"Zawsze kogoś wku****sz". "Johnny. Powieść o ks. Janie Kaczkowskim" [FRAGMENT]

Prawdziwa historia przyjaźni księdza Jana Kaczkowskiego, łamiącego stereotypy charyzmatycznego duchownego, i Patryka Galewskiego, recydywisty, a dziś szefa kuchni, chwyta za serce i inspiruje. Przedstawiamy fragment książki "Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim" autorstwa Macieja Kraszewskiego. Już 23 września do kin trafi film o Janie Kaczkowskim, który również będzie nazywał się "Johnny".

Ks. Jan Kaczkowski, niezwykły dziwak, traktowany lekceważąco przez ważne eminencje, miał podejście do młodych gniewnych. Angażował chłopaków z zawodówki, na pozór twardych buntowników, do pomocy chorym. Działając często w niekonwencjonalny sposób, jaki nie przystoi księżom, zjednywał serca i zyskiwał popularność. Powieść Macieja Kraszewskiego to historia wywrotowej przyjaźni, która nie miała prawa się wydarzyć, a zdarzyła się naprawdę. To pełna autentycznych emocji opowieść o życiu, które daje w kość, o wierze, który czyni cuda, i o przyjaźni, która może zmienić życie.

Wiesław GołasŚwiderski kopał Gołasa na scenie. Holoubek poradził mu: Oddaj [FRAGMENT]

Maciej Kraszewski, "Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim" - fragment książki

Zanim się rozwinę, chcę ostrzec, że czasami będę się wyrażał. Ale nie wyciągajcie z tego pochopnych wniosków. Po prostu czasem nie można inaczej.

Tak już jest, że zawsze kogoś wkurwisz. Wkurwisz, gdy wygrasz, gdy przegrasz, gdy masz górę hajsu, ładną pannę. Wkurwisz, gdy wśród smutnych ryjów tylko twój będzie uśmiechnięty. I to jest trochę wkurwiające, ale czasem wkurwienie jest nawozem pod coś dobrego. W moim Pucku, aby przetrwać, musisz być „swój", ale jeśli chcesz coś znaczyć, to najpierw musisz się konkretnie wkurwić. Nawet jeśli jesteś świętym.

Za chwilę uczczę mojego świętego. I za chwilę bardzo wielu ludzi się wkurwi, bo odpalenie petardy na sopockim Monciaku jest przegięciem.

Szczególnie o siódmej rano w niedzielę.

Jednak zanim sięgnę do plecaka, dopadnie mnie jedna odkrywcza refleksja.

Gdyby ktoś mnie zapytał, jaka rzecz jest symbolem moich życiowych wyborów, to odpowiedziałbym, że petarda. Bo moja kariera przestępcy rozpoczęła się od włamania do kiosku z petardami i fajerwerkami. Miałem dwanaście lat, gdy wlazłem na dach tej cholernej budki. Dach się załamał i moje chude dupsko wylądowało na stercie różnych "urwirączek". Nie byłem w stanie się stamtąd wydostać, a kumple dzielnie zwiali. Uwolnili mnie gliniarze, ale tylko po to, aby za chwilę mnie zamknąć. Przez petardy zostałem przestępcą, aż pewnego dnia poznałem kulawego i prawie ślepego klechę, którego najsłynniejszym tekstem jest ten o życiu na pełnej petardzie. Bomba, prawda? Teraz stoję pod kamienicą, w której ksiądz Jan Kaczkowski mieszkał i w której umarł. Okno w jego pokoju jest uchylone. Sopot jeszcze śpi.

Podwijam rękawy, wyciągam z plecaka petardę, ale zamiast ją podpalić, patrzę na moje przedramię pokryte tatuażem, który kiedyś był bezczelną deklaracją. Teraz jest piętnem, które postanowiłem zachować, abym zawsze pamiętał, kim kiedyś byłem.

Pamiętam. Nazywam się Patryk Galewski, a to, co wam opowiem, zdarzyło się naprawdę.

Więcej ciekawych fragmentów książek znajdziesz na stronie Gazeta.pl >>

(….)

Jak już cię złapią i zamkną, życie staje się proste. Stałe godziny żarcia, spacerów, wożą cię na przesłuchania. Kładziesz się spać o stałej porze. I masz dużo czasu na rozkminy. Nigdy nie przyznałbym się wtedy do myśli, które mnie dopadały. Obolały, bez szans na znieczulenie alkoholem albo blantem, leżałem na koju i dociekałem. Czy dostanę zawiasy? Czy rodzina znowu będzie zbierać hajs na grzywny, na adwokata? A jeśli mnie wypuszczą, to co będę robił? Zapierdol bez umowy na jakiejś budowie? Z takimi jak ja? Chlanie, ćpanie, w końcu znowu dawni kumple, kolejne jumy i znowu pierdel? W głębi duszy czułem się jak śmieć. Nie wiedziałem jednak, że inne życie jest możliwe. Jest, ale tylko z innymi ludźmi. W innym miejscu. I trzeba coś potrafić, mieć jakiś fach, jakieś papiery. Trzeba mieć jakiś pomysł. Trzeba mieć kasę.

Byłem nikim, czułem się nikim, a jednocześnie bardzo, bardzo tęskniłem za innym życiem. Za czymś, czego nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, ale przeczuwałem, że gdzieś jest. Musi być. Zwinięty w kłębek, odwrócony do ściany – aby nikt mnie nie zobaczył – po prostu płakałem jak dziecko. Nie potrafiłem tego powstrzymać.

Czy istnieje dobro? Takie dobro, które idzie tam, skąd wszyscy uciekają? Takie, które przytuli i powie: "Nie zostawię cię. Wierzę w ciebie. Nie bój się!".

Głowę dam sobie uciąć, że podobne myśli ma większość osadzonych. Ale żaden z nich się do tego nie przyzna. Nigdy. Tutaj wzruszenie, łzy to informacja, że jesteś słaby i można, a nawet trzeba cię gnębić. Więc siedzisz jak twardziel w towarzystwie samych twardzieli.

I ci twardziele przywitali mnie z honorami, jak kogoś z rodziny, kto wyskoczył tylko na chwilę. Jako kandydat do grypsującej elity miałem przywileje, które pozwalały mi się zrelaksować. Paradoksalnie, właśnie kiedy mnie zamknęli, przestałem być nikim.

Tymczasem ksiądz Jan Kaczkowski miał być nikim w moim miasteczku. Ważne eminencje uznały, że takiego uszkodzonego klechę trzeba gdzieś ukryć. Ledwo łazi, ledwo widzi. To obciach, co nie? Do tego był megamocny w gadce, a to już groźne. Więc – wypad z zajebistego Sopotu do jakiejś dziury! Szczęść Boże! Wtedy jeszcze go nie znałem, ale ludzie mówili, że nasz proboszcz przyjął sepleniącego dziwoląga. Olewali go. No wiecie – był, bo był. Siedział w konfesjonale jak ja w swojej celi i za kratką widział tylko pustą przestrzeń.

Tylko że ja miałem przynajmniej towarzystwo. Wybitni recydywiści, szanowani zwyrodnialcy, autorytety niemoralne. Penitencjarna arystokracja, do której mnie zaproszono. Tak, byłem z tego dumny. Tak jak dumny był ze mnie mój ojciec, który po skoku na budkę z petardami zaprowadził mnie na spotkanie ze swoimi kumplami – recydywistami. Chwalił się mną, jakbym co najmniej wygrał olimpiadę matematyczną. Wódki nawet dziecku nalali. Zrozumiałem, że na szacunek trzeba zapracować. Więc budowałem swoje CV, głównie kradnąc.

Robert Makłowicz"Czy ja dobrze widzę, że w obsadzie jest Robert Makłowicz? TAK!!!"

Tu muszę wyjaśnić, że Puck nie jest zbyt bogatym miejscem. Owszem, mamy paru lokalnych szejków, ale w małym miasteczku wszyscy się znają, więc w razie wpadki nawet nie trzeba robić portretów pamięciowych. Gliniarze mnie znali, mieli też trochę moich zdjęć, więc ryzyko wtopy było duże. Ale lato w Pucku to ocean możliwości. Nagle roiło się od turystów, liczba mieszkańców robiła się chyba cztery razy większa. Ja szczególnie czekałem na przyjazd kolonistów. Cała masa dzieciaków z Warszawy i innych dużych miast wypełniała szkoły, pensjonaty, ośrodki wczasowe. Spora część lądowała na polach namiotowych. Należało poczekać parę dni, poobserwować teren, zapamiętać pory aktywności, ogarnąć trasy ucieczki i takie tam. Od razu było widać, czy grupa jest zasobna w atrakcyjne dla mnie rzeczy. Wtedy szedłem na nocne żniwa. Zdejmowałem ze sznurków wszystkie te markowe ciuchy, dżinsy, bluzy, koszulki. Świeże, wyprane i w hurtowych ilościach. Część już następnego dnia miałem na własnej dupie, resztę upłynniałem. Pieniądze zamieniałem na butelki z zawartością rozweselającą i śmieszne papieroski. No i grać lubiłem na automatach. Gdy środki się kończyły, nawiedzałem z kumplami pokoje, namioty, przyczepy, a tam – buty, sprzęt, telefony i komputery aż wyciągały do nas rączki! A my do nich. Ale nie tylko z kolonistów porządny złodziej żyje. Były jeszcze odpusty – namacalny dowód na to, że Bóg kocha wszystkich, także złodziei. Szczególnie wzmacniający tę wiarę był odpust Piotra i Pawła. Odpustowi biznesmeni przyjeżdżali wypełnionymi po dachy samochodami, by sprzedawać badziew, który tylko tego dnia schodził jak lawiny w Himalajach. Świecące zielonkawym światłem Chrystusy na krzyżu, gumowe diabły pokazujące język po naciśnięciu, czerwone lizaki wielkości kołpaka, cukierki, pierniki, wodne pistolety z wizerunkiem Rambo. Szydło, mydło i powidło. Królowie odpustów przyjeżdżali nawet z odległych miejsc, aby zrobić szybką kasę. I przy okazji dostać odpust. Już dzień przed wydarzeniem pojawiali się, aby zająć najlepsze miejsca, i siedzieli w tych swoich autach dzień i noc. Ale czasami musieli wyjść za potrzebą, a czasami po prostu spali. A wtedy ja z kumplami dokonywałem przekształceń własnościowych. Zupełnie jak w Halloween – cukierek albo kasa. Z tą różnicą, że darczyńca nie wiedział, że jest darczyńcą, a jak już się dowiedział, to nie był zbyt wesoły.

Ksiądz Kaczkowski nie pojawiał się na odpustach. Nie był fanem takich religijnych imprez, ale też nikt go tam nie zapraszał. Tak naprawdę nigdzie go nie zapraszali.

Oczytany, wygadany, ładnie pachnący, no i obcy. W Pucku, jeśli nie jesteś swój, to za bardzo nie pogadasz. Nie że cię nie lubią czy że są niemili. Po prostu długa jest droga do kaszubskich serc, a ksiądz Jan był na samym jej początku. Dziś wiem, że całe życie miał pod górę, więc się nie załamał. Poszedł tam, dokąd nikt nie chciał chodzić.

<<Reklama>> Ebook i audiobook "Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim." jest dostępny na Publio.pl >>

Maciej Kraszewski, 'Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim'Maciej Kraszewski, 'Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim' Wydawnictwo Agora

Zobacz wideo Dawid Ogrodnik jako Jan Kaczkowski. Byliśmy na planie filmu "Johnny"

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: