Gwiazda Blur: Na początku graliśmy w takich dziurach, że po koncertach mieliśmy podbite oczy

Gorillaz, Blur, Klaxons - wielkie zespoły brytyjskiej sceny alternatywnej. Ich członkowie pojawili się na festiwalu The Great Escape w zupełnie nowych rolach.

W Brighton zakończyła się konferencja branży muzycznej i festiwal promocyjny The Great Escape. Przez trzy dni przedstawiciele wytwórni płytowych, agencji koncertowych, narodowych biur eksportu muzyki i innych podmiotów związanych z tą dziedziną sztuki, dyskutowali o najważniejszych problemach swojego środowiska. Oglądali także występy młodych wykonawców, którzy starają się zainteresować swoją twórczością szerszą publiczność.

Gwiazdy z podbitymi oczami

Jednym z najbarwniejszych elementów konferencji było spotkanie, podczas którego brytyjscy muzycy reprezentujący różne gatunki i pokolenia opowiadali o swoich doświadczeniach związanych z graniem w zespołach. Prawdziwą gwiazdą spotkania okazał się najstarszy i najsłynniejszy spośród uczestników, Dave Rowntree, perkusista cieszącej się wielką światową sławą grupy Blur. Rozbawił słuchaczy do łez opowieściami o trudnych początkach kariery zespołu.

- Zaczęło się naprawdę nieprzyjemnie. Nasz pierwszy menedżer zabrał nasze pieniądze i ogłosił upadłość. Mieliśmy zaplanowaną trasę po Stanach Zjednoczonych. Nie chcieliśmy jechać, ale odwołanie tych koncertów zrujnowałoby nas zupełnie. Graliśmy w jakichś potwornych dziurach, gdzie nie tylko nikt nie znał naszego zespołu, ale gdzie nikt nie widział żywego Anglika od czasu wojny o niepodległość. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko wszyscy mieliśmy podbite oczy. Próbowaliśmy sprzedawać koszulki, żeby ratować nasz budżet, ale w tej sytuacji to oczywiście nie miało żadnych szans powodzenia.

Blur AD 2015. Od lewej: Dave Rowntree, Alex James, Graham Coxon i Damon AlbarnBlur AD 2015. Od lewej: Dave Rowntree, Alex James, Graham Coxon i Damon Albarn Fot. Materiały prasowe

Rowntree opowiadał też o tym, skąd wzięła się nazwa grupy, pod którą poznał ją cały świat.

- Nazwa zespołu zawsze wydaje się trudną sprawą, ale tak naprawdę to żaden problem. Kiedy grupa gra świetną muzykę, nazwa nie ma przecież żadnego znaczenia: zaczyna się kojarzyć z zespołem, a nie ze swoim podstawowym znaczeniem. Najlepszy przykład to oczywiście The Beatles - przecież ta nazwa to jakaś potwornie mało zmyślna gra słów, która dziś nie ma żadnego znaczenia, bo wszystkim kojarzy się tylko ze wspaniałym zespołem. Jeśli chodzi o Blur, na początku działalności zmienialiśmy nazwę co tydzień. Dopiero kiedy zaczęliśmy na poważnie rozmawiać z wytwórnią o podpisaniu kontraktu, musieliśmy zdecydować się na jedną nazwę. Zrobiliśmy burzę mózgów i wypisaliśmy sobie wszystkie propozycje, które krążyły w powietrzu. Spotkanie i swoją listę zrobili też ludzie z wytwórni. Blur było jedyną nazwą, która pojawiła się na obu listach. Uznaliśmy, że to znak i stwierdziliśmy, że zostaniemy przy tym.

Muzyk zdradzał także szczegóły dotyczące słynnych płyt grupy.

- Przed nagraniem albumu "Think Tank" postanowiłem, że nie będę używać tradycyjnego zestawu perkusyjnego. To był niby drobiazg, który wpłynął bardzo mocno na kształt warstwy rytmicznej tej płyty: przez cały czas musiałem wymyślać sposoby, żeby jakoś wypełnić przestrzeń rytmami zagranymi inaczej niż zwykle, okazało się to bardzo inspirujące.

Dzieci apokalipsy i brak Polaków

Trzy dni festiwalu w Brighton wypełnione były zapowiadanymi wcześniej albo całkiem niespodziewanymi atrakcjami. Jedną z tych spontanicznych i zaskakujących był improwizowany występ artysty znanego jako Rag’n’Bone Man. Muzyk, cieszący się dziś ogromną popularnością w swej rodzimej Wielkiej Brytanii, był headlinerem festiwalu, a jego podstawowy koncert zaplanowany był na sobotni wieczór na największej scenie. W ostatniej chwili okazało się, że artysta wystąpi także, zupełnie nieoficjalnie, na jednym z miejskich placów. Ci, którzy akurat przechodzili obok, przystawali zachwyceni, nie wierząc do końca, że przez przypadek udało im się uczestniczyć w tak niecodziennym wydarzeniu.

Głośnym echem odbił się także pierwszy w historii występ zespołu Youth Of The Apocalypse. To nowa formacja założona przez muzyków znanych z takich zespołów, jak Gorillaz i Klaxons. Zagrała w Brighton bardzo brawurowy koncert: krótki, eksplodujący energią, zawrotnie żywiołowy. Artyści połączyli w kilku swoich premierowych piosenkach elementy gatunków, na których bazowały ich macierzyste zespoły, a potem podnieśli sobie bardzo mocno poprzeczkę, jeśli chodzi o tempo i intensywność grania. Rezultatem jest zawrotny koktajl gitarowego rocka, hip-hopu, reggae, fusion i kilku innych gatunków, który ma spore szanse na to, żeby stać się wielkim przebojem. Nazwę tej grupy warto zapamiętać - na Wyspach zaczęto ją powtarzać coraz głośniej, jeszcze zanim po premierowym koncercie wystygły wzmacniacze.

W Brighton zaprezentowała się w tym roku mocna reprezentacja zespołów z kilku kontynentów. Najwięcej było oczywiście gospodarzy: Brytyjczycy wysłali do Brighton przedstawicieli najróżniejszych gatunków: od punkowego cudownego dziecka tamtejszej sceny, Ratboya, do producentów klubowej elektroniki. Gościem specjalnym tegorocznej edycji imprezy była Szwajcaria, bardzo widoczne były muzyczne delegacje z USA, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Koreańczycy promowali bardzo intensywnie swoje zespoły, a przy okazji - przyszłoroczne igrzyska zimowej olimpiady. Niestety, zabrakło tym razem polskiej reprezentacji - po kilku latach stałej obecności i rosnącego zainteresowania naszymi wykonawcami, ich nieobecność była w tym roku boleśnie wyczuwalna.

"Strażnicy Galaktyki vol. 2", "Obcy: Przymierze" i nowi "Piraci z Karaibów". Oto najważniejsze premiery maja

Więcej o: