Inni, żeby rozbawić, muszą się starać. W jego przypadku wystarczy kamienny wyraz twarzy

Złamał nos Robertowi De Niro, został na planie pogryziony przez świstaka, a w taksówce pewnego razu zamienił się rolami z kierowcą, by ten spokojnie mógł ćwiczyć grę na saksofonie na tylnym siedzeniu.

Stopklatka TV

Bill Murray nie ma agenta, nie odbiera telefonów, a scenariusz najlepiej wysłać mu pocztą. Bez uprzedzenia lubi znikać z planu, ale gdy już na nim jest, potrafi rozśmieszyć największego gbura, specjalnie się przy tym nie wysilając. - Po prostu jestem sobą - mawia jeden z najlepszych i najbardziej ekscentrycznych amerykańskich aktorów komediowych ostatnich trzydziestu lat.

Wystarczy, że jest

W 2009 roku Murray gościł na gali otwarcia festiwalu Camerimage, promując film „Aż po grób” Aarona Schneidera, w którym zagrał jedną z głównych ról. Gdy stanął na scenie, jeszcze zanim zdążył wypowiedzieć choćby jedno słowo, cała sala wyła ze śmiechu. Tak właśnie z nim jest. Tam, gdzie inni silić muszą się na wymuszone żarty, jemu wystarczy kamienny wyraz twarzy.

Jego znak firmowy to mina będąca połączeniem lekkiego zblazowania, zmęczenia i postępującej depresji. Najlepiej widać to w filmach, które wyznaczyły dwa etapy jego błyskotliwej kariery. Pierwszym z nich jest „Dzień świstaka” Harolda Ramisa z 1993 roku, gdzie wcielił się w rolę prezentera pogody, przeżywającego permanentne déjà vu. Drugim nakręcone dziesięć lat później „Między słowami” Sofii Coppoli, w którym odgrywa osamotnionego, podstarzałego aktora w samym środku tokijskiej metropolii.

„Dzień świstaka”, uznawany za jedno z największych osiągnięć Murraya, był zwieńczeniem ogromnej popularności, jaka przypadła w udziale aktorowi od połowy lat 80. A zarazem zapowiedzią kryzysu jaki nieoczekiwanie spadł na Murraya w latach kolejnych. Być może było to związane z faktem, że film ten był ostatnim zrealizowanym do spółki z utalentowanym komediowym reżyserem Haroldem Ramisem. - Bill chciał, żeby "Dzień świstaka" był bardziej filozoficzny, mnie po prostu chodziło o dobrą komedię - przyznawał Ramis w wywiadach. Swoje ponoć zrobiły też problemy osobiste, jakim w tamtym czasie musiał stawić czoła Bill Murray.

Kiedy aktor pogrążał się w rolach wyraźnie odbiegających od skali jego talentu, przypomniała sobie o nim Sofia Coppola. Napisała scenariusz „Między słowami” właśnie z myślą o nim, dając dowód na to, że Murray ma także spory potencjał dramatyczny. Rola Boba Harrisa i współpraca z będącą u progu wielkiej kariery Scarlett Johansson okazała się strzałem w dziesiątkę i zaowocowała jedyną w karierze Murraya oscarową nominacją. Oraz jedną z najlepszych scen karaoke w historii kina.  

Mistrz ciętej riposty

- Bycie aktorem całkiem mi odpowiada. Muszę być dobry tylko przez dziewięćdziesiąt sekund w danym momencie - przekonuje zawadiacko aktor. Wydaje się zresztą, że na wszystko ma dobrą odpowiedź. Zapytany o bogactwo i sławę, jakie przypadły mu w udziale wypala: Nie widzę zbyt wielu wad bycia bogatym poza płaceniem podatków i krewnymi, którzy proszą cię o pieniądze. Sława to co innego. Nie masz wolnej chwili przez 24 godziny na dobę.

Nierzadko daje się we znaki partnerującym mu aktorom, bowiem ma tendencję do niezapowiedzianych zmian w scenariuszu i improwizacji. Wiedzą coś o tym chociażby ci występujący z nim w „Wigilijnym show”, nieco mniej znanej, ale bardzo udanej komedii Richarda Donnera z 1988 roku. Film ten jest współczesną, nieco zwariowaną wariacją na temat „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. Aktor wciela się tam w rolę wyrachowanego producenta telewizyjnego, nie uznającego żadnej świętości. W wigilijny wieczór nawiedzają go trzy duchy, przypominając o dawno zapomnianej wartości świąt Bożego Narodzenia.

Bill MurrayBill Murray Tony Gutierrez (AP Photo/Tony Gutierrez)

Co ciekawe, w tym filmie Murrayowi partnerują jego trzej bracia. To zresztą oni w dużej mierze przyczynili się do tego, że Bill w ogóle został aktorem. Początkowo planował karierę medyczną, ale zanim na dobre się zaczęła, została bezpowrotnie przerwana po tym, jak na lotnisku w Chicago został zatrzymany z solidną ilością marihuany.

Pomocną dłoń wyciągnął do niego wtedy jeden z braci, który wciągnął Billa do trupy aktorskiej, gdzie występował u boku Jamesa Belushiego czy Alana Arkina. Niedługo później Murray trafił do popularnego programu telewizyjnego Saturday Night Live, gdzie zastąpił samego Chevy’ego Chase’a. Od tego wszystko się zaczęło.

- Prawda jest taka, że jeżeli ktoś staje się sławny, to przez jakieś półtora roku zachowuje się jak dupek. Cały świat staje wtedy na głowie i przez jakiś czas trudno się w tym odnaleźć. Gdy coś takiego się wydarza daje takiej osobie rok lub dwa na poskładanie wszystkiego do kupy. Sam dobrze wiem, jak to jest - przekonuje Murray.

Niektórzy, włącznie z byłym żonami, pewnie wciąż za takiego go uważają. Jest wybredny, ekscentryczny i wyjątkowo chętnie kłóci się z reżyserami. Nie odmawia tylko Wesowi Andersonowi i Jimowi Jarmuschowi. Reszta musi wysyłać scenariusze pocztą.

Tom Hanks i Bill Murray nie są podobni? To popatrz na to zdjęcie i zgadnij, kto na nim jest >>