Jak to się zaczęło? "U mnie wystarczyło wyjść na klatkę schodową z dyktafonem, żeby nagrać dialogi jak do 'Kiepskich'"

Jak doszło w ogóle do tego, że powstał "Świat według Kiepskich" - najdłużej emitowany polski sitcom? Opowiadają o tym - i nie tylko - aktorzy, scenarzyści i producenci w książce, której fragment publikujemy.

Jakub Jabłonka, Paweł Łęczuk "Świat według Kiepskich. Zwariowana historia kultowego serialu Polsatu" - fragment:

Bogusław Chrabota, dyrektor programowy i szef publicystyki telewizji Polsat w latach 1994-2004: W Polsacie pojawiła się ekipa młodych ludzi z Wrocławia oddelegowana przez Tomka Kurzewskiego. Zamierzała przedstawić propozycję programu. Aleksander Myszka prosił mnie, żebym się z nimi spotkał i porozmawiał. Przynieśli nagranie programu muzycznego o nazwie "Pałer". Obejrzałem z nimi ten program, ale nie rzuciło mnie to na kolana. Była to estetyka, która absolutnie nie trafiłaby do publiczności Polsatu – zbyt ekstrawagancka i ekstremalna. Ja to skrytykowałem, a oni nie byli specjalnie przygotowani na taką reakcję. Ktoś jednak zadał pytanie:

– To czego oczekujecie?

I ja wtedy bez namysłu, trochę improwizując, powiedziałem:

– Chcielibyśmy na przykład polską wersję Bundych!

Bo serial "Świat według Bundych" święcił wówczas triumfy na antenie Polsatu. Ich to zaciekawiło. Powiedzieli:

– Okej, to my spróbujemy się z tym zmierzyć.

Zobacz wideo Z sitcomów na oscarowe gale. Kariery genialnych aktorów czasami zaczynają się w telewizji

Tomasz Kurzewski, większościowy właściciel ATM Grupa S.A.: Kiedy już dostałem się do pokoju prezesa Myszki, zapytałem wprost, czy to, co usłyszałem, jest prawdą, i czy mogę stanąć w konkury. W odpowiedzi usłyszałem, że pan prezes bardzo mnie lubi, że "Telewizyjne biuro śledcze" to świetny produkt, ma swoją widownię, są tam nawet reżyserowane sceny, ale szczerze, to nie mam szans na wyprodukowanie serialu, który przebiłby produkcję panów podsłuchanych na korytarzu. Kolokwialnie mówiąc, spuścił mnie na drzewo. W mojej głowie jednak zaczęło już coś tykać. Prosto od prezesa poszedłem do Basi Trzeciak-Pietkiewicz, którą znałem jeszcze z Telewizji Wrocław, a która teraz pełniła funkcję Dyrektor Programowej w Polsacie.

– Basiu, co to jest właściwie ten sitcom? – zapytałem jak w amoku, na co ona uśmiechnęła się tylko i odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Tomek, nie oglądałeś "Świata według Bundych"? Pół Polski się z tego śmieje.

Zdębiałem. Faktycznie, coś takiego chodziło w telewizji, ale nigdy nie zawiesiłem na tym oka. Kiedy drążyłem temat, prosząc o wytłumaczenie mi prawideł tego serialowego formatu, powiedziała, że w każdym odcinku dzieje się osobna historia, a najlepiej, żebym pooglądał sobie w telewizji i przestał już jej zawracać głowę. Zdawałem sobie sprawę, że jeżeli mam kuć żelazo, to czasu jest mało – inni zapewne już piszą scenariusze. Zbiegłem kilka pięter w dół, na tak zwaną emisję, i poprosiłem o pożyczenie paru odcinków Bundych, obiecując z ręką na sercu, że za tydzień oddam. Całą drogę do Wrocławia rozmyślałem, jak i z kim to wszystko teraz zacząć szyć. Na tylnym siedzeniu auta w kolorowej reklamówce wiozłem dwadzieścia kaset VHS z odcinkami "Świata według Bundych". W domu wraz z małżonką urządziliśmy sobie trzydniowy seans. Obejrzeliśmy przywiezione odcinki kilkukrotnie. Dorota zachowywała zdrowy dystans. Moja potrzeba wskoczenia do zupełnie nowego dla mnie serialowego tramwaju i wykorzystania szansy nie gasła.

Po kilku dniach wróciłem do Warszawy i poszedłem prosto do Bogusława Chraboty, żeby mu wiercić dziurę w brzuchu i podpytać, co zrobić, by stanąć do konkursu na sitcom. Zaproponował, żebym przywiózł rozpisany pomysł i najlepiej scenariusz przynajmniej jednego odcinka polskiej wersji Bundych. Jak będzie dobry, obiecał, to pomoże mi przekonać prezesa Myszkę, by dołączono mnie do konkursu. Pomyślałem: jest dobrze, przecież kreatywnych ludzi, którzy potrafią wymyślić scenariusz sitcomu, mam na pokładzie firmy. To Janusz Sadza, Igor Nurczyński i Roman Rega – czyli załoga, która tworzyła muzyczny program "Pałer". I tak to się zaczęło.

Magda MołekDziennikarka z "Wielkiej wody" była wzorowana na młodej Magdzie Mołek

Rozdział 2 Trzeba napisać sitcom!

Anna Skowrońska, kierowniczka produkcji i współproducentka: Przedsięwzięcie o nazwie "Świat według Kiepskich" zapoczątkowali ludzie skupieni wokół dwóch różnych projektów realizowanych we Wrocławiu. Pierwszym był program muzyczny "Pałer" nagrywany przez ATM dla TV Polonia. Drugim była, w pewnych kręgach uznawana za legendarną, formacja Mader Faker Studio. Oczywiście w ciągu lat do ekipy współtwórców serialu dołączyło bardzo wielu wspaniałych i ważnych ludzi. Mam na myśli zarówno tych, którzy wzięli w swoje ręce stery serialu, jak i tych, którzy ubarwiali go tylko epizodycznie. Uwierzcie mi, lista jest bardzo długa.

(...)

Igor Nurczyński, scenarzysta: Jest mniej więcej pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, wówczas po raz pierwszy pojawiam się w gmachu wrocławskiej policji przy placu Muzealnym we Wrocławiu, gdzie na drugim piętrze siedzibę ma ATM. Poniżej mieści się Klub Policyjny "Śnieżka", gdzie podają najlepszego śledzia po japońsku w mieście. To był czas, kiedy zaczynałem dzień od tego właśnie specjału. W ATM-ie pracowało kilku niezwykle zdolnych i jeszcze wtedy młodych ludzi. Właśnie w tym budynku, być może nawet przy śledziach, zrodził się pomysł realizacji Magazynu Wibracji Muzycznych Pałer. Wymyśliliśmy go wspólnie z Romkiem Regą, absolutną legendą wrocławskiej bohemy muzyczno-dziennikarskiej. Romek był niesamowicie barwną i charyzmatyczną postacią, związaną z niezależną telewizją Echo, gdzie prowadził program "Echo Trip" poświęcony muzyce under-groundowej. Miał niezwykły tembr głosu, a kamera go wprost kochała. Wkrótce zaproponował, że dobrze byłoby mieć w szeregach Pałera lotnego człowieka, reportera, który relacjonowałby ważne wydarzenia muzyczne. Tym reporterem został Janusz Sadza, który później miał ogromny wpływ na powstanie serialu "Świat według Kiepskich".

Tomasz Kurzewski, większościowy właściciel ATM Grupa S.A.: Po powrocie z Polsatu zacząłem intensywnie myśleć – ale nie jak twórca, tylko jak przedsiębiorca. Dowiedziałem się, ile realnie pozostało czasu do emisji gotowych odcinków – nie pytajcie, cholernie mało. Zwołałem ekipę i mówię:

Słuchajcie, nie będziemy kombinować, idziemy na skróty, piszemy polską wersję 'Świata według Bundych', który odniósł sukces na świecie. Nie zrzynamy pomysłu, ale się nim inspirujemy. Musimy stworzyć historię osadzoną w polskich realiach, które, jakie są, sami wiecie.

Podpisałem z chłopakami stosowne umowy na zamówione scenariusze i poszło.

Janusz Sadza, scenarzysta: Pamiętam naradę w ATM-ie, którą zwołał Tomek Kurzewski po powrocie z Warszawy. Od razu przeszedł do sedna:

– Panowie, mam cynk z Polsatu. Trzeba napisać sitcom.

– Co? – Chyba wszyscy słyszeli to słowo po raz pierwszy.

– Taki serial. Sam nie wiem dokładnie, co to jest. Podrzucam wam pomysł. Musimy zrobić trzy odcinki pilotażowe i potem się zobaczy, co dalej – wyjaśnił Tomek.

– Okej. Ale o czym? – zapytałem nieśmiało.

– Sadzek! O życiu! – Tomek mówił na mnie Sadzek.

– O życiu po życiu? W pożyciu czy takim… prawdziwym? Normalnym? – dopytywałem.

– Nie wiem. Ma być śmiesznie! – uciął temat Tomek.

Mam szacunek do Kurzewskiego, bo zachował się jak capo di tutti capi. Nie chciał nas zostawić na lodzie po zakończeniu Pałera.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Igor Nurczyński, scenarzysta: Wiedzieliśmy co, ale nie wiedzieliśmy jak. Wiele tygodni trwały dyskusje i wybieranie pomysłów w gronie Janek, Romek i ja. Nikt z nas wtedy nie miał pojęcia, jak robi się serial. Pomogła nam logika. Zanim zaczęliśmy szukać inspiracji, ustaliliśmy, że trzeba stworzyć postaci i nadać im jakiś charakter. Chcieliśmy, żeby były bardzo wyraziste, wręcz przerysowane. Powinny mieć swój rozpoznawalny kształt, mówić swoim językiem i poruszać się w jakimś oryginalnym obszarze, gdzie mogłoby dochodzić do różnych zabawnych sytuacji, ale takich, które mogą się zadziać tylko w tym jednym miejscu. Rozmawialiśmy o tym godzinami.

Jan i Maria Peszek podczas spektaklu w Teatrze im. Osterwy w Lublinie, 2002 rokPeszek: Kompletnie mnie nie uczą porażki, tylko ciągle mam głupią nadzieję

Janusz Sadza, scenarzysta: "Świat według Bundych" oglądałem namiętnie, ale nie miałem pojęcia, że jest określany słowem "sitcom". Chłonąłem każdy odcinek o perypetiach tej pojechanej rodzinki, zafascynowany do tego stopnia, że byłem gotów za własne pieniądze pojechać do twórców po autograf. Podobała mi się układanka tego serialu, to, na czym on polega. Na czele rodziny stoi Al. Jest, jaki jest, ale codziennie idzie do roboty i zapewnia wszystkim michę. A jego żona jest pindunią, która doprowadza go do zawału. I ten gość po prostu musi to ogarnąć, plus debilne bachory. No więc przyszło mi do głowy, że u nas będzie inaczej: chłop nie przynosi kasy do domu, tylko ją wynosi, a na rodzinę zarabia kobitka.

Igor Nurczyński, scenarzysta: Miejscem, które stało się naszym wzorcem oraz miało kolosalne znaczenie podczas kształtowania formatu Kiepskich, był tak zwany wrocławski Trójkąt Bermudzki. Dzisiaj ta część miasta robi się ekskluzywna, ale w latach dziewięćdziesiątych stały tam kamienice, w których przed wojną były wielkie mieszkania po dwieście metrów kwadratowych. Komuna je najzwyczajniej w świecie podzieliła, wskutek czego na jednym piętrze mieszkały po trzy lub nawet cztery rodziny, ale toaleta była jedna. W tamtym czasie bardzo często odwiedzałem przyjaciela w takim właśnie lokalu przy ulicy Mierniczej, a Janusz Sadza mieszkał tuż obok, przy Więckowskiego, więc doskonale czuł te realia. Przeniesienie tego świata i polskich problemów lat dziewięćdziesiątych z tej okolicy do serialu stało się sprawą naturalną. Wszyscy byliśmy zgodni, że to świetny pomysł.

Janusz Sadza, scenarzysta: Od razu przed oczami stanął mi mój Trójkąt Bermudzki, miejsce we Wrocławiu, w którym mieszkam do dziś. Wprowadziłem się tam w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy okolicę zamieszkiwali Cyganie. Piętro wyżej żyła słynna rodzina. Do dziś pamiętam ich królową – Matkę i jednocześnie Babkę… Przyjeżdżali do niej pobratymcy z całej Europy. Czasami robili zupę na podwórku w wielkim kotle. Pośród tego romskiego kolorytu mieszkało sporo meneli, a nawalanki w stylu chłop goni babę z siekierą, wyzwiska i policję mieliśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pomyślałem sobie, przecież nie będę robił kolejnego odpicowanego, przesłodzonego "Klanu". O życiu normalnym miało być. U mnie wystarczyło wyjść na klatkę schodową z dyktafonem, żeby nagrać dialogi: "Ja cię, kurwa, podam do sądu! Koniec! Albo idziesz do roboty, albo spotkamy się u adwokata!". Sorry za słownictwo, ale to są prawdziwe cytaty.

– I mamy prozę życia, Tomek, "rodzina słowem silna"! Co ty na to? – zaprezentowałem pomysł prezesowi.

Nie wahał się ani chwili.

– Pisz scenariusz. Robimy to!

Spotkałem się z Igorem i Romkiem.

– Chłopaki, chciałbym napisać serial o polskiej rodzinie z mojej parafii, czyli z Trójkąta Bermudzkiego – mówię. – Głową rodziny jest ona, a on to pijaczek-cwaniaczek. Do tego mają dwójkę bachorów. Ale uważajcie, on nie jest do końca debilem. Na swoją ligę jest nawet mistrzem. To gość, który chce, tylko mu się po prostu nie udaje, tak jak większości z nas. Słuchajcie dalej…

Gadam tak do nich, gadam – i wtedy mnie olśniło. Przecież do tego projektu trzeba włączyć jeszcze jedną osobę. Geniusza! Aleksandra Sobiszewskiego!

Tomasz Kurzewski, większościowy właściciel ATM Grupa S.A.: Znałem się dobrze z Aleksandrem Sobiszewskim, aktorem, mimem i scenarzystą na co dzień związanym z Wrocławskim Teatrem Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego, człowiekiem obdarzonym niebywale abstrakcyjną wyobraźnią, w którym widziałem główne działo kreatywne nowego projektu. Totalnie wariackie pomysły scenariuszowe Sobiszewskiego miałem okazję poznać na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pod szyldem kolektywu pod sympatycznie brzmiącą nazwą Mader Faker Studio powstało kilka pojechanych filmów. Jeden z nich, na prośbę mojego ówczesnego wspólnika Marka Myszczyńskiego, wyprodukowałem. Była to "Git Planeta" – opowieść o Git Ludziach zamieszkujących Git Planetę w latach siedemdziesiątych, którzy żyli z niezłomną wiarą, że byli, są i będą. Obraz mocno alkoholowy, taka estetyczna rzeźnia, forma przegięta w każdą możliwą stronę. Ten film można dziś znaleźć w internecie, jednak ostrzegam, jeżeli go włączycie, to na własną odpowiedzialność, i dobrze, żeby nie było przy tym dzieci. Innym obrazoburczym dziełem Alka była parodia telewizyjnych spotów reklamowych, które po tym, jak wyzwoliliśmy się z komuny, zaczęły nas atakować ze zdwojoną siłą i wciskać nam wszystko, co niepotrzebne. Alek szybko dostrzegł absurdalność nowej rzeczywistości i napisał scenariusz do reklamy paszy dla księży o nazwie Kon Kor Diet. Ze spotu reklamowego, który wisi sobie na YouTubie (niewykluczone, że po publikacji tej książki zostanie zbanowany), można się dowiedzieć, że Kon Kor Diet to zestaw niezbędnych soli mineralnych i witamin, który sprawia, że kapłani wyglądają zdrowo. Następnie polecane są przepyszne suszone brykiety Kon Kor Diet w poręcznych plastikowych worach po trzydzieści pięć kilogramów. Film zwieńcza hasło: "Kon Kor Diet – karmcie kler każdego dnia!". Jeszcze raz podkreślam, że nie namawiam, jednak obejrzenie wyżej wymienionych produkcji może pomóc w zrozumieniu, jakie cudowne świry wzięły się do realizacji pomysłu na "Świat według Kiepskich".

Książka ukazała się 12 października 2020 roku nakładem wydawnictwa SQN.

Świat według Kiepskich - okładkaŚwiat według Kiepskich - okładka mat. prasowe

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: