"Terror": Wiktoriańscy marynarze to byli zupełnie inaczej skonstruowani ludzie [WYWIAD]

Serial "Terror" mrozi krew w żyłach nie tylko bohaterom, ale również widzom. Rozmawiamy z odtwórcą jednej z głównych ról, Ciaránem Hindsem, który zagrał w "Terrorze" Johna Franklina.

Kalina Mróz: Po co nam dzisiaj serial o zaginionej wyprawie Royal Navy do Arktyki sprzed 173 lat?

Ciarán Hinds: To ponadczasowo fascynująca opowieść. A po co uczymy się historii, skoro mamy ją już za sobą? Wydarzenia historyczne uczą nas wielu rzeczy, poza tym dzisiaj dysponujemy narzędziami do lepszego zgłębiania przeszłości i zamierzchłych kultur. Możemy dzięki temu poznawać różne etapy kształtowania się ludzkości i temu lepiej rozumieć, kim jesteśmy. Dzisiaj wciąż mamy przecież różnych odkrywców, którzy zapuszczają się na Biegun Północny…

Albo na K2 zimą…

- Właśnie! Ale oni wszyscy wiedzą, gdzie idą, co jest w tych niedostępnych miejscach. A marynarze Royal Navy z "Terroru" nie mieli pojęcia, dokąd zmierzają. Mieli za zadanie zapełnić puste obszary mapy, odkryć Przejście Północno-Zachodnie do Chin i Indii. To ciekawe, wczuć się w ich sytuację i wyobrazić sobie taki punkt widzenia.

Ale "Terror" to nie tylko historia, jest w nim też element paranormalny.

- Tak, działający na wyobraźnię. Tego typu opowieści z przeszłości, z nieco baśniowym motywem, pozwalają też tak po prostu oderwać się od rzeczywistości, uciec w bardzo odległą krainę. Oczywiście jeśli są dobrze zrealizowane i pozwalają poczuć klimat świata, którego już nie ma lub nigdy nie było. To eskapizm, nie widzę w nim niczego złego.

 

Historia wyprawy poszukującej Przejścia Północno-Zachodniego sama w sobie jest bardzo ciekawa. Potwór z lodu, bo o nim mowa, był potrzebny do dodatkowego podkręcania akcji?

Predator! Dla mnie to taka metafora nieznanego obszaru i nieprzyjaznej człowiekowi natury. To miejsce w dzikiej Arktyce połknęło ekspedycję Franklina, która przepadła bez wieści. Mamy tu do czynienia z przestrogą: jeśli wybierasz się w nieznane i nie szanujesz obcego terytorium, nie jesteś ostrożny, zginiesz. To coś, co tam jest, zabije cię. Cały wątek predatora z lodu jest bardzo ciekawie poprowadzony, bo marynarze wciąż się zastanawiają, czy to tylko wyobraźnia płata im figle, czy naprawdę ściga ich jakieś monstrum. 

Yeti!

- Albo coś. Nasza planeta jest pełnia stworzeń, których nie znamy, dziwacznych gatunków. A w połowie XIX wieku fauna Arktyki była bardzo słabo zbadana. Więc marynarze mieli prawo sobie wyobrażać jakieś wspaniałe, fascynujące i przerażające stworzenia. Przebywali zresztą w niesamowitym otoczeniu, arktyczne światło jest czymś zupełnie nieziemskim.

Ten potwór jest związany z kulturą Inuitów.

- Tak, marynarze spotykają w "Terrorze" Inuitkę zwaną Lady Silence, przedstawicielkę zupełnie obcej kultury. Wiktoriańscy odkrywcy naruszają ziemie Inuitów na brytyjską modłę, forsują swój sposób bycia. A powinni raczej połączyć dwie kultury, spróbować zrozumieć to, czego nie znają. Mogliby się nauczyć od nich, jak przetrwać.

Pochodzi pan z Belfastu, a w "Terrorze" musiał pan wejść w skórę żyjącego naprawdę, wiktoriańskiego przywódcy, komandora Johna Franklina. Anglika, kolonizatora.

- Tak, to było ciekawe doświadczenie. Naprawdę trudno zawyrokować, dlaczego twórcy "Terroru" obsadzili mnie w tej roli. Ale podejrzewam, że kojarzą mnie w władczymi bohaterami. Grałem już przecież Cezara [serial "Rzym"], prezydenta [miniserial "Political Animals"] czy przywódcę Dzikich Mance’a Rydera ["Gra o tron"]. Może dlatego pomyśleli o mnie, potem zrobił się produkcyjny bałagan, może zaprosili jeszcze jakichś aktorów na casting, a na koniec wrócili do pierwotnego pomysłu, czyli obsadzenia mnie? Jared Harris też ma Irlandzkie korzenie, po ojcu.

Powiedział mi, że grany przez niego komandor Crozier zostawił mnóstwo listów i można było na ich podstawie stworzyć bardzo realistyczny portret tego żeglarza w powieści i serialu…

- Jared Harris to wielki kłamczuch! A tak na serio, pierwszy raz spotkaliśmy się na planie i wspaniale nam się pracowało. Cudowny człowiek, bardzo wyjątkowy. Fajnie też było znowu pracować z Tobiasem Menziesem [grał w "Rzymie" Brutusa]. W "Terrorze", podobnie jak w "Rzymie", mamy trochę ojcowsko-synowską relację. Na szczęście tym razem nie dźgnął mnie nożem. Graliśmy też razem w "Grze o tron", ale nie mieliśmy ani jednej wspólnej sceny.

 

A wracając do "Terroru", czy grany przez pana komandor sir John Franklin też tak dokumentował swoje życie, jak Crozier?

- Oprócz tego, że służył w marynarce przez czterdzieści lat, był też przez jakieś sześć lat gubernatorem Ziemi van Diemena, czyli dzisiejszej Tasmanii. Więc z pewnością miał wiele powodów do opisywania swojego życia. Ale prawda jest taka, że ja nic z tego nie przeczytałem. Zapoznałem się jednak z jego biografią i życiowymi aspiracjami, poczułem, kim był ten człowiek. Moim podstawowym zadaniem w kreowaniu Franklina było zrozumienie kontekstu historycznego. Wiktoriańscy odkrywcy byli zupełnie innym gatunkiem ludzi, niż my dzisiaj. Jako żołnierze bezwzględnie oddani królowej i ojczyźnie, poświęcali się dla chwały Imperium Brytyjskiego. Poza tym Franklin był niezwykle religijnym człowiekiem. Wierzył w moralne, boskie prawo do prowadzenia ekspedycji odkrywczych. Ten sposób myślenia bardzo zawężał jego perspektywę patrzenia na świat i sprowadzał na marynarzy pod jego komendą nieszczęście.

W "Terrorze" bardzo ważna jest też kwestia żony komandora.

- To niezwykle ambitna kobieta, która wywiera na mężu presję. Chce, żeby sir John za sprawą swoich dokonań przywrócił rodzinie wysoki status społeczny. Gubernator Tasmanii raczej nie cieszy się jakąś specjalną estymą w Londynie. Odkrycie Przejścia Północno-Zachodniego przywróciłoby Franklinów na brytyjskie salony. Co ciekawe, sir John wcale nie był pierwszym, ani nawet drugim wyborem Royan Navy na dowódcę wyprawy. Był doświadczonym żeglarzem, ale najwyraźniej wcale nie tak wybitnym, jak mu się wydawało. Wybitny był komandor Francis Crozier, drugi dowódca ekspedycji.

Którego nikt nie doceniał?

- Bo był Irlandczykiem, człowiekiem z niższego stopnia społecznego. A w tamtych czasach liczyli się tylko ludzie na najwyższym szczeblu klasowej drabiny. Franklin lubił Croziera, zdawał sobie sprawę z jego umiejętności, ale wiedział też o jego alkoholizmie, którego w pewnym momencie nie mógł znieść. Poza tym sir John nie był zbyt surowy dla swoich ludzi, w przeciwieństwie do Croziera, który wprowadzał ostrą dyscyplinę. Kiedy się dowodzi okrętem pełnym mężczyzn, reguły muszą być przestrzegane bardzo rygorystycznie. Wszystko musi się dziać o ściśle określonych godzinach, wszystko musi być precyzyjnie uporządkowane. Franklin nie był więc szczególnie szanowany przez marynarzy, z powodu swojej łagodności. Crozier cieszył się większym respektem, bo był też po prostu lepszym żeglarzem.

Franklin miał za sobą pewną bardzo nieudaną ekspedycję polarną i ciągnęła się za nim zła reputacja.

- O tak. Pierwsze kroki jako marynarz stawiał w wieku 12 lat, a do Royal Navy zaciągnął się jako piętnastolatek. Brał udział w bitwie o Trafalgar w 1805 roku. Generalnie uczestniczył w kilku wyprawach polarnych, w których miał sporo sukcesów. Ale rzeczywiście, w latach 1819-22 przytrafiła mu się katastrofalna podróż do Coppermine River [północna Kanada], podjął kilka złych decyzji i stracił jedenastu z dwudziestu ludzi. Pewnie pani słyszała, że mówiono o nim "człowiek, który zjadł własne buty". Musiał z głodu zjadać skórę z butów, bo w tej mroźnej krainie nie było zupełnie niczego do jedzenia.

Mimo tych potwornych doświadczeń dalej odbywał ekspedycje polarne. Jak to możliwe?

- No właśnie, ja po jednym dniu spędzony w Arktyce w tamtych warunkach powiedziałbym: "dziękuję, mi już wystarczy". To byli zupełnie inaczej skonstruowani ludzie. Ich świadomość składała się z własnego ja, ojczyzny, królowej Wiktorii i Boga. Trudno powiedzieć, co było dla nich najważniejsze. Czy zaspokojenie osobistych ambicji i awans społeczny, czy obowiązek wobec królowej i przekonanie o boskości odkrywczych misji.

 

Sir Franklin, pchany poczuciem boskiej misji, popełnił podczas swojej ostatniej wyprawy kolejny katastrofalny błąd?

- Tak to przedstawiamy w serialu. Nie posłuchał rady Croziera. Ale nie wiemy, jak było naprawdę. Generalnie morał tej sytuacji jest taki: jeśli masz u boku kogoś bardziej doświadczonego i uzdolnionego od siebie, słuchaj jego rad.

Większość zdjęć do "Terroru" kręciliście w Budapeszcie, w studiu, z pomocą green screenu. Musiał pan więc sobie wiele wyobrażać. Okręty też?

- Mieliśmy jeden okręt, który udawał dwa, Erbusa i Terror. Został zbudowany naprawdę i był przepiękny, olbrzymi, zajmował całe studio. Kiedy po nim spacerowałem, czułem się jak na prawdziwym statku. Na pokładzie nie musiałem sobie niczego wyobrażać, scenograf Jonathan McKinstry zrobił niesamowitą robotę. Przestrzeń zapełniły przepiękne meble z epoki, rysunki, rekwizyty. Ale kiedy przechadzałem się po okręcie w ciężkim mundurze i płaszczu, musiałem pamiętać o tym, że mojemu bohaterowi jest zimno. I nie było to trudne, bo oko chłonęło atmosferę scenografii i mózg dawał się oszukać, a technicy utrzymywali temperaturę w studiu na niskim poziomie. Poza tym kręciliśmy między grudniem a lutym, a w wtedy w Budapeszcie jest naprawdę zimno.

Korzystaliście podczas kręcenia z pomocy historycznego konsultanta?

- Prawdziwy marynarz z Royal Navy był obecny na planie przez pierwsze osiem tygodni. Pilnował realiów, ale z rozsądkiem. Kiedy ja, jako komandor Franklin, pojawiałem się na pokładzie, każdy członek załogi powinien rzucić swoje zajęcia i salutować. Musieliśmy jednak zachować pewną ekonomię i zmieścić w scenie dużo treści, bez aż takich przestojów. Ekspert doradzał nam różne skrótowe wersje marynarskiej etykiety. Zwracał mi uwagę, że komandor nie salutowałby nikomu pierwszy, że dawałby tylko jakieś subtelne powitalne sygnały załodze. Osoba u władzy zachowuje się na okręcie dość wyniośle. Pokazywał nam, jak i kiedy używa się dzwonu, jak stawiać żagle. Na szczęście ja nie musiałem wykonywać tej ciężkiej roboty fizycznej, tylko się przyglądałem, po czym schodziłem pod pokład na filiżankę herbaty… Ciekaw jestem, jak to wyszło. Ile odcinków pani widziała?

Pokazano mi cztery. Robią wrażenie.

- Ja jeszcze nie zdążyłem obejrzeć nawet jednego, gram ostatnio bardzo dużo w teatrze i na nic nie mam czasu. Ale słyszałem od kolegów, że ten serial naprawdę dobrze wygląda. Cieszę się, bo miałem poczucie, że ekipa bardzo się przykłada do każdego szczegółu.

To widać, no i obsada jest bardzo dobra. Ale głównie męska.

- Czasami było nas w studiu trzydziestu w jednej scenie. Sami mężczyźni. O dziwo, dogadywaliśmy się bardzo dobrze.

Była też małpa.

- Dobry Boże, tak. W jednej ze scen Franklin dostaje od żony, granej przez Gretę Scacchi małpkę. Wchodzę na plan, a to zwierzątko siedzi Grecie na głowie i wbija pazury w jej perukę! Piekielna małpa!

Pan miał z nią chyba najwięcej scen? Nie lubił jej pan?

- Nie no, była słodka. Ale dość ruchliwa i nerwowa. To zabawne, bo pewnego dnia na plan wszedł scenograf Jonathan McKinstry i zobaczył, jak ćwiczę z małpką na ramieniu jedną ze scen. Popatrzył na nas uważnie, po czym zapytał: „Zaraz, zaraz… Czy to Maximilan?!” A trener małpy odpowiedział: „Tak, pracuję teraz z Maxem”. Okazało się, że to zwierzątko grało w „Rodzinie Borgiów”, przy której pracował Jonathan. Najwyraźniej jest zapracowaną supergwiazdą.

Z Ciaránem Hindsem rozmawiała Kalina Mróz. Przeczytajcie również wywiad z Tobiasem Menziesem > > >

Ciarán Hinds irlandzki aktor teatralny, radiowy, telewizyjny i filmowy. Wystąpił w "Monachium" Spielberga, "Aż poleje się krew" Andersona, zagrał również Cezara w serialu HBO "Rzym".

"Terror", prod. Ridley Scott, USA 2018. Wyk. Jared Harris, Tobias Menzies, Ciarán Hinds, Paul Ready, Adam Nagitis

Kolejne odcinki: czwartek, 22:00, AMC

"Terror", prod. Ridley Scott, USA 2018. Wyk. Jared Harris, Tobias Menzies, Ciarán Hinds, Paul Ready, Adam Nagitis. AMC