Netflix w tym roku odstrzelił 23 tytuły, ale to nie koronawirus jest głównym winowajcą

Spore oburzenie wywołała decyzja Netfliksa o zakończeniu produkcji serialu "Glow". Jeszcze niedawno platforma dała twórcom zielone światło na tworzenie czwartego sezonu - 5 października okazało się jednak, że to już nieaktualne. Tym samym "Glow" dołączył do sporej grupy seriali i programów, które nie przetrwały 2020 roku, owocnego przecież dla Netfliksa. Subskrypcję w okresie pandemii wykupiło ponad 15 mln osób - i mniej więcej tutaj pies jest pogrzebany.

Fani barwnego serialu "Glow", opowiadającego o wrestlerkach w latach 80., pogrążyli się w rozpaczy, kiedy Netflix ogłosił, że wycofuje się z pierwotnej deklaracji, że produkcja dostanie czwarty sezon. Z podobnym uczuciem w tym roku musieli się zmierzyć miłośnicy takich tytułów jak "Altered Carbon", "The Dark Crystal: Age of Resistance" czy "Chilling Adventures of Sabrina". Streamingowy gigant co jakiś czas podejmuje takie decyzje, bo utrzymywanie pewnych produkcji mu się nie opłaca - nawet jeżeli mają one bardzo oddanych widzów. Pandemia koronawirusa stała się wyjątkowo dobrą okazją do wycinania kolejnych tytułów z repertuaru, co z perspektywy wspomnianego oddanego widza może nieco dziwić. Netflix na pandemii dorobił się przecież kilkunastu milionów nowych subskrybentów, więc teoretycznie w kasie środków nie brakuje. 

Zobacz wideo Niezwykły talent do szachów i uzależnienie od lekarstw. "Gambit królowej" - serial Netflixa z Marcinem Dorocińskim

Kasę lepiej dać Murphy'emu

Ogłaszając, że "Glow" nie powróci z nową serią, platforma jako główną przyczynę podała pandemię. "Podjęliśmy trudną decyzję, aby nie robić czwartego sezonu "Glow" z powodu COVID-19, który sprawia, że kręcenie tego fizycznie intymnego programu z dużą obsadą jest szczególnie trudne" - czytamy w oświadczeniu przesłanym do serwisu Deadline. Jest w tym logika, bo liczne sceny walki wymuszają niewskazane w obecnych okolicznościach bliskie kontakty między obsadą; do tego spełnienie wymogów sanitarnych na planie i ich odpowiednie utrzymanie oznacza dodatkowe koszty.

Była na to jakaś rada - opcja odłożenia zdjęć na przyszły rok. Deadline raportuje, że Netflix szybko odrzucił taką możliwość. "Ze względu na znaczne opóźnienie i zwiększone koszty produkcji zespół Netfliksa nie miał pewności, że w [2022 roku] pojawi się wystarczająco chętnych do oglądania, aby dało się uzasadnić taką inwestycję" - napisała w poniedziałek współredaktor naczelna Deadline, Nellie Andreeva. Wierni fani "Glow" ochoczo zapewniali na Twitterze, że z radością poczekaliby nawet dwa lata. Netfliksowi na ich wierności i radości jednak niespecjalnie zależy, bo niespecjalnie mu się to opłaca.

ERICA PARISE

David Ehrlich z IndieWire zażartował z nutką goryczy, że "Glow" został zdjęty po to, "żeby Netflix był w stanie wyłożyć 100 milionów dolarów na sfinansowanie nowego serialu Ryana Murphy'ego, który przedstawi tajemniczą historię Słonia z "Goonies" (w rolach głównych Darren Criss jako Słoń oraz Patti LuPone jako Mama Fratelli). Dwa lata temu Murphy, twórca takich przebojów jak "Glee", "American Horror Story" czy "American Crime Story", podpisał z platformą największy kontrakt w historii telewizji, opiewający na 300 milionów dolarów. W czerwcu 2020 roku - niedługo po premierze "Hollywood", jednej z wielu zamówionych przez serwis produkcji Murphy'ego - w "Los Angeles Magazine" ukazał się esej pod tytułem "Netflix zawarł z Ryanem Murphym kontrakt na 300 milionów. Może czas poprosić o zwrot pieniędzy".

Niedużą przesadą będzie stwierdzenie, że Murphy niemalże wypluwa z siebie tytuł za tytułem. W jednym z wywiadów jakże celnie wyznał, że jego ulubione słowo to "więcej". Pierwszą netfliksową premierą spod ręki producenta był przyjęty z umiarkowanym entuzjazmem serial "Wybory Paytona Hobbarta" - krytycy przeszli obok niego z lekceważeniem, ale widzowie na Rotten Tomatoes wystawili mu noty "świeżości" sięgające aż 86 proc. Później pojawiło się wspomniane już "Hollywood", powitane przez recenzentów w zbliżony sposób i komentowane m.in., że Murphy staje się coraz bardziej leniwy, jeśli chodzi o scenariusze; że "odbija mu palma" albo że zamiast myśleć o porządnym pisaniu pakuje miliony tylko w ładne obrazki.

'Ratched''Ratched' SAEED ADYANI/NETFLIX / SAEED ADYANI/NETFLIX

Netfliksowi jednak jest to wszystko w smak - bez trudu można zauważyć, jak w kwestii produkcji oryginalnych platforma współgra z ulubionym słowem Murphy'ego i kieruje się zasadą: ilość, nie jakość. We wrześniu w netfliksowej biblioteczce pojawiła się więc historia siostry Ratched z "Lotu nad kukułczym gniazdem" oraz adaptacja musicalu "The Boys in the Band", w grudniu zobaczymy kolejny musical - "Bal" z Meryl Streep i Nicole Kidman, zaś w kolejce są m.in. film o Marlenie Dietrich oraz miniserial na podstawie musicalu "A Chorus Line". A to dopiero połowa kontraktu. 

Próbujemy, aż się uda

Wyrokując nad repertuarem, szefostwo ds. treści w Netfliksie posługuje się specyficznymi danymi. Po tym, jak platforma pożegnała się z serialem "Altered Carbon", Alex Lee z Wired pisał:

Pod względem finansowym dla Netfliksa o wiele bardziej sensowne jest stworzenie nowego programu niż odnowienie takiego, który nie radzi sobie najlepiej i będzie więcej kosztować, im dłużej potrwa.

Dziennikarz zebrał statystyki z raportów dotyczących tego, co tak naprawdę decyduje o przedłużeniu albo skasowaniu danego programu. Netflix nie publikuje danych o oglądalności tak, jak stacje telewizyjne, ale wiadomo, że głównym elementem przemawiającym za "być albo nie być" określonych tytułów jest porównanie oglądalności z kosztami dalszej produkcji. Jak tłumaczy Lee, właśnie dlatego seriale mogą mieć nawet sporą grupę oddanych widzów, lecz jeśli grupa ta nie odnotowuje stałego wzrostu, klamka nad nią zapadnie raczej prędzej niż później.

W Wired czytamy, że zgodnie z listem wysłanym do komisji ds. komunikacji przy Izbie Lordów, oprócz proporcji oglądalności do kosztów Netflix pochyla się nad trzema innymi wskaźnikami. W ciągu pierwszych siedmiu dni i pierwszych 28 dni od pojawienia się programu w usłudze analizuje się dwa rodzaje widzów. Pierwsi są nazywani "starters” - to gospodarstwa domowe, które obejrzą tylko jeden odcinek serialu. Drudzy to "completers", czyli subskrybenci, którym uda się ukończyć cały sezon. Wypadkową tych liczb są "watchers", czyli łączna liczba subskrybentów, którzy sięgnęli po program. W corocznych rankingach najpopularniejszych filmów i seriali miara popularności zależy właśnie od pierwszych czterech tygodni na platformie. 

Stranger Things (fot. Netflix)Stranger Things (fot. Netflix) Stranger Things (fot. Netflix)

Analityk Tom Harrington w rozmowie z Lee dodaje, że "dla Netfliksa idealny serial to taki, który obejrzy większość osób z wykupioną subskrypcją, a nie tylko określona grupa fanów". Jako przykład podaje "Stranger Things" - coś, co stale przyciąga kolejne osoby i jednocześnie stanowi rozrywkę dla stałych klientów, dlatego dostaje fundusze na kolejne sezony. Ciągle rosnąca liczba programów oryginalnych jest wynikiem uprawianych przez Netfliksa eksperymentów. Ponieważ w ramach modelu wypuszczania całego sezonu na raz nie ma miejsca na odcinki pilotażowe i testowanie widowni, jak to bywało i nadal bywa w telewizji, co roku po jednej albo dwóch seriach jak muchy padają kolejne tytuły, które "nie zażarły", nawet jeśli reprezentowały wysoki poziom. 

"Szefowie stacji i firm produkcyjnych zawsze balansują między ryzykiem a zyskiem, dając projektom zielone światło. Ale należy zauważyć, że kiedy Netflix dopiero zaczynał zmieniać zasady gry w show-biznesie, jego szefowie mniej mówili o kwestiach budżetowych, a więcej o zamiarze stworzenia platformy, która byłaby bardziej przyjazna dla odbiorców i twórców niż tradycyjne sieci" - pisze w Vulture Josef Adalian i przypomina, że Ted Sarandos, obecnie współprezes Netfliksa, zapowiadał, że zdecydowali się na publikowanie całych sezonów naraz, żeby "widzowie nie musieli się martwić śledzeniem harmonogramów i czekaniem, żeby się dowiedzieć, co będzie dalej".

Jakkolwiek to idealistyczne podejście wobec niepowstrzymanej biznesowej machiny, trzeba powiedzieć, że pozbywając się programów w tak szybkim tempie, Netflix w niemałej liczbie przypadków zaprzecza swojej pierwotnej wizji i odbiera tak kochanym rzekomo widzom i twórcom szansę choćby na godne, przemyślane pożegnanie. Po nagłym usunięciu z repertuaru serialu "The OA" w sieci lawinowo (i bez powodzenia) ruszyła kampania #SaveTheOA, bo autorzy scenariusza skończyli drugi sezon na cliffhangerze aż proszącym się o dalszy ciąg, który miał nastąpić - w planach było bowiem pięć serii. Innym razem udało się wybłagać film spinający serial sióstr Wachowski "Sense8"; teraz wiele osób liczy na to, że podobna ewentualność pojawi się w przypadku "Glow".

Zazwyczaj w takich sytuacjach Netflix pozostaje jednak niewzruszony, bo jego głównym celem jest poszerzanie bazy subskrybentów zamiast zatrzymywania obecnych (z czym, koniec końców, trzeba się po prostu pogodzić). "Zakończenie 'Glow' to kolejny przykład (...) strategii Netfliksa, która mówi lojalnym klientom: Twoje pieniądze już mamy, siedź cicho" - pisze dla NME Beth Webb. Właśnie dlatego pieniądze, które mogły trafić do budżetu skasowanego serialu, platforma przeznaczy na pojedyncze sezony zupełnie nowych tytułów w nadziei, że może im uda się "zażreć".