Jennifer Aniston to ktoś więcej niż królowa komedii. I nie boi się mówić, co myśli

Jako jedynej z grona ?Przyjaciół" z TV płynnie przeszła do kina, gdzie w gatunku komedii nie ma sobie równych. Szukając możliwości rozwoju, trzy lata temu przyjęła rolę w dramacie ?Cake" - tym występem zaskoczyła nie tylko widzów i krytyków, ale też samą siebie.

materiały Stopklatka TV

Kariera Jennifer Aniston ma się bardzo dobrze, układa jej się też w życiu prywatnym – w sierpniu 2015 roku zalegalizowała swój związek ze znanym z serialu „Pozostawieni" Justinem Theroux. Jednak tabloidy i plotkarskie portale wciąż nie dają jej spokoju. Minimum dwa razy w roku ogłaszają ciążę aktorki, wmawiając czytelnikom oraz samej zainteresowanej, że z utęsknieniem czeka ona na zostanie mamą.

Doszło do tego, że Aniston musi tłumaczyć się ze zjedzenia dużego obiadu albo ubrania zbyt luźnej bluzki. Kilka miesięcy temu poinformowała, że ma dość. W swoim eseju dla „Huffington Post" jasno dała do zrozumienia, co myśli o takim traktowaniu. – „Wierzę, że my, kobiety, robimy masę niezwykle ciekawych rzeczy. Nie ograniczają się one do prokreacji" - napisała.

"Na Rachel poproszę"

Aniston o mały włos nie porzuciłaby marzeń o karierze aktorskiej. Debiut na ekranie zaliczyła, gdy miała 21 lat, ale wszystkie seriale, w których występowała, były bardzo szybko zdejmowane z anteny. W końcu młoda dziewczyna stwierdziła, że pewnie czeka ją podobny los jak rodziców – aktorów przez całe życie grających głównie epizody.

W akcie desperacji zaczepiła kiedyś na stacji benzynowej prezesa stacji NBC, Waltera Littlefielda, prosząc, aby szczerze powiedział jej, czy ma w ogóle szansę na sukces w branży. Mężczyzna rozkazał, aby nie poddawała się i wierzyła, że przełom w końcu nadejdzie. Zaledwie kilka miesięcy później zaproszono ją na casting do „Przyjaciół".

Jannifer Aniston w CakeJannifer Aniston w Cake materiały prasowe Stopklatka TV

Serial był fenomenem, a wątek Rachel oraz Rossa okazał się spoiwem łączącym ze sobą kolejne sezony – to jeden z najbardziej rozpoznawalnych telewizyjnych romansów. Cała szóstka głównych aktorów cieszyła się ogromną popularnością, ale to Aniston była największą gwiazdą. W czasie emisji serialu w zakładach fryzjerskich padało krótkie hasło: „na Rachel poproszę". Aktorkę coraz częściej angażowano do filmów kinowych i powoli stawała się ona ulubienicą widzów.

Nie ma co ukrywać, że sławę zawdzięcza też w dużej mierze związkowi z Bradem Pittem. Nazywano ich pierwszą parą Hollywood, idealnym małżeństwem z Fabryki Snów, i tak dalej. Niestety, kiedy kręcono ostatnie odcinki serialu, Pitt poznał na planie „Pana i Pani Smith" Angelinę Jolie. Co było potem, wszyscy wiemy.

To był bardzo trudny czas dla Aniston, ale aktorka pozbierała się. Nie załamała się nawet, gdy zaraz po rozwodzie musiała pojawić się na zdjęciach do… „Sztuki zrywania" – filmu o rozpadzie długoletniego związku. Jak mówiła po latach, praca okazała się wtedy wybawieniem. Aniston udało się przejść przez ten okropny okres z klasą, co spotkało się z jeszcze większą sympatią ze strony fanów. Gdyby media społecznościowe już wtedy były tak rozwinięte, hashtagi #TeamJennifer zalewałyby internet.

Oscar, który przeszedł koło nosa

Aktorka od lat uznawana jest za mistrzynię komedii. Ma naturalny talent do humorystycznych dialogów – „Bruce Wszechmogący", „Szefowie wrogowie" czy „Nadchodzi Polly" u każdego widza wywołują uśmiech. Z takich ról kojarzymy ją najlepiej, ale aktorka nie ogranicza się do prostych poprawiaczy nastroju. Kiedy trzeba, potrafi też stworzyć złożoną, dramatyczną kreację.

Pierwsze oznaki tego widzieliśmy np. w „Życiowych rozterkach" czy „Przyjaciołach z kasą". W drugim z tych filmów Aniston wcieliła się w sprzątaczkę, która nie radzi sobie z tym, że jej przyjaciółki są zamężne i bogate, a ona musi prowadzić skromne, samotne życie. Partnerowała tam samej Frances McDormand i według wielu recenzentów wcale od niej nie odstawała. Pełnię talentu Aniston pokazał chyba jednak dopiero dramat „Cake" z 2014 roku.

Film opowiada o Claire, która cierpi z powodu chronicznego bólu. Podstawowe czynności sprawiają jej ogromny wysiłek, jest wiecznie zła i rozdrażniona. Widz początkowo nie wie, co jej się przytrafiło i jaka jest jej historia. Obserwuje tylko, jak ciężko jest kobiecie przeżyć kolejny dzień. „Cake" to tak naprawdę film o podejmowaniu przez Claire decyzji – czy próbować jeszcze walczyć, czy może lepiej odpuścić, tak jak zrobiła to jej znajoma z grupy terapeutycznej, Nina. U boku lojalnej gosposi chce dać sobie ostatnią szansę i choć na chwilę, na pozór zmusić się do życia.

To teoretycznie w ogóle nie jest fabuła w jakiej miałaby się odnaleźć Aniston. A jednak – zagrała bezbłędnie, minimalistycznymi środkami tworząc złożony, przejmujący portret swojej bohaterki. Nie bała się być na ekranie brzydka. Claire właściwie przez cały czas prezentuje się bez makijażu, z bliznami na twarzy, w dresie – wbrew pozorom w Hollywood, zwłaszcza po przekroczeniu pewnej granicy wiekowej, trzeba mieć odwagę, aby zdecydować się na taki krok. Aniston musiała przytyć i zawiesić treningi, ale nie zastanawiała się jednak ani chwili.

- Zakochałam się w tym filmie. Czułam się, jakbym znowu wróciła na zajęcia do szkoły aktorskiej – to była rola, która wymagała wielkiego wysiłku, możliwe, że największego w całej mojej karierze. Było ciężko, ale bez tego nie rozwijamy się. A ja bardzo chciałam przeżyć jeszcze coś takiego – opowiadała przed premierą. Aktorka otrzymała za tę rolę nominacje do Złotego Globu, Nagrody Gildii Aktorów Ekranowych oraz Critics' Choice. Oscary dość niespodziewanie przeszły jej koło nosa, ale „Cake" to i tak wielki triumf Aniston, która udowodniła, że potrafi znacznie więcej, niż wskazywałyby na to jej najpopularniejsze role.

W końcu mówi: dość!

Po „Cake" był m.in. wypełniony gwiazdami „Dzień matki", zrealizowana w stylu Woody'ego Allena „Dziewczyna warta grzechu" czy szalona „Firmowa gwiazdka". Aniston zdecydowanie nie zwalnia tempa, ale głośno było o niej ostatnio z całkowicie poza-zawodowych powodów.

Jennifer AnistonJennifer Aniston MARIO ANZUONI / REUTERS / REUTERS

Wszystko zaczęło się, kiedy aktorka w lipcu wybrała się wraz z mężem na wakacje. Podczas wyjazdu zrobiono jej zdjęcia, na których po raz setny zauważono u niej „ciążowy" brzuch. Wracając do Stanów, Aniston została wprost zaatakowana na lotnisku – przywitały ją setki dziennikarzy oraz fotoreporterów, pytając o płeć dziecka i termin porodu. Aktorka, która chciała po prostu odpocząć po trudnych doświadczeniach związanych z chorobą i śmiercią matki, poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Miała dosyć tego, że przez ostatnich 15 lat regularnie w prasie pojawiają się jej zdjęcia z brzuchem zakreślonym na czerwono i wielką strzałką wskazującą domniemane dziecko.

"Czułam się strasznie uprzedmiotowiona. Cały czas prasa sugeruje mi, że nie mając dziecka, jestem niespełniona, nieszczęśliwa i w jakiś sposób niekompletna jako kobieta. To, w jaki sposób pokazuje się mnie, jest jedynie symbolem tego, jaki jest wizerunek kobiety w mediach – mierzony poprzez wypaczone standardy. To, że mamy waginy, macice i owulacje, nie oznacza od razu, że naszym jedynym celem ma być płodzenie dzieci. Tabloidy muszą w końcu wziąć odpowiedzialność za to, co wtłaczają w umysły czytelników" – tak pisała w eseju, opublikowanym krótko po zajściu na lotnisku.

Aktorka tłumaczyła, że początkowo chciała po prostu wylać swoją frustrację na papier, dla siebie, ale po pewnym czasie stwierdziła, że to przesłanie powinno dotrzeć też do innych. „Musimy przestać kupować takie gazety. Żyjemy w czasach, w których trzeba się wspierać, kochać nawzajem i być dumnym z tego, jacy jesteśmy, bez względu na nasze wybory życiowe. To, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i spełnieni, jest tylko i wyłącznie naszą decyzją" - pisała. Trudno się nie zgodzić. Aniston po raz kolejny pokazała wielką klasę.