"Grindhouse: Death Proof" - tandetne arcydzieło. Specjalność zakładu Quentina Tarantino

Mając zaledwie 31 lat, swoim "Pulp Fiction" podbił nie tylko Cannes, ale i cały świat. Choć mogło się skończyć na jednorazowym wybryku, okazało się, że był to zaledwie początek wielkiej kariery. Dziś Quentin Tarantino jest jednym z najwybitniejszych reżyserów naszych czasów. Na czym polega ten sukces? Wydaje się, że on po prostu kocha kino.

Każdy jego film to swoisty hołd dla danego gatunku, twórcy, okresu kinematografii. Nie inaczej jest z "Grindhouse: Death Proof" - bawiąc się tandetą, Amerykanin stworzył małe arcydzieło.

Zaczęło się niepozornie - reżyser Robert Rodriguez wpadł z wizytą do Quentina. Zobaczył u niego plakat z podwójnego seansu "Dragstrip Girl" i "Rock All Night" z 1957 roku. Był w szoku - miał bowiem u siebie taki sam poster. Obaj panowie za młodu uwielbiali tzw. kina grindhouse, czyli takie, w których pokazywano kiepskie, wręcz amatorskie filmy, ociekające przemocą i wulgarnością. Przeznaczone dla niższych warstw społecznych, często znajdowały się w pobliżu podrzędnych barów czy klubów ze striptizem. Wszystko to sprawiło, że były postrzegane jako demoralizujące. Szybko jednak zyskały sporą popularność, a wśród tej filmowej tandety zaczęły wyodrębniać się podgatunki (jak np. nazistowski horror). Mimo że scenariusze takich produkcji były żadne, a gra aktorska kwadratowa, filmy te dla wielu osób były ujściem dla tłumionych popędów, a przede wszystkim zapewniały bezpretensjonalną rozrywkę. Dziś przeżywają drugą młodość za sprawą cykli typu VHS Hell lub festiwali najgorszych filmów świata.

W takich kinach najczęściej organizowano podwójne seanse i na taki też pomysł wpadli Rodriguez z Tarantino. Wizyta się przeciągnęła. Ostatecznie panowie postanowili nakręcić dwa filmy, odwołujące się do stylistyki tamtego nurtu (nazywanego exploitation), które miały być pokazywane jeden po drugim, z przerwą na zwiastuny nieistniejących produkcji. Był wśród nich m.in. trailer filmu o tytule "Maczeta". Kilka lat później rzeczywiście go nakręcono.

Samochód śmierci

Jako że w Europie takie podwójne seanse nigdy nie cieszyły się popularnością, u nas oba filmy wprowadzono do kin osobno. Najpierw "Death Proof" Tarantino, potem "Planet Terror" Rodrigueza. Była to chyba dobra decyzja, zwłaszcza, że na osłodę dostaliśmy kilka dodatkowych scen. Na przykład tę:

 

"Death Proof" okazał się w Polsce niemałym przebojem - sprzedano ponad 260 tysięcy biletów. Świetny wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to dość specyficzna propozycja. Film opowiada o Mike'u, facecie w średnim wieku, który wieczorami lubi podrywać piękne dziewczyny. Co w tym zaskakującego? A to, że Mike, zamiast do łóżka, zabiera je na śmiertelne przejażdżki swoim autem. Specjalnie skonstruowany samochód dla kierowcy jest właściwie niezniszczalny. Dla każdego innego staje się zaś pułapką, z której nie ma wyjścia...

Kino klasy Z

Brzmi nieco idiotycznie? Owszem, ale właśnie o to chodziło. To film, którego nie można odczytywać wprost. Wszystko jest w nim ujęte w cudzysłów - nawet latająca w powietrzu oderwana noga. Tarantino, wielki miłośnik kina, po raz kolejny oddaje hołd swoim ulubionym produkcjom. Tym razem biorąc się za exploitation, nie tworzy jednak współczesnej kopii. On po prostu bawi się formułą tandetnego kina klasy B (a może Z?). Chcąc, by film wyglądał jak nakręcony dla bywalców grindhouse'ów, raz po raz wprowadza bezsensowny dialog czy uciętą scenę. Kopie "Death Proof" zostały też celowo podniszczone, aby sprawiały wrażenie, jakby od roku wyświetlane były w podrzędnych kinach na najgorszym sprzęcie.

Zobacz wideo

Jednocześnie reżyser trzyma to wszystko w ryzach. Nie zapomina o najlepszych cechach swojego autorskiego stylu oraz dodaje od siebie coś ekstra. Charakterystyczne dla kin grindhouse polowanie na długonogie panienki (exploitation to w końcu nie tylko przemoc, ale i seks, dużo seksu) zamienia się u niego w feministyczną wendettę. Panie, na czele z kaskaderką Zoë Bell (dublerka Umy Thurman z "Kill Billa"), dają popalić niegrzecznemu Mike'owi. A jak przy tym fajnie ze sobą gawędzą

Bez miękkiego serca

Pracując wiele lat w wypożyczalni video, Tarantino naoglądał się tysięcy filmów. I to widać. W swoich produkcjach reżyser zawsze czerpie z dorobku innych - jednak nie tylko mistrzów. Także tych, którzy po prostu zapewniają rozrywkę, choćby i najniższych lotów. "Death Proof" jest tego doskonałym przykładem. Wybrzmiewają tam echa nie tylko exploitation, ale i klasyki w rodzaju "Mistrz kierownicy ucieka", "Bullit", "Znikający punkt". Pościgi samochodowe w "Death Proof" stoją na najwyższym poziomie, a nakręcone zostały "po staremu", niemal bez udziału efektów specjalnych. Tarantino nigdy nie był ich fanem - w jednym z wywiadów nazwał je zawracaniem głowy, które nie poprawia jakości filmów. Skwitował krótko: Inni mogą się w to bawić. Ja tego gówna nie potrzebuję.

embed

Wielkim atutem "Death Proof" jest też rola Kurta Russella. Kultowy aktor z filmów Johna Carpentera wraca tu do prezentowanego przed laty poziomu. Tarantino, który początkowo zamierzał obsadzić Mickeya Rourke'a, nie mógł znieść, że Russell marnuje się w familijnych produkcjach. Powiedział: Oglądając reklamę "Wyścigu marzeń", filmu z Dakotą Fanning, koniem ze złamaną nogą i Kurtem jako facetem o miękkim sercu, pomyślałem "Kiedy on znowu zagra sku...iela?". No to zaproponowałem mu rolę Mike'a, który jest sk...ielem do kwadratu. Trzeba przyznać, że aktor jest w tej roli wręcz fenomenalny - tak samo odrażający, jak intrygujący. Gdy w jednej ze scen łamie tzw. "czwartą ścianę" i uśmiecha się wprost do kamery, ciesząc się na kolejną krwawą jatkę, widza przechodzą ciarki.

embed

Mimo że po "Death Proof" Russell zrobił sobie dłuższą przerwę, a potem nie występował w niczym godnym uwagi, ten rok może się okazać jego wielkim powrotem. W kwietniu mogliśmy go oglądać w "Szybkich i wściekłych 7", a już niebawem premierę będą mieć kolejne szalenie interesujące filmy z jego udziałem. Jednym z nich będzie western "Bone Tomahawk", a drugim "Nienawistna ósemka", ponownie w reżyserii mistrza Quentina.

Kinowy plac zabaw

Czy najnowszy film Tarantino jest w stanie przebić "Bękarty wojny" i "Django"? Będzie o to trudno. Łącznie obie produkcje zarobiły niemal 750 milionów dolarów oraz zgarnęły 13 oscarowych nominacji. Pierwsze fragmenty "Nienawistnej ósemki" zapowiadają jednak świetne kino, więc kto wie, kto wie Może wreszcie Quentin doczeka się złotego rycerzyka nie tylko za scenariusz, ale i reżyserię.

Choć po "Death Proof" Amerykanin zaczął kręcić większe produkcje, nie zapomniał o swoich ideałach. Nadal tworzy filmy "od zera", czyli przysłowiowej czystej kartki papieru. Robi wszystko po swojemu - bawi się ulubionymi konwencjami i jeśli ma ochotę, to miesza komedię z tak poważną tematyką, jak II wojna światowa czy niewolnictwo. Bo w końcu czemu nie? Czerpiąc z pracy ogromną radochę, Tarantino myśli jednak głównie o widzu i o tym, jak zapewnić mu rozrywkę na najwyższym poziomie. Wydaje się, że nie jest chłopcem, który traktuje kino niczym swój plac zabaw. A jeśli, to szeroko otwiera bramy i zaprasza, by bawić się razem z nim.