Cudowne dziecko polskiego kina. Tak Machulski robił swoje filmy

Juliusz Machulski, nazywany nie bez przesady "cudownym dzieckiem polskiego kina", szybko wywalczył sobie miejsce w branży, stając się jednym z najbardziej cenionych twórców komediowych.

StopklatkaTV

Synowi Jana i Heleny Machulskich, wybitnej aktorskiej pary, pisana była wielka kariera. Już po roku rzucił studia polonistyczne, by przenieść się na wydział reżyserii w łódzkiej filmówce. Na zmianę uczelni namówił przy okazji również swoją ówczesną miłość, Bożenę Stryjkównę, którą kilka lat później poślubił. To właśnie z myślą o niej nakręcił w 1983 roku kultową już "Seksmisję", uchodzącą dziś za jedną z polskich komedii stulecia.

Zadebiutował dwa lata wcześniej filmem "Vabank" ze scenariuszem własnego autorstwa. Komedia – stawiana przez krytyków na równi z najlepszymi produkcjami amerykańskimi – zgarnęła szereg nagród i wywołała niemałe poruszenie. Mówiono, że wreszcie pojawił się twórca, który nie boi się wykraczać poza schematy i przywraca kinu popularnemu dobre imię. Reżyser namówił do współpracy swojego ojca i nie dało się nie zauważyć, że to właśnie pod okiem syna Jan Machulski stworzył swoje najlepsze i najbardziej zapadające w pamięć kreacje. On sam przyznawał, że rola Kwinto przylgnęła do niego na dobre. Chętnie pojawił się w kolejnej części i zapewniał, że wystąpi również w trzeciej odsłonie kultowej serii. Niestety, nie zdążył – zmarł w 2008 roku, a plany nakręcenia kontynuacji zawieszono.

Juliusz MachulskiJuliusz Machulski Fot. Albert Zawada / AG

O stworzeniu "Seksmisji" Machulski myślał już na studiach – po lekturze książki "Perspektywy XXI wieku" zamarzyło mu się nakręcenie science fiction. "Dotarłem do rozdziału o genetyce i tam po raz pierwszy zetknąłem się z partenogenezą. Czułem, że to jest dobry trop: same kobiety…", wspominał w wywiadzie dla magazynu "Maleman". Dorzucił do scenariusza dwie postacie męskie, które mogłyby wprowadzić w tym pozornie idyllicznym świecie niemałe zamieszanie – i to był przepis na sukces!

Problem powstał, gdy przyszło do obsadzenia głównych ról. Początkowo Machulski myślał o duecie Olgierd Łukaszewicz i Jan Englert, ale szybko z tego pomysłu zrezygnował. "Jerzy Kawalerowicz, mój producent, nauczył mnie już przy "Vabanku", że "dwóch przystojniaków to niedobrze"". Skreślił więc kandydaturę Englerta i zwrócił się do Jerzego Stuhra – choć był przekonany, że aktor, grający głównie w filmach poważnych, odrzuci propozycję bez wahania. Tymczasem Stuhr nie posiadał się ze szczęścia. "O Jezu, ja czekam na jakąś komediową rolę! Mam już dosyć tego moralnego niepokoju!", oznajmił zaskoczonemu reżyserowi. Lamią została Stryjkówna (i choć zdobyła popularność, po premierze jej kariera stanęła w miejscu – aktorce proponowano później głównie pełnienie na ekranie "funkcji dekoracyjnej", zostawiła więc film i skupiła się na teatrze), a Jej Ekscelencją – Wiesław Michnikowski. "A wszystko przez Erwina Axera. To on zawsze mówił, że widziałby mnie w roli jakiejś uroczej starszej damy. Jakoś w teatrze nie było okazji, więc gdy Julek Machulski zaproponował mi rolę Wielkiej Ekscelencji, postanowiłem ją przyjąć i pozwoliłem sobie zadedykować ją Erwinowi", wspominał aktor w jednym z wywiadów.

Dla Machulskiego "Seksmisja" była wyzwaniem – otrzymał spory budżet, a oczekiwania publiczności i krytyki wzrosły. Zależało mu, by nakręcić film przynajmniej dobry, pokazać się jako twórca rzetelny, potrafiący sprostać postawionym przed nim wymaganiom. Sukces przerósł jego najśmielsze oczekiwania, zwłaszcza kiedy usłyszał, że komedię obejrzało ponad dwanaście tysięcy widzów.

Praca na planie, choć przyjemna, nie zawsze przebiegała gładko. Pieniądze rozeszły się błyskawicznie, a nieprzewidziane wydatki stale się mnożyły. Sporą część funduszy pochłonęło na przykład ściągnięcie na plan szympansicy, która otrzymała sowitą gażę (dziesięć razy więcej za dzień od Stuhra). Zmartwienia filmowcom wynagradzały za to aktorki-naturystyki, które nie miały problemów z rozbieraniem się przed kamerami. Czasem tylko pojawiały się zgrzyty – na przykład w osobie zazdrosnego narzeczonego, który nie mógł się pogodzić z bezpruderyjnością ukochanej i żądał oddania negatywów. Cenzorzy oczywiście też wtrącili swoje trzy grosze, ale w kilku przypadkach Machulski pozostał niezłomny – nie wyciął ani sceny, w której Maks pokazuje znak Solidarności, ani kwestii "Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja", wymyślonej, tak jak wiele innych powtarzanych dziś chętnie cytatów, spontanicznie na planie.

Stopklatka TV zaprasza na komedie Juliusza Machulskiego w każdą listopadową sobotę o 20:00.