"Mroczne materie". Jeśli tęsknicie za rozmachem i magią "Gry o tron", HBO ma godnego następcę

4 listopada na  HBO Go odbyła się premiera serialu "Mroczne materie". Nowa koprodukcja BBC i HBO ma wciągającą fabułę, tajemnice i zagadki, doskonale dobraną obsadę, piękne zdjęcia i rozmach porównywalny do tego, który widzieliśmy w "Grze o tron". To pozycja obowiązkowa dla wielbicieli fantasy.
Zobacz wideo

"Mroczne materie" to ekranizacja popularnej trylogii fantasty o tym samym tytule. Powieści autorstwa Phillipa Pullmana są uważane za arcydzieło gatunku i jednego im nie można odmówić - opisują fenomenalnie skonstruowany świat, pełny ciekawych powiązań i specyficznej symboliki. Książki są wciągające i zachwycające, ale też niełatwe do przełożenia na język filmu. Jednak z tego, co już widziałam, tym razem filmowcom wyszło całkiem nieźle. 

HBO ma nowy serial fantasy. Ale nie spodziewajcie się, że to nowa wersja "Gry o tron"

"Mroczne materie" to serial, który stopniowo odkrywa przed widzem swoje bogactwo i wprowadza kolejne elementy świata przedstawionego w takim tempie, by można było spokojnie poskładać wszystko w całość. To oczywiście oznacza, że trzeba oglądać uważnie, ale naprawdę warto, bo to czysta magia. W takich momentach można na nowo odkryć w sobie dziecko i zachwycić się fantazją autora książki i kunsztem filmowców. Nie tylko umiejętnie poprowadzili główny wątek, ale też stworzyli interesujących bohaterów, których prawdziwe motywacje powoli odkrywamy, dzięki czemu można wsiąknąć w historię bez reszty.

W rolach głównych wystąpili m.in. James McAvoy (Lord Asriel), znany choćby z serii filmów o X-menach, Ruth Wilson (Marisa Coulter), która pojawiła się m.in. w doskonałym serialu kryminalnym "Luther" czy popularnym "The Affair", a także młodziutka Dafne Keen (Lyra Belacqua), która zagrała jedną z głównych postaci w głośnym "Loganie" u boku Hugh Jackmana i Patricka Stewarta. I ta trójka aktorów została dobrana do swoich ról idealnie - wszyscy wypadli bardzo przekonująco. 

W fantazyjnym uniwersum "Mrocznych materii" każdy człowiek ma swojego dajmona, z którym łączy go silna więź. To w istocie ludzka dusza, która przybiera postać jakiegoś zwierzęcia, które najlepiej oddaje charakter danej osoby.

Główną bohaterką opowieści jest 12-letnia Lyra Belacqua - rezolutna dziewczynka, której rodzice zginęli w wypadku, kiedy była małym dzieckiem, a jej jedyny opiekun, wuj Lord Asriel zostawił ją na wychowanie w oksfordzkim kolegium Jordana. Lyra zgodnie z prastarą przepowiednią zmieni oblicze świata, który zna. Jednak by ta przepowiednia się spełniła, dziewczynka musi wyruszyć w podróż. Wpadnie na trop groźnego spisku, będzie odwiedzać kolejne światy i jednocześnie odkrywać kolejne tajemnice. 

"Mroczne materie" na pewno wypełnią lukę po hicie HBO "Gra o tron", ale na szczęście nie próbują jej pod żadnym względem udawać. Nie zabraknie oczywiście walki o władzę, licznych intryg, niebezpieczeństw czy wątku oporu wobec tyranii. 

Jeśli te dwa seriale są do siebie w jakiś sposób podobne, to na pewno pod względem realizacyjnym. Zacznijmy od tego, że mają podobnie skonstruowane czołówki i widać w nich podobny rozmach.  Zauroczyły mnie też same zdjęcia, starannie dobrane kostiumy i ładnie zaprojektowana scenografia. Te wszystkie elementy składają się na osobne i przekonujące uniwersum, a całość została udekorowana rozsądną dawką efektów specjalnych, które nie przysłaniają reszty. No i jest w tym wszystkim charakterystyczny brytyjski sznyt - czuć w tym rękę ludzi z BBC. Dla mnie to świetna rekomendacja. To też przede wszystkim opowieść o wkraczaniu w dorosłość i podejmowaniu samodzielnych decyzji, dlatego jak najbardziej należy serial oglądać z dzieciakami. Co nie znaczy, że dorosły widz nie znajdzie nic dla siebie - wciągające są już same wątki "political-fiction".  

"Mroczne materie" to ryzykowne przedsięwzięcie

"Mroczne materie" cieszą się wielką sympatią czytelników i uznaniem krytyków literackich. Jednak do tej pory nie miały szczęścia na dużym ekranie. W 2007 powstała wysokobudżetowa ekranizacja tej powieści z Danielem Craigiem i Nicole Kidman w rolach głównych. To była zaledwie pierwsza z trzech części, ale wytwórnia nigdy nie zdecydowała się na kolejne filmy z tej serii. Producentka wykonawcza najnowszego serialu, Jane Tranter, uspokaja jednak i wyjaśnia, dlaczego jej zdaniem serial ma dużo większą szansę na powodzenie tam, gdzie kinowy film zawiódł. Jak podaje Enterianment Weekly - w skrócie chodzi o to, że podzielona na odcinki produkcja nadaje się dużo lepiej do przedstawienia wielowątkowej historii i bogatego świata przedstawionego w powieści Pullmana. Tranter podsumowała to słowami:

Książki Phillipa Pullmana są tak samo dogłębne jak i obszerne. Akcja toczy się na wielu poziomach, a także rozrzucona jest w przeraźliwe licznych lokacjach z istotną historią. To bardzo trudno uchwycić w jakimkolwiek filmie.

I z pierwszych czterech odcinków wnioskuję, że faktycznie serial jest odpowiednim środowiskiem dla tej powieści. Oczywiście nie dało się przy tym uniknąć pewnych uproszczeń - podobnie jak w przypadku ekranizacji "Harry'ego Pottera", trzeba było odsiać niektóre wątki. Ale mimo to seria się broni i warto będzie śledzić jej kolejne odcinki.