"W Elblągu bycie innym oznaczało status kosmity". Przeczytaj fragment książki "Oni są super!"

Zawodniczka MMA, lekarz, śpiewaczka operowa, twórca dialogów filmowych, piosenkarka, youtuber, pisarz, aktorka i wielu innych. Yvette Żółtowska Darska pisze o 40 niezwykłych postaciach - zarówno tych z pierwszych stron gazet, jak i działających w swojej branżowej niszy. Stara się odpowiedzieć na pytania: Czy każda z tych osób od razu wiedziała, kim chce być? Na czym polega ich codzienna praca? I wreszcie: czy sukces i szczęście na pewno zależą od pieniędzy i sławy?

Yvette Żółtowska Darska "Oni są super. 40 historii o ludziach, którzy znaleźli pomysł na siebie", Wydawnictwo Agora - fragment:

To był początek 2019 roku. Poniedziałek. Szkoły otwierały się po bożonarodzeniowej przerwie. W poniedziałki mój syn zaczynał lekcje o 9:00 rano, ale tamtego dnia szedł akurat na 8:00. Pierwszą godziną był przedmiot dodatkowy – doradztwo zawodowe.

A ja? Szłam do szkoły razem z nim.

Milo był wtedy w ósmej klasie. Za 4 miesiące czekał go pierwszy po reformie egzamin ósmoklasisty, potem – wybór szkoły średniej. Doradztwo zawodowe teoretycznie miało mu w tym wyborze pomóc. Dziesięć godzin lekcyjnych w semestrze, w co drugi poniedziałek o 8:00 rano. Zachęcająca pora, prawda? Wprawdzie nauczycielka pozwoliła klasie na dwie nieusprawiedliwione nieobecności, ale i tak mieliśmy problem. Milo opuścił nie dwa, nie trzy, ale cztery poniedziałki. Pani od doradztwa napisała mi o tym w Librusie, ja przeprosiłam i obiecałam poprawę. Wyglądało na to, że jest po sprawie.

Otóż nie.

Nauczycielka miała do mnie prośbę. Słyszała, że jestem znaną pisarką, a ona potrzebowała zaprosić na lekcję kogoś z – jak to ujęła – ciekawym zawodem. Pytała, czy mogłabym przyjść do klasy Mila i opowiedzieć o zawodzie pisarza.

"W poniedziałek po feriach na 8:00 rano?"

"Tak".

Po prostu rewelacja. Już pal licho tę pierwszą w nowym roku lekcję. Wstawanie rano to był pikuś. Miałam inny problem – o czym z klasą Mila rozmawiać. Odkąd w 2014 roku ukazała się moja pierwsza książka, Messi. Mały chłopiec, który stał się wielkim piłkarzem, odwiedziłam ich… pięć razy. Przychodziłam po premierze większości książek, czytałam fragmenty, dawałam każdemu egzemplarz z imienną dedykacją. O tym, co robi pisarz, wiedzieli doskonale.

No więc jest 6:00 rano. Ciemno, ponuro, wstawać się nie chce. Leżę i myślę, ilu uczniów w ogóle przyjdzie. A jeśli przyjdą, to o czym mówić, żeby mieli z tej lekcji jakiś pożytek. Nigdy nie słyszałam, by ktoś z nich pragnął zostać pisarzem.

I wtedy mnie olśniło.

Czy muszę opowiadać o zawodzie pisarza?! A może całkowicie odwrócę sytuację i powiem, co robiłam, zanim pisarką zostałam?

Zerwałam się z łóżka. Znalazłam zdjęcia z okresu, kiedy byłam szefową TVN Style. W kiosku kupiłam najnowszy numer "Elle" - pisma, w którym przez 9 lat pracowałam jako dyrektorka reklamy. Tak przygotowana punktualnie o 8:00 wkroczyłam do klasy VIII B. Ku mojemu zdumieniu większość ławek była zajęta. Blisko 30 par oczu patrzyło na mnie życzliwie, wśród nich mój 14-letni syn.

"Będzie dobrze" - pomyślałam.

I wiecie co?

To było moje NAJLEPSZE SPOTKANIE ever.

Prawdziwa rozmowa.

Koleżanki i koledzy Mila zadawali mi tyle pytań, że kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, to nie oni wyszli pierwsi, ale nauczycielka. Większość z nich otoczyła mnie wianuszkiem i dopiero kolejna lekcja zakończyła naszą rozmowę.

Na drugi dzień pani od doradztwa napisała do mnie z podziękowaniem i pytaniem, czy nie przyszłabym na takie samo spotkanie jeszcze do VIII A.

'Nie martw się, kochanie' - premiera na festiwalu w Wenecji"Nie martw się, kochanie". Nikt nie mówi o filmie, tylko o dramach

Przyszłam.

I wyszłam z decyzją, że napiszę tę książkę. Pomysł na nią już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie, ale tamtego dnia zyskałam pewność, że jest ogromnie potrzebna.

Że będzie to takie moje małe, prywatne "DORADZTWO ZAWODOWE".

Oto 40 historii ludzi, którzy mieli pasję, za którą poszli i dzięki której robią dziś to, co lubią. Którzy tak długo szukali swojego miejsca na ziemi, aż je znaleźli, i to pomimo faktu, że otoczenie często miewało na nich zupełnie inny pomysł.

Za namową mojego wydawcy jestem wśród nich.

Życzę, byście tak jak my odkryli w sobie pasje i zdolności. Bo co do tego, że każdy z Was je posiada, nie mam żadnych wątpliwości.

Artur B. Chmielewski

naukowiec, inżynier, szef projektów w NASA, kierował 9 misjami kosmicznymi, w tym projektem Rosetta, tata Lucasa i Marcusa. Urodził się 22 marca 1957 roku w Warszawie, mieszka w Pasadenie (Kalifornia, USA)  

Tata chciał zrobić z niego artystę, ale syn zawsze fascynował się kosmosem. I nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie to, że ów tata to znany wszystkim Papcio Chmiel, twórca kultowych komiksów o Tytusie, Romku i A’Tomku (patrz: PAPCIO CHMIEL). A syn? To Artur Bartosz Chmielewski. Od lat mieszka w Stanach Zjednoczonych i należy do ścisłego grona najważniejszych menadżerów NASA, Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. To właśnie Artur nadzorował z ramienia NASA jeden z najistotniejszych projektów badających wszechświat – misję Rosetta, pionierskie lądowanie statku kosmicznego na komecie w 2014 roku.

Kosmosem Artur interesował się od dziecka, a ostatecznie utwierdził się w swej fascynacji 20 lipca 1969 roku. Tego dnia człowiek po raz pierwszy w dziejach postawił nogę na Księżycu (zainspirowany tym wydarzeniem Papcio Chmiel narysował potem pierwszy odcinek słynnego Tytusa – komiksu, którego akcja rozgrywa się w kosmosie). Artur miał wtedy 12 lat. Razem z rodzicami i młodszą siostrą Moniką spędzał wakacje nad jeziorem we wsi Lipczynek. Nikt z mieszkańców Lipczynka nie miał telewizora, więc by obejrzeć relację z Księżyca, rodzina ruszyła na piechotę do najbliższego miasteczka. Po pamiętnym lądowaniu Artur zaczął budować własny statek kosmiczny, czym systematycznie przyprawiał mamę i tatę o palpitacje. Wyobraźcie sobie, że wymykał się nocami na dach czteropiętrowego bloku, w którym mieszkali (błagam, nawet tego nie próbujcie!).

Rozpracowałem kłódkę 12 włazu na strych i z dachu spuszczałem malutkie skonstruowane przez siebie lądowniki. Obserwowałem, jak znoszą lądowanie, i starałem się je ulepszać

– wspomina. Pewnego letniego dnia przerażona mama przyłapała syna na tych eksperymentach i za karę nie pozwoliła oglądać finału Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Meksyku (1970). Bolesna kara, prawda? Zwłaszcza że drugą pasją Artura był – i do dziś jest – futbol.

Miłość dla dorosłychTakiego numeru 1 Netflix sam chyba się nie spodziewał

Chłopak chodził do warszawskiego liceum imienia Królowej Jadwigi. Pasjonowały go matematyka i fizyka. Na innych lekcjach rysował statki kosmiczne, a w wypracowaniach zawsze schodził na temat kosmosu. Straszliwie denerwowało to jego nauczycieli. Kiedyś anglista oddał mu sprawdzian z takim oto komentarzem na czerwono:

Artur, w żadnej ze swoich prac nie trzymasz się tematu. Zawsze kończysz na rozważaniach, czy istnieje życie na Marsie. Od tej pory zero Marsa. W książce nie było NIC o Marsie!

Nasz bohater uwielbiał przedmioty ścisłe z kilku powodów. Zaczęło się od klasycznego nastoletniego buntu przeciwko zapędom rodziców. Artur miał całą rodzinę artystów, a tata regularnie zapisywał go na lekcje malarstwa czy rzeźby albo kupował farby olejne. Wtedy Artur wymyślił, że najlepszym sposobem, by zniechęcić ojca do zrobienia z siebie artysty, będzie oznajmienie mu, że jego miłością jest fizyka. Z czasem jednak naprawdę polubił nauki ścisłe. Zdał sobie sprawę, że świetnie tłumaczą świat dookoła niego – to, jak lata ptak, czemu poci się nasza skóra i dlaczego w zimie jest chłodniej niż w lecie.

Po maturze szykował się do egzaminów na Politechnikę Warszawską, gdy otrzymał niespodziewaną wiadomość: miał szansę na studia w USA na Uniwersytecie Michigan. Decyzja nie była prosta. W Polsce byli kumple, rodzina i patriotyzm. W Ameryce za to była NASA! Wyjechał. Na pierwszym roku wybrał kursy tylko z matematyki, chemii i fizyki, ale i tak bał się, czy poradzi sobie z angielskim. Profesor matematyki zaproponował mu indywidualny tok studiów, a na zaliczenie dał do samodzielnego przeczytania materiał z książki. Artur ślęczał nad nim 3 tygodnie. Gdy przyszedł dzień zaliczenia, okazało się, że chłopak coś źle zrozumiał i zamiast dwóch przerobił… wszystkie rozdziały w książce. Materiał nie wydawał mu się trudny, bo w Polsce wymagało się w szkole dużo więcej niż w USA. Miał też mniej zajęć, ponieważ w Ameryce wolne były i soboty, i niedziele, podczas gdy u nas soboty były wtedy pracujące. Profesor nie mógł wyjść z podziwu, że jego student przerobił tyle w tak krótkim czasie. Poradził, by Artur zdał egzamin z całej książki, a on zaliczy mu wszystkie trzy semestry matematyki naraz. Tak też się stało.

Artur ukończył inżynierię mechaniczną na Uniwersytecie Michigan oraz informatykę na Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC). Cały czas marzył o pracy w NASA, a konkretnie w Jet Propulsion Laboratory (JPL, czytaj: dżet propalszyn laboratory), Laboratorium Napędu Odrzutowego, słynącym między innymi z lądowań na Marsie. Problem tkwił jednak w tym, że JPL przyjmowało wyłącznie ludzi z doktoratem. Artur go nie miał, więc jego kandydatura była regularnie odrzucana. Nie zrażał się i konsekwentnie aplikował dalej. Wreszcie, podczas kolejnej rozmowy rekrutacyjnej, okazało się, że NASA poszukuje akurat kogoś, kto potrafi projektować nie tylko sondy i statki kosmiczne, ale także samochody elektryczne. Spytano Artura, co wie o takich samochodach. "Wszystko. Każdą wakacyjną praktykę odbywałem w fabryce Forda w królestwie samochodów, jakim jest Michigan" – odparł zgodnie z prawdą. "Od jutra masz u nas pracę" – usłyszał w odpowiedzi.

Rezultat? Artur od lat jest wysokiej rangi menadżerem misji kosmicznych w NASA. Koordynował aż 9 z nich. Obecnie kieruje misją Oasis, która z orbity ziemskiej będzie szukała wody pod powierzchnią pustyni Sahara. Każda misja kosmiczna to nie lada przedsięwzięcie. Przygotowania do niej trwają po kilkanaście lat, wymagają współpracy setek osób, a koszt dochodzi nawet do 10 miliardów dolarów (ponad 40 miliardów złotych). Bułka z masłem? Dla Artura B. Chmielewskiego akurat tak.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Red Lipstick Monster - Ewa Grzelakowska-Kostoglu

Youtuberka, influencerka, wizażystka, kosmetolożka. Jako pierwsza Polka osiągnęła milion subskrybcji na YouTubie. Autorka książek "Tajniki makijażu", "Tajniki diety" i "Tajniki paznokci". Urodziła się 3 lutego 1986 roku w Elblągu.

Zobacz wideo Red Lipstick Monster o makijażowych wpadkach gwiazd

W dzieciństwie Ewa, jak większość małych dziewczynek, uwielbiała podbierać mamie kosmetyki i eksperymentować z nimi przed lustrem. Fascynacja rzeczami mamy minęła jednak z chwilą, gdy w Elblągu otwarto pierwszy empik. Trzynastoletnia Ewa natrafiła w nim na czasopisma o tatuażu i kolczykowaniu ciała, czyli piercingu. Były jak olśnienie. Zobaczyła, że gdzieś tam, w świecie, są ludzie, którzy wyrażają siebie na niezwykłe sposoby i wcale się tego nie obawiają. Odtąd regularnie przychodziła do empiku i czytała kolejne czasopisma, także te o modzie i kobietach. Zapragnęła wyglądać inaczej niż wszyscy. Zaczęła nosić dredy i czerwone włosy. Została wegetarianką, toczyła dyskusje o prawach człowieka i – w przeciwieństwie do koleżanek – wcale nie zależało jej, by podobać się chłopakom. Za swoją odmienność zapłaciła wysoką cenę: stała się klasowym outsiderem. Nie tylko zresztą klasowym. "Było ciężko" – wspomina po latach.

Zdarzało mi się być oplutą na ulicy. W Elblągu bycie innym oznaczało status kosmity. Wszyscy mieli wyglądać tak samo. Wszędzie, w szkole czy na osiedlu, nie było bezpiecznego miejsca, wolnego od oceny.

Przez całe liceum Ewa była przekonana, że pójdzie na studia techniczne. Jej tata pracował w sektorze budowlanym, starszy brat był konstruktorem. Ona także lubiła nauki ścisłe. Tymczasem czytane w empiku magazyny sprawiły, że zrezygnowała z bycia inżynierem. Była dobra z angielskiego, więc po maturze poszła na filologię angielską – studia poświęcone językowi i kulturze krajów anglojęzycznych. Nie minął miesiąc, jak zrozumiała, że to nie dla niej. Mama postawiła sprawę jasno: córka albo studiuje, albo pracuje. Ewa, która już w czasach liceum zarabiała, roznosząc ulotki, zaczęła szukać tymczasowej pracy. Tyle że nikt nie chciał zatrudnić dziewczyny z czerwonymi dredami. W takiej sytuacji Ewa stworzyła sobie pracę… sama. Została pierwszą piercerką w Elblągu. Wówczas w mieście uszy przekłuwała tylko jedna kosmetyczka. Nasza bohaterka z tygodnia na tydzień była coraz lepsza, miała coraz więcej klientów. Ciągle się dokształcała, śledząc fora internetowe dla profesjonalnych piercerów z całego świata. By zdobyć wiedzę o skórze i funkcjonowaniu ludzkiego ciała, postanowiła iść na studia kosmetologiczne we Wrocławiu. Okazały się strzałem w dziesiątkę. Ewa cieszyła się, że może się uczyć. Koleżanki lubiły sposób, w jaki tłumaczyła im zawiłe tematy. Pomyślała, że mogłaby szkolić innych, na przykład prowadzić warsztaty dla firm. Po skończeniu kosmetologii poszła jeszcze na pedagogikę. Oba kierunki ukończyła z jednymi z najlepszych wyników. Jednocześnie przez całe studia pracowała jako kosmetolożka w gabinetach kosmetycznych i piercerka w studiach tatuażu.

Makijażem Ewa zainteresowała się w czasie studiowania kosmetologii. Zawsze tylko podziwiała pięknie umalowane koleżanki, sama zmagała się z trądzikiem różowatym. W końcu postanowiła ukryć różowe plamy na twarzy i kupiła pierwszy w życiu podkład. Plamy ukryła, ale ostateczny efekt ją rozczarował – twarz miała teraz inny kolor. Rozpoczęła poszukiwania podkładu idealnego. I wtedy zrozumiała, że makijaż to temat rzeka, a wszystkiego uczymy się za sprawą własnych eksperymentów. Na YouTubie odkryła dziewczyny, które miały świetne makijaże i kamerką w komputerze nagrywały tutoriale. Zaciekawiona, kto w Polsce "robi internet", poszła na konferencję dla blogerów i youtuberów. Ich świat zachwycił ją do tego stopnia, że zapragnęła założyć własny kanał na YouTubie. Nie miała jednak dość odwagi.

W decyzji pomógł Ewie Wojtek, jej chłopak (dzisiaj mąż). "Skoro tak ci się to podoba, spróbuj. Zawsze chciałaś uczyć. Czemu nie w ten sposób?" – powiedział. No i Ewa spróbowała. Stworzyła własny kanał, który – po burzy mózgów z Wojtkiem i znajomymi – nazwała przekornie „Red Lipstick Monster" (dosłownie: potwór z czerwoną szminką). Wymyśliła niesztampowe logo, odpaliła pierwsze filmiki. Po 3 miesiącach kanał wypatrzyli specjaliści z Google’a, do którego należy YouTube. Zabrali Ewę na szkolenia do Londynu, gdzie wraz z innymi polskimi youtuberami uczyła się technicznego zaplecza YT: jak kręcić, jak montować czy jak tytułować filmy. I tak to się zaczęło.

Dziś Ewa jest uważana za najważniejszą polską influencerkę branży beauty. Była pierwszą Polką, która przekroczyła próg miliona subskrypcji na YouTubie. Jej kanał ma ich obecnie 1,5 miliona. Tyle samo osób obserwuje Ewę na Instagramie. Napisała 3 bestsellerowe książki o makijażu, DIY i paznokciach. Czemu zawdzięcza swój sukces? Każdy, kto ją zna, nie będzie miał wątpliwości. Ewa nie powiela żadnych schematów i jest wyjątkowo autentyczna w opowiadaniu o tym, co kocha, czyli o makijażu i pielęgnacji. Zresztą sama zawsze powtarza, że "jeśli nie ma autentyczności, to choćby najpiękniejsza osoba na świecie zrobiła najpiękniejsze wideo, nikt nie będzie chciał go oglądać". A ja się z tym całkowicie zgadzam.

<<Reklama>> Ebook "Oni są super!" jest dostępny na Publio.pl >>

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: