Matka powiedziała jej: Idź, córko. "Nie wiedziałam, że to ostatnie godziny ich życia" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W swoim pamiętniku Mala Kacenberg opowiada o samotności dziecka w czasie wojny, kiedy jedyną przyjaciółką jest kotka. Przybłęda okazuje się Aniołem Stróżem ostrzegającym ją przed nazistami. Jej towarzystwo pozwala Mali przezwyciężyć strach, kiedy musi się ukrywać w ciemnym lesie. Publikujemy fragment książki.

Żegnaj, rodzino. Żegnaj, dzieciństwo

Wczesnym rankiem w erew Rosz ha-Szany 1942 roku ojciec odmawiał selichot – modlitwy pokutne recytowane codziennie przez kilka tygodni poprzedzających Jom Kippur, czyli najważniejsze święto w kalendarzu żydowskim. Szykowałam się do wyjścia na żebry, abyśmy mieli co jeść podczas Jamim Noraim. Miałam nadzieję, że wymknę się niezauważona i uniknę smutnego pożegnania, ale matka zawołała mnie do siebie. – Idź, córko, i niech Haszem ma cię w swojej opiece – powiedziała ze łzami w oczach, całkiem jakby przeczuwała nadchodzącą katastrofę, która miała rozdzielić nas na zawsze. Nie pozwoliłaby mi wyjść z domu w taki dzień bez pewności, że wrócę przed zachodem słońca. Ale potrzebowaliśmy jedzenia na dwa dni i należało je przygotować przed Jamim Towim. Postanowiłam, że wrócę przed zmrokiem, i w tajemnicy poprosiłam Haszem o pomoc. Cieszyłam się, że nie pada deszcz. Poza tym byłam bardzo głodna. Z ciężkim sercem uściskałam wszystkich po kolei, prosząc, by się o mnie nie martwili. Nie wiedziałam wtedy, że nie będą więcej potrzebowali przyniesionego przeze mnie prowiantu; że to ostatnie godziny ich życia. Wyszłam z miasteczka, z Malach u boku, mijając po drodze wielu żołnierzy. Jak zwykle żaden z nich nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Oddaliwszy się nieco, zauważyłam wokół Tarnogrodu oddziały wojska. Nie miałam pojęcia, co zamierzają. Niechętnie ruszyłam dalej, w stronę Korchowa, wsi, którą odwiedziłam już w przeszłości kilka razy. Dzień okazał się udany: zdołałam zebrać sporo kartofli, trochę chleba i jajek. Było tego tyle, że mogłam nawet uszczknąć odrobinę dla siebie, żeby nabrać sił. Z ciężkim workiem na plecach i z Malach u boku ruszyłam w drogę powrotną z nadzieją, że matka zdąży ugotować wieczerzę przed rozpoczęciem Rosz ha-Szany. Nagle dostrzegłam z daleka jakąś postać. Wkrótce rozpoznałam w niej pana Guźka, naszego miłego sąsiada. Gdy się spotkaliśmy, wyjawił mi ściszonym głosem, że moich rodziców, siostry i wiele innych młodych osób spędzono na rynek. Powiedziano im, że zostaną przewiezieni w lepsze miejsce, gdzie mężczyźni dostaną dobrą pracę, a ich rodziny będą mogły liczyć na większe racje żywnościowe. Rodzice wręczyli Guźkowi moje ubrania z prośbą, by mi je przekazał. Sąsiad podał mi piersiówkę z gorącym napojem, który okazał się bardzo orzeźwiający. Oprócz tego Guziek dał mi liścik od Balli, nalegając, żebym go koniecznie przeczytała. Byłam jednak w zbyt wielkim szoku i schowałam list do kieszeni. Później zabrałam swoje rzeczy z domu Guźka i podziękowałam mu za życzliwość. Zapewniłam, że zdaję sobie sprawę, jak bardzo dla mnie ryzykuje. Spotykani po drodze ludzie brali mnie za jego córkę. Wreszcie wróciłam do domu. Nie został w nim nikt oprócz dziadka, który nie miał już siły chodzić. Naziści wiedzieli, że pozostawiony sam sobie szybko umrze z głodu. Dziadek był mocno zdezorientowany i nie miał pojęcia, co się naprawdę wydarzyło. Pytał, kiedy wróci reszta domowników. Dałam mu jeść i obiecałam, że się dowiem, a potem przyjdę się nim zaopiekować. Zbyt stary i osłabiony, by pojąć, co się dzieje, uspokoił się i jak zawsze dał mi błogosławieństwo. Zostawiłam w domu tobołek z ubraniami i poszłam na rynek. Pośrodku leżała wielka sterta osobistych przedmiotów. Zbliżywszy się ostrożnie, zauważyłam Ballę, która dawała mi znaki, żebym nie podchodziła bliżej. Była bystrą dziewczyną i najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że koniec jest bliski. Rozdarta, zmagałam się z nakazem sumienia, by dołączyć do bliskich, wiedziałam bowiem, że nigdy więcej już ich nie zobaczę. Ale ostatecznie nie potrafiłam się na to zdobyć. Przytłoczona poczuciem winy obróciłam się i pobiegłam do domu, aby przeczytać list od Balli. Bałam się zrobić to na ulicy, gdzie ktoś mógłby mnie zobaczyć. Weszłam do domu i rozejrzałam się. Panował tam zaskakujący porządek. Najwyraźniej wierzyli, że tu wrócą. Następnie przeczytałam list.

Najdroższa Malu, nie wiemy, co kryje przyszłość, lecz cokolwiek się zdarzy, Mama z Tatusiem modlą się o lepszy los dla Ciebie. Niemcy twierdzą, że zabiorą nas do Izbic, gdzie Tatuś będzie miał pracę i gdzie otrzymamy podwójny przydział żywności. Choć żal mi, że Cię z nami nie ma, czuję, że lepiej, abyś tu została. Jesteś silna i mądra – w pojedynkę masz większą szansę na przeżycie. Niemcy mogą obiecywać, co chcą, ale ja wiem, że jesteśmy zgubieni. Opiekuj się Dziadkiem, a gdy nie będzie już innego wyjścia, spróbuj przedostać się do Luchowa, do wuja Abrama i cioci Goldy. Bądź dzielna i niechaj Haszem Ci błogosławi. Pamiętaj, że Cię kochamy. Balla

Elie Wiesel (c), amerykański pisarz i dziennikarz podczas uroczystości z okazji 50. rocznicy pogromu kieleckiego przed kamienicą przy ul. Planty , gdzie 4 lipca 1946 roku zamordowano 37 Żydów."Niektórzy czytelnicy mówią mi, że jeśli przeżyłem, to po to, aby napisać ten tekst"

– I ja was kocham – powiedziałam na głos. Nie usłyszał mnie nikt prócz kotki. Byłam zdruzgotana i samotna. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że jestem wśród bliskich. Przez dłuższy czas stałam bez ruchu, modląc się: "Haszem, spraw, proszę, żeby bardzo nie cierpieli". Spędziłam w domu kilka dni, bezskutecznie próbując zebrać energię na podróż. Pewnego dnia, zerknąwszy przelotem w okno, zobaczyłam, że ulica jest całkiem pusta. Ci, którzy jeszcze zostali w getcie, byli zbyt oszołomieni i przerażeni, żeby wyjść na zewnątrz. Miałam wielkie poczucie obowiązku wobec dziadka, wiedziałam jednak, że jeśli dłużej z nim zostanę, niechybnie czeka mnie aresztowanie. Byłam w końcu "poszukiwana". Za co? Nie popełniłam żadnego przestępstwa. To ci barbarzyńcy, Niemcy, byli winni najpotworniejszych zbrodni. Potajemnie obmyślałam, co bym z nimi zrobiła, gdybym była sędzią, lecz szybko zrozumiałam, że to niemądre. Istniał wszak ważniejszy Sędzia i Jemu należało to zostawić.

Z lewej autorka książki 'Kot Mali'Z lewej autorka książki 'Kot Mali' mat. prasowe Znak/zdjęcia są udostępnione przez rodzinę

Przygotowałam posiłek dla dziadka i ucałowałam go na pożegnanie. W głębi serca wiedziałam, że długo go nie zobaczę – może nigdy. – Niebawem wrócę, mój najdroższy zejde – obiecałam. – Proszę, nie martw się o mnie. Potrafię o siebie zadbać. Byłam pewna, że wkrótce do domu sprowadzą się ludzie, którzy mu pomogą. Bardzo nie chciałam go zostawiać, ale nic nie mogłam zrobić, a spotkanie z innymi Żydami było zbyt ryzykowne. Nagle poczułam, że nie jestem już dzieckiem. Jeśli mam przeżyć, muszę zachowywać się jak dorosła i radzić sobie sama. Odwróciłam się do kotki. – Chodź, czas na nas – powiedziałam i ruszyłam z tobołkiem na ramieniu, sama nie wiedząc dokąd. "Mam czas na decyzję" – pomyślałam. "Moim jedynym obowiązkiem jest teraz przetrwanie w wielkim świecie, który Haszem stworzył dla nas wszystkich, nie tylko dla Niemców". Uznałam, że skoro nie mam innego wyboru, na zawsze zamieszkam wśród pól. – Skoro ty możesz, to ja też – zwróciłam się do Malach. – Zobaczymy, która z nas lepiej sobie poradzi, moja najdroższa przyjaciółko. Pomyślałam, że jestem za młoda, by umierać, i ruszyłam do lasu. Piękno nieba i zieleni wokół wzmacniało we mnie wolę życia. – Żegnaj, dzieciństwo – powiedziałam. I choć byłam niska, postanowiłam zawsze iść z podniesioną głową, ku wolności, ku życiu. – Jeśli mam przetrwać, muszę uwierzyć, że jestem silna, i stać się całkowicie niezależna, jak dzikie zwierzęta Wkrótce zasnęłam i przez pewien czas nie czułam nic. Spałam kilka godzin, zbyt zmęczona, by śnić. Obudziłam się wypoczęta i z nową energią. Powoli zbliżała się jesień. Chłód w powietrzu przejął mnie dreszczem. Nie miałam płaszcza ani parasola i zaczynałam marznąć. Po kilku dniach przyszedł deszcz. Padał i padał, przechodząc to w raptowną ulewę, to w lekką mżawkę. Pozbawiona opieki i dachu nad głową, często drętwiałam z zimna i wilgoci. Odłamałam wciąż porośniętą liśćmi gałąź, dość dużą, by osłonić się przed deszczem. Służyła mi przy okazji jako kamuflaż – z daleka przypominałam krzaczek pośród wielu innych. Ilekroć liście na gałęzi zaczynały więdnąć i brązowieć, ucinałam następną, i znów mogłam się skryć pod cudownym parasolem. Od dziecka umiałam robić z gałęzi rozmaite rzeczy, nie tylko patyczki do liczenia. Na szczęście miałam przy sobie scyzoryk, prawdziwy skarb. W powietrzu unosił się zapach grzybów. Martwił mnie początek jesieni. Jedynie determinacja, by przeżyć moich prześladowców, sprawiała, że dalej szłam przed siebie. Choć krzaczki jagód uginały się od owoców, a wokół rosło dużo poziomek, nie byłam w stanie zaspokoić nimi głodu i wiedziałam, że jeśli chcę przetrwać, to muszę zaryzykować. Pod wpływem deszczu ziemia zmieniła się w błoto. Ogołocone z liści drzewa nie dawały ochrony. Wiedziałam, że ludzie, którzy chcą mnie zabić, włóczą się po okolicy niczym stado wilków. Musiałam poszukać lepszego lokum. Takiego, które przynajmniej zapewni mi osłonę przed coraz zimniejszym wiatrem. Poruszanie się w terenie było z dnia na dzień trudniejsze. Nogi grzęzły mi w oblepiającym buty błocie. Zaczęłam się bać, że mój wygląd wzbudzi podejrzenia ludzi w wioskach, kiedy pójdę prosić o jedzenie. Na szczęście sama się nie widziałam, a zwierzętom było całkowicie obojętne, jak wyglądam. Buty wciąż jeszcze nadawały się do noszenia, ale czułam, że długo mi już nie posłużą. Aby dłużej zachować podeszwy, obwiązałam je szmatami. To mnie spowolniło, ale przecież miałam mnóstwo czasu. Mimo moich wysiłków buty prędko się rozpadły i musiałam je wyrzucić. Wiedziałam, że w przeciwieństwie do leśnych zwierząt nie zajdę daleko na bosaka. Bałam się nastąpić na coś ostrego albo choćby na małego węża. Nic takiego się jednak nie stało i nawet nie potykałam się o zwalone gałęzie. O dziwo, nie przeziębiłam się. Codziennie dziękowałam za to Haszem. Znalazłam dzienną kryjówkę w kępie krzaków, akurat tak dużej, żeby pomieścić mnie i Malach. Przed "wejściem" wbiłam kilka zaostrzonych gałęzi. Gdyby ktoś próbował dostać się do mojego schronu, potknąłby się i skaleczył, ja tymczasem wymknęłabym się z drugiej strony. Zastanawiałam się, czy to nie mrzonka, ale Haszem powiedział przecież: "Próbuj, a ja ci pomogę". Nie musiałam zastanawiać się długo, bo już wkrótce dostrzegłam zbliżający się cień. Modliłam się, żeby żaden partyzant albo uciekinier nie nadział się na moje zasieki. – Za nic nie chciałabym skrzywdzić niewinnego człowieka – powiedziałam do Malach. Zaczęłam żałować, że nie mam lornetki. Wzrok miałam wprawdzie dobry, ale było już dość ciemno. Nie czułam się jednak bezpieczna pod osłoną nocy, bo wiedziałam, że Niemcy mają mocne latarki. Siedziałam skulona, cicho jak trusia. Po chwili usłyszałam przekleństwo po niemiecku. Może zdradził mnie szelest gałęzi, bo mężczyzna najwyraźniej wyczuł, że ktoś jest w pobliżu. Może miał wyjątkowo czuły słuch. Ale nie potrafił rozróżnić, czy dźwięk pochodzi od zwierzęcia, czy ludzkiej istoty. Tego byłam pewna i nie mając wyboru, spróbowałam opanować nerwy. Mężczyzna zbliżył się, po czym przystanął i spojrzał w moją stronę. Choć to wydaje się dziwne, nie czułam strachu, a jedynie nienawiść i chęć, by zrobić mu krzywdę. Wiedziałam, że jest uzbrojony, a ja z nożem czy gałęzią nie mam szans go pokonać, mimo to postanowiłam, że jeśli mnie dostrzeże, chwycę gałąź i wbiję mu ją prosto w oko. Po chwili wysoki, zwalisty żołnierz był już bardzo blisko i tak jak przypuszczałam, skaleczył się, upadając na zasieki. Otrząsnąwszy się, wstał, i klnąc jeszcze mocniej, ruszył prosto na moją kryjówkę. Gdy dzieliło nas zaledwie parę metrów, Malach zeskoczyła z drzewa i przejechała mu pazurami po twarzy. – Du dumme Katze! Głupie kocisko! – wrzasnął Niemiec, mierząc do niej z karabinu. Malach czmychnęła i schowała się w koronie drzewa, tak jak tylko koty potrafią. Niemiec spojrzał w górę, ale nie wycelował. Pewnie szkoda mu było amunicji. Uśmiechnęłam się pod nosem, życząc mu spotkania z bardziej niebezpiecznym stworzeniem albo jednym z ukrywających się w lesie partyzantów, którzy byli dla Niemców groźniejsi od dzikich zwierząt. Uznawszy, że istota, którą wziął za ludzką, okazała się psotnym kotem, żołnierz odszedł, utykając, i po chwili zniknął w leśnym gąszczu. Wtedy Malach usiadła obok mnie, a jej oczy zalśniły w ciemności. Uspokojona jej obecnością, pozwoliłam sobie na kilkugodzinną drzemkę. Spałabym długo, gdyby żołądek nie przypomniał mi, że pora coś zjeść – znak, że nadal jestem zdrowa i jak najbardziej żywa. Rosła we mnie determinacja, by nie poddać się bez walki i w razie konieczności zginąć bohaterską śmiercią. Przypomniałam sobie, jak siedząc z tyłu sali podczas jednej z dziadkowych lekcji, usłyszałam historię Chanuki i powstania Machabeuszów. Skoro oni mogli walczyć, to ja też. – Jestem gotowa – powiedziałam sobie. Rozejrzałam się po szumiących polach, do których tak przywykłam. – Jaki cudowny jest Twój świat – oznajmiłam, spoglądając w niebiosa. – Dziękuję, Haszem, że pozwoliłeś mi się cieszyć pięknem Twojego stworzenia, i dziękuję, że stworzyłeś mnie, pozwalając aż do teraz cieszyć się wolnością.

Zobacz wideo Tak przebiegało powstanie w getcie warszawskim

Książka w tłumaczeniu Martyny Tomczak ukazała się 25 stycznia 2023 roku nakładem wydawnictwa Znak Koncept.

Kot Mali - okładkaKot Mali - okładka mat. prasowe

Więcej o: