Eurowizja. Kicz, tandeta, szmira, ale zabawa bywa przednia. Tylko że... [KOMENTARZ]

Eurowizja poza tym, że kojarzy się wielu osobom - w tym mnie - ze szmirą, artystyczną hucpą i paradą dziwnych zdarzeń wizualno-dźwiękowych, jest też naprawdę fajnym pomysłem na zabawę i na wymianę muzycznych inspiracji między krajami. Temu ostatniemu służyło m.in. to, że wykonawcy mieli obowiązek śpiewać w języku kraju, który reprezentują. Ale to było dawno i nieprawda. Chociaż nasza reprezentantka akurat doświadczyła przykrości z powodu wydania z siebie głosu po angielsku.

W 1994 Edyta Górniak podczas jednej z ostatnich prób, o tym że nie jest Ewą przekonywała po angielsku, co delegacja francuska uznała ze rzecz niedopuszczalną. I chociaż w samym konkursie pani Edyta zapewniała po polsku, to jednak w ramach protestu Francuzi nie przyznali jej żadnych punktów, czym odebrali naszej reprezentantce szansę na zwycięstwo i ostatecznie zajęła drugie miejsce.

 

Domyślam się, że ówczesnemu kierownictwu TVP spadł kamień z serca i Francuzom podziękowali. Bo gdyby pani Edyta wygrała - a było bardzo blisko - to u nas miałaby się odbyć następna impreza. A to poważne pieniądze i poważny organizacyjny wysiłek. W 2009 - to był chyba rekord - Rosja na przygotowanie konkursu wydała ponad 30 mln euro!

Zabawa na dwóch planach

W tym roku eurowizyjne pląsy odbywają się już po raz 60. W tym czasie przez scenę przewinęły się tysiące wykonawców, którzy zaprezentowali coś koło półtora miliona piosenek. Wśród nich byli m.in. Domenico Modugno, który w 1958 zaśpiewał "Nel blu dipinto di blu", ABBA, Celine Dion, Olivia Newton-John, Julio Iglesias, żeby wymienić tylko tych, którzy zapisali się na zawsze w muzycznej pamięci tego świata. Byli również tacy, których kariery ograniczyły się do krajowych podwórek, albo - jak w przypadku kilkorga polskich wykonawców - Eurowizja spowolniła lub zakończyła ich kariery. Spowolnienie przeżył Andrzej Piaseczny, który po efektownym rzucie futerkiem trafił na jakiś czas do czyśćca, a o zespole Sixteen nie pamięta już nikt. Bez wielkiej szkody dla nas i świata zresztą.

 

Niemniej zabawa bywa przednia. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że odbywa się ona nieustająco na dwóch planach. Pierwszy to świat fanów konkursu i jego poetyki, który przekonany o jego wyjątkowości żyje nim przez cały rok, i wierzy w to co widzi i słyszy, zastanawia się kto ma większe szanse, dlaczego ktoś wdział na siebie takie czy inne wdzianko, całą specyficzną estetyką i wszystko na serio. I to jest dość pokaźna grupa ludzi. Ale jeszcze większa jest ta, która zamknęła grupę pierwszą w magicznej kuli i z zaciekawieniem się jej przygląda, co jakiś czas - raz do roku - potrząsa nią ku własnej uciesze i świetnie bawi się, oglądając wywołane zamieszanie.

Zakładam, że to w dużej mierze właśnie stąd bierze się wysoka oglądalność telewizyjna tego kolorowego przedsięwzięcia. Tę grupę trzęsących kulą, bawiących się nieporadnością, przerysowaniem i kiczem wykonawców kierują telewizyjni prowadzący, którzy okraszają kolejne wykonania czasami mało wybrednymi komentarzami. Nasz pan Artur Orzech złośliwy, czy raczej uszczypliwy bywa delikatnie, zwłaszcza w zestawieniu z takim gigantem szydery jak Graham Norton, który od lat jest takim Orzechem dla BBC. Ten cynik to dopiero potrafi się wyzłośliwiać. Ciekaw jestem co powie w czwartek o występie Moniki Kuszyńskiej.

Zobacz, jak Monika Kuszyńska przygotowuje się do występu na Eurowizji >>

Z wielkim niepokojem obserwuję jednak, że minispektakle przygotowywane przez wykonawców coraz mniej nadają się do komentowania czy wspólnej zabawy. I coraz rzadziej pojawiają się ciekawe przypadki. Niestety, wraz z tą zmianą idzie kolejna, taka mianowicie, że piosenki są coraz nudniejsze. Zamiast skocznych piosenek prowokujących do zwariowanych wygłupów, coraz częściej są to po prostu bardzo nudne snuje, bez życia, za to wykonywane z męczącą emfazą. Szkoda.

Z naszej perspektywy może trudno w to uwierzyć, ale są kraje, w których Eurowizja jest wielkim świętem, ludzie przeżywają występy swoich reprezentantów. Ba, w których ich wybór jest sprawą niemal narodową. Ot, taka Szwecja na przykład.

W pewnym momencie - trudno jednoznacznie wyznaczyć granicę - konkurs stał się nie przeglądem tego co muzycznie ciekawe w europejskich krajach, ale tego co w nich jest najdziwniejsze. Z wyjątkami oczywiście, bo są przykłady, że bywa inaczej, ale przyznacie, że dotychczas Eurowizję można było przynajmniej radośnie oglądać. Po wtorkowym półfinale boję się, że nawet tego nas pozbawią. I zostanie już tylko moje ulubione, niezmiennie od lat "rejumini tła pła", dla którego zawsze znajdę chwilę. Ale to dopiero w sobotę, w finale. Mam nadzieję, że będzie śmieszniej. Bo przecież lepiej nie będzie.

Relacja na żywo z półfinału Eurowizji z udziałem Moniki Kuszyńskiej dziś w telewizji i na Plotek.pl

Więcej o: