej mój nowy kawałek "Klaps". Chciałem, żeby w nim wystąpiła, a właściwie jej głos. "Kora, no wiesz, tekst nie jest przesłodzony" - odpowiedziałem. Bo tam było o przemocy i seksualnym pograniczu: "Owinięta w ręcznik leżysz na dywanie,/Malujesz usta, płaczesz, leżysz cała w szkle./Dziewczynki prawie nigdy nie mówią o tym mamie/Że przyjemnością ból tak często staje się./I właśnie teraz masz ochotę na klapsa,/Już teraz wiem, że masz ochotę na klapsa" ["Klaps", muzyka Jacek Perkowski, tekst Zygmunt Staszczyk]. "Może byś coś tutaj powiedziała? Słyszę twój głos, że coś mówisz, nie wiem jeszcze tylko co" - poprosiłem nieśmiało. A ona na to: "Kamilku, Kamilku, gdzie jest ten mój Lorca?". Wyskoczyła do drugiego pokoju i przyniosła książki kilku poetów. "Lorca, Lorca… Poczekajcie, chłopcy, poczekajcie, coś poszukam". Znowu pobiegła do pokoju obok.

Zobacz wideo Muzyka, która łączy pokolenia. Krawczyka, Kozidrak czy Korę uwielbiają i starsi, i młodsi

I nagle wchodzi i zaczyna czytać wiersz Kasyda o róży: "Róża/nie pragnęła jutrzenki;/wieczna niemal na swej gałęzi/pragnęła innej rzeczy./Róża/nie pragnęła wiedzy ni ciemności/na krawędzi ciała i marzenia/czego innego pragnęła/Róża/nie pragnęła róży./Nieruchoma na tle nieba/czego innego pragnęła". Ten wiersz nie nawiązywał bezpośrednio do piosenki, tak naprawdę był o kobiecie, ale świetnie siedział w utworze. "Co, Munio, podoba ci się to? No co, Munio?" - zapytała zachwycona swoim wyborem. Jak zwykle była przepiękna, a ja jak zawsze przy niej byłem spięty. Widziałem, że ma do mnie sympatię, ale byłem spięty. Bo jej uroda mnie powalała i onieśmielała, chociaż bywałem też bezczelny, może żeby tę swoją nieśmiałość ukryć. A Korze podobał się ten mój styl bycia. Była między nami chemia, ale nigdy nie przekroczyliśmy granicy. A może z jej strony komplementy dla mnie były kurtuazją? Bo Kora, choć znana była z tego, że waliła prawdę w oczy, to jednak zawsze robiła to z taktem.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Nagraliście ten singiel z "Klapsem"?

Tak, powiedziała to. Ale wtedy polska opinia publiczna nie była gotowa na takie piosenki, radio również. Wiadomo, Kora Korą, ale to nie był przebój, tylko numer, który po prostu ocierał się o perwersję, dla radiowców granicę nie do pokonania. Dzisiaj pewnie by to przeszło na zasadzie, że jest cool. Fajny kawałek, jednak wielkiego oddźwięku nie miał. Ale to nie było ważne, bo wyszła płyta "Al Capone" i cieszyłem się, że to się udało. Pamiętam, jak nagrywaliśmy wtedy w Studiu S4. Przyszła do tego studia jeszcze piękniejsza, niż była w domu. Wymiękłem, schowałem się do reżyserki. A ona: "No i co, Muniu, podoba ci się, podoba?". "Zajebiście, Kora, zajebiście" - odpowiedziałem. "Naprawdę ci się podoba?" - dopytywała. "Wiesz, Kora, że cię kocham". "Ja też cię kocham, Muniu".

 

Kochałeś się w Korze?

Na pewno się podkochiwałem. I to od momentu, kiedy zobaczyłem jej słynny występ w Opolu. Od tego festiwalu rozpoczęła się nowa epoka polskiego rock and rolla. "Co to za laska jest, ja pierdolę?!". Nie mogłem wyjść z podziwu. Podobała mi się wtedy Iza Trojanowska, ale nagle wyskoczyła Kora z kawałkiem "Buenos Aires" i straciłem głowę. Chłopaki z mojego podwórka na Rakowie, robotniczym osiedlu w Częstochowie, mówili: "Ale dupa, ja pierdolę, ale laska!". Nie wiedziałem wtedy, że kiedyś się poznamy. I może nie kochałem się w niej, ale robiła na mnie bardzo silne erotyczne wrażenie. A oprócz tego artystyczne. Dla mnie Maanam to był jedyny zespół, który w tamtych czasach mógł być europejskim bandem.

Wyprzedzali o wiele długości wszystkie polskie zespoły. A duża była w tym zasługa Kory - przepiękna, charyzmatyczna wokalistka, ze świetnymi tekstami, które można było na luzie przetłumaczyć na angielski. A przede wszystkim mieli to, co powinien mieć każdy zespół - byli fantastycznym duetem kompozytorskim, jak największe duety typu Jagger-Richards, Lennon-McCartney. Pisali z Markiem fantastyczne piosenki. Byli najlepszą polską kapelą rockandrollową, obok Brygady Kryzys i Republiki.

Tom Cruise na plakacie 'Top Gun: Maverick'"Top Gun: Maverick" bez premiery w Chinach. Wszystko przez kurtkę Toma Cruise'a

Kiedy poznałeś Korę?

Na początku lat 90. Myślę, że było to po "Derwiszu", a jeszcze przed "Różą" i w okresie naszej płyty "Prymityw", czyli na pewno przed 1994 rokiem. Byliśmy w jednej wytwórni fonograficznej Pomaton, obecnie Warner Music Poland. Ja jako T.Love i Kora jako Maanam. Chyba wtedy zaczął pracować z nimi Kamil. Znałem go od początku lat 80., bo kręcił się po punkowych koncertach. Latem 1995 roku nagrywałem w Łomiankach płytę "Luksus" ze Szwagremkolaską. W tym samym czasie i w tym samym studiu Maanam nagrywał swoją płytę. Kora miała już ochroniarza, który się koło niej kręcił. Ale kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, odchodził, bo widział, że jesteśmy zakumplowani. Potem zaprosiła nas na benefis. Wtedy już zamieszkali z Kamilem w ładnym, starym miejscu Powiśla. Na płycie "Al Capone" był taki perwersyjny, męsko-damski utwór i wymyśliłem sobie, że przydałby się kobiecy głos, który  byłby w tym kawałku ze mną, ale nie w formie duetu. Pomyślałem o Korze. Nie wiedziałem tylko, czy się zgodzi. Spotkaliśmy się w ich mieszkaniu na Powiślu. To były jeszcze czasy kaset, więc przyniosłem kasetę i puściłem demo piosenki. Zgodziła się. Benefis w Krakowie, który był filmowany dla Dwójki, odbywał się w jednym z tamtejszych teatrów. Kamil zapraszał artystów, którzy zaśpiewają. Znaleźliśmy się w tym gronie jako T.Love. Kora chciała, żebyśmy wykonali utwór "I Love You" i drugi - "Dzień" z płyty "Al Capone", więc to musiał być rok 1995. Doskonale to pamiętam, bo byliśmy już w dużej komitywie.

Jesteś chłopakiem z Żoliborza, a Kora w pewnym momencie zamieszkała w tej dzielnicy.

Kiedy Kora zamieszkała na Żoliborzu przy Płatniczej, wtedy już wyprowadziłem się stamtąd. Ale zdarzało mi się do nich wpadać na kawę, herbatę, rozmowę. Mijały lata. Mamy rok 2000, jest jubileusz Maanamu w Sali Kongresowej, wielki koncert. Marek i Kora zaprosili mnie jako jednego z wykonawców. Był Porter, Rojek z Myslovitz i inni, których Kora ceniła, a ja byłem jednym z nich. "Wybierz sobie numer" - powiedziała. Wiedziałem, że muszę wybrać coś krzyczanego, z powerem, bo nie zaśpiewałbym jej pięknych ballad. Wybrałem "Szare miraże". Spotkaliśmy się na próbie w Stodole. "Widzę, że mamy prawdziwego rockowego wokalistę, a nie jakieś pitu, pitu" - skomentował mój występ Marek. Przed występem Kongresowa, tam też chyba była próba, spina była. Utwór był dosyć trudny dykcyjnie, musiałem bardzo się postarać, żeby dać radę. Zapowiedziała mnie: "Teraz Munio, słońce Żoliborza". No i poszło, jest na YouTube i na płycie. Udało mi się.

 

W 2010 roku robiłem płytę z Jankiem Benedkiem, moim muzycznym partnerem sprzed lat. Dawno nie graliśmy razem, ale pomyślałem, że Janek najlepiej zrobi wszystkie kawałki do mojej solowej płyty. Był taki utwór męsko-damski "Njutella Marcella" i mówię do Janka: "Słyszę tu Korę". Kora szanowała Janka, lubiła jego grę na gitarze. Przyszliśmy do nich, herbatka, przekąski, w tym czasie zdążyli się czternaście razy pokłócić z Kamilkiem, ale po chwili znów było: "Kamilku, Kamilku". Kamilek chodził jak w zegarku, ale miał swoje riposty. I nagle Kora do mnie: "Munio, co cię pogięło? Co ty naopowiadałeś w tej książce? Naprawdę taki religijny się zrobiłeś?". A ja mówię: "Zawsze wierzyłem". "Ale po co się z tym tak obnosisz publicznie?". Ja na to: "No wierzę, masz trochę inne poglądy". Ale to nie była żadna kłótnia. "A ja Madonny maluję" - powiedziała zadziornie. I pokazała mi te piękne Madonny.

Kamilek wziął mnie na dół do piwniczki i mówi: "Zobacz, to Kora". Oczywiście zaśpiewała z nami ten kawałek z refrenu.

Bałeś się ocen Kory? Miały dla ciebie znaczenie?

Mężczyźni w ogóle się jej bali. Pamiętam, jak przyszła do T.Love na próbę do naszej lekko śmierdzącej, rockowej kanciapy na Tarchominie w Warszawie. To było przed koncertem w Stodole, na którym śpiewaliśmy razem "Szare miraże". Zespół zawsze "strzelał z pistoletów", kozaczenie było na porządku dziennym, no po prostu kowboje, bach, bach, a tu nagle… wchodzi Kora. Totalnie odjebana, w zajebistych kozakach, bo to była jesień, w pełnym make-upie, i nagle… cisza. Nikt nie miał odwagi odezwać się słowem, tylko: "Dzień dobry, dzień dobry". A ona jak to ona: "Cześć, chłopcy, no to co zagramy?". Patrzę na Perkoza, patrzę na pozostałych kolegów, na menedżera, który zrobił się biały jak ściana, choć zwykle bajeruje kobiety, a tu… W końcu jakoś się spięli i poszło. A potem był Jarocin i razem zaśpiewaliśmy "Warszawę", bo jej to się bardzo podobało. Dzieliliśmy się zwrotkami, a refren śpiewaliśmy razem. Tak samo było w "Szarych mirażach", ja śpiewałem zwrotki, a ona mnie wspomagała w refrenie. A w "Warszawie", z tego, co pamiętam, to ona sobie wybrała te fragmenty tekstowe, które jej się podobały.

Podzieliliśmy się tekstem, ale poprosiłem ją, żeby refren śpiewała ze mną, bo tak będzie fajnie, i tak było. Nie bałem się jej ripost, pewnie dlatego tak bardzo się lubiliśmy, bo w gruncie rzeczy łączył nas ten sam rodzaj żartu i narracji. Później robiliśmy klip do piosenki "Love, love, love". Kręciliśmy go w studiu, w dawnym kinie Tęcza na ulicy Suzina na Żoliborzu. Zaprosiłem wielu artystów, którzy wystąpili w tym klipie, choć nie śpiewali - śpiewałem ja, a oni markowali. Fajnie to wyglądało, jak zmieniają się artyści, a głos pozostaje ten sam. Bo nawet dziewczyny śpiewały moim głosem. Kora, która poczuła klimat, powiedziała wtedy: "Munio mi się podoba, Munio jest przystojny". Ale jeszcze bardziej doceniłem jej komplement na temat mojej "Warszawy": "Zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz - to jest piękne". Tak krótko.

Potrafiła docenić dobry kawałek muzyki i tekstu. Ale zły też. Pamiętam, jak się wkurwiła, gdy Marek Jackowski, a przecież mieszkał już we Włoszech i grali osobno, nagrał płytę z jakimś Włochem. "Co to, kurwa, jest, nagrywać z jakimś sprzedawcą pizzy? Co to, kurwa, jest, jakieś piosenki z włoskiej knajpy?". Była wkurzona. A ja mówię tak: "Kora, a może on tak lubi? Może kompletnie się tam wyluzował, siedzi pod Neapolem i sobie nagrywa?". "Munio, co ty pierdolisz, jakie piosenki? Z gościem od pizzy? Co to jest, kurwa?!". Nie przyjmowała żadnych argumentów.

Kamilek siedział cicho, próbował ją uspokajać. A ja powiedziałem: "To wy mnie wkurwiacie, że rozwiązaliście Maanam. Byliście najlepszą kapelą w Europie Wschodniej. Nie znam lepszych. Światową kapelą. Jestem waszym fanem. I wkurwiacie mnie" - powiedziałem. Jakoś to rozluźniło atmosferę. Uśmiechnęła się. Potem Marek rozmawiał ze mną, bo chciał, żebym na jego solową płytę nagrał jeden utwór. I jakoś tak wyszedł temat Kory, a ja zacząłem mówić, może nie powinienem, może to było nietaktem: "Kora nie panuje, nerwy jej puściły, zjechała twoją płytę". A Marek ciepło, bo taki był: "Kora to jest Kora, przestań, nie komentuj tego. Po prostu taka jest". I powiedział to z takim ciepłem, że zrobiło mi się wstyd. "Przepraszam, zapędziłem się" - przyznałem. "Nie, nie, poniosło ją. Ale w sumie ta płyta jest kiepska. Miała rację" - odpowiedział rzeczowo. I przytoczył historię tej płyty: "To był wygłup. Ten Włoch to mój kumpel restaurator, do którego chodzę". Nie mówiłem, że Kora nazwała go sprzedawcą pizzy. Nigdy bym mu tak nie powiedział, a i tak wyhamował mnie delikatnie. Totalny szacun. Dużo miał mądrości. Myślę, że się kochali, bo nie sposób tworzyć takich piosenek bez miłości.

Nagrałem z nim tę płytę. Okazała się zresztą jego ostatnią. Wyszła dwa dni przed jego śmiercią.

A Korę kiedy widziałeś po raz ostatni?

Ostatni raz widziałem ją w Warszawie. Pytała, czy mogę załatwić dobrą trawę, bo pomaga jej w chorobie, uśmierza ból. Była już bardzo chora, wychudzona, w chemioterapii. Ale cały czas była Korą. Opowiadała, że przenoszą się z Kamilem na Roztocze. Do końca była między nami chemia. Zawsze radośnie mnie witała: "Munio, Munio, oj, Munio". Jakiś całusek w policzek. A ja… zawsze, chociaż trochę sobie powącham Korę.

Joseph Goebbels i Nejiko Suwa 22 lutego 1943 rokuDostała skrzypce od Goebbelsa. Szybko stały się dla niej ciężarem

Jak pachniała?

Pięknie. Byłem dumny, że się kumplujemy. Kiedyś Kazik mnie zapytał: "Ty się kolegujesz z Korą naprawdę?". Kiedy potwierdziłem, tylko odpowiedział: "O kurwa, nie wiedziałem". Pamiętam, jak kiedyś chciałem przystąpić do ZAiKS-u. Aby zostać członkiem związku, trzeba mieć na koncie szesnaście utworów albo być współautorem, bo członek dostaje tantiemy, ale ZAiKS pobiera procent za opiekę. Ale żeby zostać członkiem, trzeba mieć dwóch wprowadzających. Miałem bardzo mocną parę wprowadzających, bo mnie wprowadzili Kora i Młynarski Wojciech. Pamiętam, jak zapytałem Korę, czy się zgodzi. "Dobrze, Munio, tylko musisz mieć jeszcze drugą osobę" - powiedziała. Szybko udało mi się zdobyć kolejną.

Na koncercie Szwagrakolaski poznałem osobiście Wojciecha Młynarskiego. Podobały mu się moje projekty, więc odważnie zapytałem: "Panie Wojtku, mógłby mnie pan wprowadzić, bo mam jedną osobę?". Kora oniemiała, gdy usłyszała, kto jest drugim wprowadzającym. "Munio, dobry wybór" - powiedziała. I tak zostałem członkiem ZAiKS-u.

Słońca bez końca. Biografia KorySłońca bez końca. Biografia Kory mat. prasowe

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: