Po śmierci Kurta Cobaina nie umiał grać dalej. Pomógł mu przypadkowy autostopowicz [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Dave Grohl w autobiografii, która ukazuje się 9 listopada 2022 roku, w swoim stylu - i z ogromnym poczuciem humoru - wspomina swoją pierwszą trasę koncertową z zespołem Scream, opowiada o czasie spędzonym w Nirvanie i tragicznym końcu zespołu związanym ze śmiercią Kurta Cobaina, o powstaniu Foo Fighters, o graniu z Iggym Popem, tańczeniu z chłopakami z AC/DC, a także życiu rodzinnym, zwłaszcza bliskiej relacji z trzema córkami. Publikujemy fragment książki "The Storyteller. Opowieści o życiu i muzyce".

Wiedziałem, że nadejdzie dzień, kiedy będę musiał zrobić ten krok, zacząć nowe życie po roku żałoby, ale nie byłem przygotowany na to, że katalizatorem będzie taka propozycja. Odłożyłem słuchawkę. Stałem w reżyserce z gitarą przewieszoną przez szyję. A potem wróciłem do tego, co przerwał mi telefon: do nagrywania piosenek, które miały się stać pierwszym albumem Foo Fighters, choć wtedy nie miałem o tym pojęcia.

Kurt CobainRozbita gitara Kurta Cobaina trafiła na aukcję. Cena? Może zaskoczyć

Po śmierci Kurta byłem zagubiony. Wszyscy byliśmy. Nagle zawalił się świat. Tkwiliśmy w ciemnym tunelu i trudno nam było znaleźć drogę do wyjścia i otrząsnąć się ze smutku i poczucia straty. A przez to, że Kurta, Krista i mnie łączyła muzyka, każda muzyka nabrała słodko-gorzkiego smaku. To, co było dla mnie największą radością, stało się największym smutkiem. Nie tylko schowałem instrumenty, ale też wyłączyłem radio z obawy, że jakaś melodia uruchomi paraliżującą tęsknotę i żal. Po raz pierwszy w życiu odrzuciłem muzykę. Nie mogłem pozwolić, żeby jeszcze raz złamała mi serce.

Przez wiele miesięcy po śmierci Kurta czułem się jak ryba uwięziona w małym akwarium, pływająca nerwowo tam i z powrotem, ale w istocie kręcąca się w kółko. Miałem dopiero dwadzieścia pięć lat i całe życie przed sobą, ale w pewnym sensie czułem się, jakby moje istnienie też się skończyło. Myśl, żeby postawić swój zestaw perkusyjny za jakąś inną twarzą, nie była po prostu zniechęcająca, była dogłębnie dołująca. Byłem za młody, żeby umrzeć, ale za stary, żeby zaczynać od nowa. Jasne, mogłem dołączyć do jakiegoś innego zespołu, ale przecież już zawsze miałem być znany jako "ten gość z Nirvany" i w głębi duszy czułem, że nic nie może się równać z tym, co dała światu Nirvana. Coś takiego zdarza się tylko raz w życiu.

Zobacz wideo 1991. Najważniejszy rok w historii muzyki? [Popkultura Extra]

Po miesiącach kręcenia się w kółko i zagłębiania w siebie uznałem, że muszę wyjechać z Seattle i oczyścić umysł. Wybrałem zakątek, który zawsze uwielbiałem, miejsce pełne spokoju i naturalnego piękna, miejsce, gdzie miałem nadzieję uleczyć swoje roztrzaskane życie: The Ring of Kerry. Ta przepiękna, oddalona od świata okolica w południowo-zachodniej Irlandii wygląda tak, jak musiała wyglądać Ziemia tysiące lat temu, zanim człowiek zalał wszystko betonem i zbudował drogi, dziś wiecznie zakorkowane. Kilometry soczyście zielonych pól i cudowne wybrzeże z nadmorskimi wioskami – znalazłem tam spokój i wyciszenie, których tak bardzo potrzebowałem, żeby przemyśleć swoje życie i zacząć od nowa. Znałem te okolice, spędziłem tam tydzień z matką i siostrą podczas podróży z Dublina do Dingle przed występem Nirvany na festiwalu w Reading w 1992 roku (naszym ostatnim koncertem w Wielkiej Brytanii). Poczułem więź z tym miejscem, więź, jakiej nie czułem z żadnym innym zakątkiem świata. Może sprawiła to irlandzka krew matki, a może tempo życia, które przywodziło na myśl wiejskie rejony Wirginii, w których polowałem jako dzieciak – cokolwiek to było, w ciszy i z dala od świata poczułem się jak w domu. Znów tego potrzebowałem.

Któregoś dnia, kiedy manewrowałem wynajętym samochodem wśród dziur i kolein wiejskiej drogi, zauważyłem w oddali młodego autostopowicza. Po jego długich przetłuszczonych włosach i za dużej parce poznałem, że to rockowy dzieciak. Był wiele kilometrów od najbliższego miasteczka, więc na pewno bardzo potrzebował podwózki. Zbliżając się, postanowiłem, że go podrzucę, i nagle zobaczyłem coś, przez co z miejsca zmieniłem zdanie.

Miał na sobie T-shirt z Kurtem Cobainem.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Niepokój poraził mnie jak prąd na krześle elektrycznym i przejechałem obok niego pędem, z opuszczoną głową, modląc się, żeby mnie nie rozpoznał. Trzęsły mi się ręce, czułem się fizycznie chory, w kleszczach ataku paniki. Dokładnie w chwili, gdy desperacko próbuję zaszyć się w odległym zakątku Ziemi i poskładać życie, które przed kilkoma miesiącami się rozleciało, znikąd zjawia się twarz Kurta i patrzy na mnie, jakby chciała mi przypomnieć, że gdziekolwiek pojadę i tak nie uda mi się uciec od przeszłości.

Ta chwila zmieniła wszystko.

Poleciałem do Stanów i zdecydowałem, że czas wracać do pracy. Nie miałem zespołu ani żadnego planu, więc wróciłem do tego, co dawało mi najwięcej swobody: do samodzielnego nagrywania piosenek. Nauczyłem się tego z konieczności, kiedy miałem dwanaście lat. Robiłem to przy użyciu dwóch magnetofonów, starej gitary oraz paru garnków i patelni. Metoda była prosta: nagrać partię gitary na jedną kasetę, przełożyć ją do drugiego odtwarzacza, wcisnąć play, nagrać na nowej kasecie partię "perkusji" z partią gitarową z tamtej kasety i tak dalej, i tak dalej. Nagrywałem kilka ścieżek, nawet o tym nie wiedząc. Pisałem absurdalne piosenki o moim psie, o szkole i Ronaldzie Reaganie, ale fascynowało mnie to tak bardzo, że robiłem to dość często. A teraz najlepsze: nikt o tym nie wiedział, bo bałem się jak cholera, że ktoś mógłby usłyszeć mój jeszcze dziecięcy krzyk.

+Matthew Perry opowiada o swoim alkoholizmie"Przyjaciele mówią na mnie Matty. Powinienem już nie żyć" [[FRAGMENT]

Kiedy zacząłem się kumplować i nagrywać z Barrettem Jonesem na jego ośmiośladzie w studiu w piwnicy w Wirginii, proces nagrywania wszystkich instrumentów samemu nie był dla mnie nowością. Nagrywałem więc ścieżki gitar, bębnów i wokali, tak jak w dzieciństwie, tyle że zamiast magnetofonów RadioShack mieliśmy profesjonalne magnetofony szpulowe. Nie chciałem się narzucać (nie miałem też kasy, żeby mu zapłacić za korzystanie ze studia), więc czekałem do końca sesji kogoś innego i nieśmiało pytałem:

– Zostało jeszcze trochę taśmy na szpuli? Chciałbym coś przetestować...

Wiedziałem, że proszę o wiele (a do tego już zdążyłem wypalić większość trawy Barretta), więc uwijałem się jak w ukropie, biegając od instrumentu do instrumentu. Robiłem tylko jedno podejście do bębnów, gitary i basu, żeby nie marnować więcej czasu Barretta i nie nadużywać jego uprzejmości. Później wracałem do domu i w kółko słuchałem wyniku swojego eksperymentu, wyobrażając sobie, co mógłbym zrobić, gdybym miał do dyspozycji więcej niż piętnaście minut na nagranie piosenki.

Kiedy Barrett wyprowadził się do Seattle, wynajęliśmy razem dom, więc jego studio było w m o j e j piwnicy. Skorzystałem z tego, że jest blisko, i zacząłem pisać piosenki, które, choć wciąż prymitywne i niegotowe, żeby usłyszał je świat, były już nieco lepsze. Alone and Easy Target, Floaty, Weenie Beenie, Exhausted i I’ll Stick Around to tylko kilka z kilkudziesięciu kawałków, które nagraliśmy w naszej piwniczce w deszczowe dni. Powoli gromadziłem przyszły repertuar Foo Fighters. Nirvana była wtedy rozpędzona na maksa, a pomocy w pisaniu piosenek z pewnością nikt w tym zespole nie potrzebował, więc zachowałem te kawałki dla siebie, mając w pamięci stary dowcip o perkusistach: Jakie były ostatnie słowa perkusisty, zanim wyleciał z zespołu? Hej, chłopaki, napisałem kawałek, który powinniśmy zagrać!

The Storyteller - okładkaThe Storyteller - okładka Marginesy

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina

Więcej o: