Edward Lutczyn: Ręka nie nadąża za myślą [ROZMOWA]

- Próbowałem dostać się na Akademię Sztuk Pięknych. Odpadłem podczas jednego z pierwszych egzaminów praktycznych. Żeby przejść do następnego etapu, trzeba było zdobyć kilkanaście punktów. A ja dostałem tylko cztery. I wściekłem się - mówi w rozmowie z Gazeta.pl słynny rysownik Edward Lutczyn, wieloletni współpracownik "Szpilek", „Gazety Wyborczej” i „Przekroju”.

Ilustracje Lutczyna zdobią ponad sto książek - prawdopodobnie właśnie dzięki niemu dowiedzieliście się, dlaczego woda jest mokra (dzięki serii "Odpowiedzi na głupie pytania" Jana Rurańskiego) oraz skąd biorą się dzieci (za sprawą "Nie wierzcie w bociany" Elżbiety Pajączkowskiej). Ponadto rysownik projektował znane plakaty teatralne i filmowe, a także okładki płyt (w tym logo zespołu Perfect), animacje dla programów telewizyjnych a także scenografie dla teatrów i filmów animowanych.

Ze słynnym rysownikiem spotykamy się z okazji Aukcji Komiksu i Ilustracji w DESA Unicum. Wśród 190 unikalnych komiksowych plansz oraz ilustracji książkowych znalazły się m.in. jego rysunki do słynnej serii "Dlaczego sól jest słona, czyli odpowiedzi na głupie pytania" Jana Rurańskiego czy ilustracje satyryczne do "Szpilek". Oprócz tego fani komiksów znajdą na aukcji m.in. plansze Papcia Chmiela do „Tytusa, Romka i A’Tomka”, okładkę do kultowego komiksu „Janosik” Jerzego Skarżyńskiego w 1973 roku, plansze Janusza Christy z przygodami „Kajtka i Koka” i „Kajko i Kokosza” oraz prace Tadeusza Baranowskiego, Tadeusza Raczkiewicza, Marka Szyszki i Szarloty Pawel.

Małgorzata Steciak: Rysowanie ma pan we krwi. Pana ojciec Piotr Lutczyn był rysownikiem, reżyserem filmów i seriali animowanych.

Edward Lutczyn: Mój tata był znakomitym rysownikiem i reżyserem filmów rysunkowych, takich jak „Wędrówki Pyzy” czy „Koziołek Matołek”. Mama natomiast, podobnie jak jej ojciec, malowała. Oprócz tego śpiewała w Piwnicy pod Baranami i klubie Loch Camelot w Krakowie. A jakby tego było mało, jej brat był grafikiem. Znakomicie fałszował dokumenty w czasie okupacji. Można więc powiedzieć, że mając takie geny byłem skazany na los rysownika.

Lubi pan opowiadać, że w pana przyjściu na świat „pośredniczył” sam Walt Disney.

Mama ze swoim bratem i jego narzeczoną postanowili po wojnie wyemigrować do Ameryki Południowej. Dzięki wspomnianemu talentowi mojego wujka mieli odpowiednio podrobione dokumenty. Zatrzymali się w Niemczech, w okolicach Frankfurtu nad Menem. Mój ojciec z kolei, jako więzień obozu koncentracyjnego w Niemczech, został wyzwolony przez wojska amerykańskie i wylądował w tej samej strefie okupacyjnej, co moja mama. Na zdjęciach z mojego dzieciństwa wciąż można zobaczyć amerykańskie znaki drogowe.

W Niemczech moi rodzice się poznali, pokochali i pobrali. Ojciec zajmował się ilustrowaniem rozmaitych wydawnictw niemieckich. Po wojnie marzył o tym, by obejrzeć „Królewnę Śnieżkę i Siedmiu Krasnoludków” Walta Disneya. Niestety nigdzie w Niemczech nie grano tego filmu. Najbliższym miejscem, gdzie można było go zobaczyć, był Paryż. Moi rodzice postanowili więc za zaoszczędzone pieniądze zorganizować sobie małą wycieczkę. Tam obejrzeli film, zjedli romantyczną kolację – a dziewięć miesięcy później przyszedłem na świat. Dlatego lubię sobie żartować, że Walt Disney miał udział w moim poczęciu.

Pamięta pan, kiedy pierwszy raz sięgnął pan po ołówek?

Odkąd sięgam pamięcią czułem kompulsywną potrzebę rysowania. Od świętego Mikołaja zawsze dostawałem ryzę papieru i ołówki. Kiedy rysowałem, świat przestawał dla mnie istnieć. To była moja pasja od najmłodszych lat, odkąd tylko byłem w stanie utrzymać w dłoni ołówek. Zacząłem – podobnie jak większość dzieci – w wieku trzech lat. I do tej pory nie skończyłem.

W moich domowych zbiorach wciąż mam pierwszą karykaturę mojego autorstwa, którą wykonałem jako czterolatek.

Kogo pan narysował?

Profesora Gajdę, który operował mi przepuklinę.

Zawsze ciągnęło pana w kierunku karykatury?

Rysowałem ludziki, zwierzątka. Miałem też krótki etap „wojenny” w wieku 12-13 lat, kiedy miałem obsesję na punkcie czołgów, żołnierzy. Kiedy oceniam te rysunki z perspektywy czasu, widzę, że już w dzieciństwie patrzyłem na świat przez pryzmat ironii. Nigdy nie rysowałem realistycznych postaci – zawsze miały a to za duży nos, a to zaburzone proporcje ciała. Były po prostu śmieszne.

Co pana ukształtowało jako artystę?

Myślę, że przede wszystkim świat wyobraźni. To nie tak, że zobaczyłem kogoś albo przeczytałem coś i później przenosiłem to na papier w proporcjach jeden do jeden. To wypływało z wnętrza. Po prostu musiałem siedzieć i rysować. Taki jakiś nienormalny człowiek [śmiech].

Jako syn rysownika, inspirował się pan pracą ojca?

Niestety nie miałem okazji, ponieważ moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem cztery lata. Nie może więc być mowy o żadnym kopiowaniu, to wszystko geny! Poza tym bardzo długo nie mieliśmy telewizora w domu, dlatego filmy rysunkowe siłą rzeczy nie mogły mnie inspirować. Dobranocki zacząłem oglądać dopiero jako dorosły, na moim pierwszym pomarańczowym telewizorze Vela. Bardzo zgrabnym, z ruchomą antenką, rączką.

Tata wspierał pana, kiedy zaczął pan na poważnie myśleć, by pójść w jego ślady?

Kiedy zadebiutowałem w „Szpilkach” w 1971 roku, był ze mnie bardzo dumny. Był taki moment, kiedy pytano mnie, czy ten słynny twórca filmów rysunkowych Lutczyn jest moim ojcem. Później jednak to mój tata odpowiadał na pytania, czy uznany rysownik Lutczyn jest jego synem. To było całkiem zabawne.

Ojciec dawał panu rady? Poprawiał prace?

Jako nastolatek sporadycznie odwiedzałem go w Warszawie. Pokazywałem mu swoje rysunki, a on dokonywał korekt. Te spotkania były bardzo rzadkie, może raz do roku? Mój tata był doskonałym rysownikiem i miał niesamowitą intuicję. Muszę przyznać, że jego wskazówki okazały się bardzo pomocne.

Starałem się zawsze słuchać rad. Miałem swoich mistrzów.

Jakich?

Oj, banał! [Jan] Szancer, [Maria] Orłowska-Gabryś, [Janusz] Grabiański, tak jak wszyscy.

Kiedy pan opowiada o swojej pracy, brzmi jakby to było bardzo łatwe. Siada pan, bierze do ręki ołówek, i genialne pomysły po prostu spływają.

No bo tak to wygląda [śmiech]. Stoi jednak za tym wiele lat rysowania. Nie mam wykształcenia plastycznego, więc musiałem nauczyć się warsztatu sam. Wciąż się go uczę.

Po 45 latach pracy twórczej? To nie kokieteria?

Cały czas odkrywam nowe sztuczki techniczne. Od wczesnej młodości precyzyjnie wiedziałem, co chcę narysować. W wyobraźni widziałem dzieło zaprojektowane w najdrobniejszych szczegółach. Problem pojawiał się, kiedy próbowałem je przenieść na papier. Brakowało mi umiejętności, warsztatu. Ręka nie nadążała za myślą. Teraz, dzięki zdobytemu doświadczeniu, mam z tym po prostu trochę mniej problemów.

Jest pan samoukiem. Żałuje pan czasami, że nie poszedł pan na studia plastyczne?

Żal mi tego, czego mogłem się nauczyć od strony warsztatowej. Chciałbym umieć tworzyć prace w różnych technikach artystycznych – pracować w metalu, tworzyć miedzioryty, malować. Wiem jednak, że już nigdy tego nie osiągnę. Nie wystarczy mi czasu.

Próbowałem dostać się na Akademię Sztuk Pięknych. Odpadłem podczas jednego z pierwszych egzaminów praktycznych. To było malowanie martwej natury, kompozycja, tego typu zadania. Żeby przejść do następnego etapu, trzeba było zdobyć kilkanaście punktów – nie pamiętam dokładnej liczby. A ja dostałem tylko cztery. I wściekłem się.

Nie poznali się na panu.

Być może, nie mnie oceniać. Dwa lata później dostałem się na podstawie portfolio do Związku Polskich Artystów Plastyków.

Nie zwątpił pan w siebie, kiedy nie dostał się pan do ASP?

Nie, bo wiedziałem, że się nadaję. I to nie jest zarozumialstwo.

A jednak przyjaciele długo musieli pana namawiać, zanim odważył się pan przedstawić swoje prace w „Szpilkach”, z którymi później przez wiele lat pan współpracował.

To prawda. Myślałem, że to jeszcze nie ten moment. Wiadomo, że nie można dwa razy debiutować, ale kiedy myślę o mojej ścieżce zawodowej czuję, że właśnie tak się ona układa. Swoje pierwsze kroki stawiałem w dwutygodniku „Student” w 1971 roku. Później zostałem niemalże siłą zaciągnięty przez dwóch wspaniałych kolegów– Andrzeja Dudzińskiego i Jana Sawkę – z teczką prac przed oblicze redaktora naczelnego „Szpilek” Krzysztofa Toeplitza. Wtedy moja kariera zaczęła się na poważnie. Rysowanie dla „Szpilek” nie miało wiele wspólnego z satyrą. Tam nie było miejsca na dowcipy typu „przychodzi baba do lekarza”. Ich okładki to były dużo bardziej złożone grafiki, a wręcz dzieła artystyczne. Naznaczone ironią i sarkazmem, ale wykraczające poza rysunkowy komentarz do bieżących wydarzeń.

Oprócz tego wyznacznikiem artystycznego poziomu był miesięcznik „Ty i ja”, które stało się objawieniem na rynku wydawniczym. Doskonale redagowane, ze znakomitymi tekstami i bardzo ciekawe graficznie. Warte uwagi były jeszcze „Świat”, „Przekrój”. Dzięki ostatniemu z nich poznałem prace Saula Steinberga, Rolanda Topora, cudownego Sławomira Mrożka, który każdą pracą wbijał człowieka w ziemię.

Nie widzę obecnie żadnego pisma, które by aspirowało do podobnego poziomu.

Miał pan szczęście stawiać pierwsze kroki w zawodzie w czasach, kiedy praca rysowników była szalenie popularna i ceniona.

To był dobry moment dla rysowników. Jestem bardzo dumny, że trafiłem do grona współpracowników „Szpilek”. Rysowali dla nich najlepsi – Andrzej Czeczot, Jerzy Duda-Gracz, Andrzej Dudziński, Andrzej Mleczko, Janusz Stanny... i wielu innych wspaniałych artystów.

Wiele rysunków, jakie powstały na łamach tych czasopism, jest wciąż zaskakująco aktualna. Dlatego, że w „Szpilkach” unikało się tworzenia obrazków interwencyjnych, które szybko traciły na aktualności.

Myśli pan, że dzisiaj rysownicy mają trudniej?

Inaczej. Uważam, że jest wielu utalentowanych młodych artystów, przed którymi chylę czoła.

Śledzi pan kariery młodszych kolegów?

Oczywiście, wspólnie z przyjaciółmi przeglądamy prace ilustratorów i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Wiem, że naturalną koleją rzeczy jest, że kiedyś zostaniemy zastąpieni przez młodsze pokolenie. Obserwowanie karier początkujących artystów dostarcza mi dużo przyjemności.

Kogo pan ceni?

Na przykład Emilię Dziubak, która która ma niesamowity dar do realistycznych rysunków. Bardzo zdolna rysowniczka. Pawła Kuczyńskiego, nagradzanego na międzynarodowych konkursach. Potrafi w jednym obrazku zawrzeć niezwykle przenikliwą obserwację na temat naszej rzeczywistości. Łeb odpada. A ten człowiek ma dopiero trzydzieści kilka lat. To na ilustratora mało. W tym zawodzie dojrzałość osiąga się po czterdziestce.

W tym środowisku nie ma tarć. Każdy ma swój mały kawałek ogródka, który uprawia. Interesujemy się tym, co robią koledzy. Oczywiście jest kilku zarozumialców – oni nie oglądają niczego oprócz swoich rysunków. To jest bez sensu, bo przecież trzeba wiedzieć, co się dzieje w naszym zawodzie i jak się on zmienia.

Powiedział pan podczas spotkania z fanami, że pracuje pan po kilkanaście godzin dziennie. Jak pan to wytrzymuje?

Lubię swój zawód i dlatego to nie jest dla mnie bardzo uciążliwe. Być może pracowałbym krócej, gdybym rysował szybciej. Niestety jestem bardzo powolny. Dla przykładu: podczas warsztatów z dziećmi i młodzieżą szkic rysunku powstaje do pięciu minut. Gotowa ilustracja natomiast oznacza co najmniej pięć dni kilkunastogodzinnej pracy.

Jestem perfekcjonistą. To jest udręka. Rysunek, który w oczach odbiorcy jest już gotowy, dla mnie zawsze wymaga poprawy. I tak dodaję, uzupełniam, szlifuję w nieskończoność, zupełnie bez sensu. Na szczęście istnieje presja terminów, złych „panów deadline’ów”. Wtedy nie ma wyjścia, trzeba oddać zlecenie. I już nie można nic zmieniać.

Skąd bierze pan pomysły?

Jak to skąd – z głowy [śmiech]. Kiedy przygotowuję ilustracje do książki, muszę wiele razy przeczytać tekst i pozwolić mu się „uleżeć” w mojej wyobraźni, żeby w ten sposób zmusić się do twórczej pracy. Zdarza się też, że pomysł przychodzi sam. To jest pewnego rodzaju iluminacja – patrzę bezmyślnie w sufit albo jadę autobusem i nagle doznaję olśnienia. Muszę jednak od razu go wtedy zapisać, bo inaczej uleci z głowy i nigdy więcej go sobie nie przypomnę.

Co według pana powinien mieć dobry rysownik?

Chęć do pracy, pomysły... no i powinien dobrze rysować [śmiech].

Aukcja Komiksu i Ilustracji odbędzie się 21 kwietnia w Domu Aukcyjnym DESA Unicum w Warszawie.

Więcej o: