Piotr Cyrwus: Modlę się "Boże, nie daj mi złych tekstów i ról, żebym nie musiał tego już robić"

"Flaku jest karierowiczem - można powiedzieć, że karierowiczem na końcu kariery (...) Moja przeszłość też tę rolę determinuje" - mówi w wywiadzie z Kultura.gazeta.pl Piotr Cyrwus o bohaterze, którego gra w najnowszym serialu według powieści Katarzyny Bondy "Żywioły Saszy". Wciela się bowiem w komendanta łódzkiej policji, który nie jest zbyt zadowolony, że do ważnego śledztwa dokooptowano mu niespodziewanie profilerkę, której nie było w Polsce od ośmiu lat. Zdradził nam także, dlaczego zgodził się zagrać tę postać, jak sobie radzi w czasach pandemii i opowiada trochę o swojej przeszłości.

"Żywioły Saszy" podobnie jak wcześniej m.in. "Szadź" czy "Chyłkę" widzowie mogli najpierw oglądać w Player.pl , a już 13 stycznia 2021 roku serial trafi na antenę stacji TVN. Scenariusz powstał na podstawie powieści "Lampiony" Katarzyny Bondy - najbardziej poczytnej polskiej autorki kryminałów, często zwanej "polską Agatą Christie". Główną rolę gra Magdalena Boczarska. Jej Sasza Załuska to policyjna profilerka z trudną przeszłością, która po ośmiu latach spędzonych w Anglii wraca do Polski z córką. Po przyjeździe od razu trafia jej się sprawa: Łódź nęka seria tajemniczych pożarów. Sasza ma pomóc znaleźć ich sprawcę, ale koledzy z policji nie są tym zbyt zachwyceni. Oprócz grającej główną rolę Magdaleny Boczarskiej w serialu występują m.in.: Marcin Czarnik, Arkadiusz Jakubik, Andrzej Konopka, Jerzy Trela, Aleksandra Konieczna i Piotr Cyrwus. I to właśnie on porozmawiał z nami o swojej roli w serialu, a przy okazji opowiedział też, jak dostał się do Szkoły Teatralnej i zdradził, dlaczego zdecydował się zrezygnować z grania w "Klanie".

Justyna Bryczkowska: Oglądałam już wszystkie dostępne odcinki "Żywiołów Saszy" i jestem zrozpaczona tym, że muszę czekać na następne. Pański bohater, Flaku, jest, powiedziałabym, charakterny, więc na sam początek chciałabym się dowiedzieć, co urzekło pana w nim na tyle, że zgodził się pan go zagrać.

Piotr Cyrwus: Przede wszystkim dostałem propozycję od reżysera i producentów. Ucieszyło mnie to, że to produkcja dla Playera - dla mnie to są seriale z wyższej półki, przede wszystkim sensacyjne, skierowane do innego widza niż seriale popularne. Myślę, że mają w sobie uniwersalność na zasadzie, o której kiedyś jeden z profesorów na moich studiach mówił - Szekspir jest zarówno dla praczki, jak i dla profesora. Na początku przeczytałem i scenariusz, i książkę. I zaintrygowała mnie ta cała historia. A że książkę czytałem jeszcze w scenerii łódzkiej, tym bardziej mnie to urzekło [główny wątek "Żywiołów Saszy" rozgrywa się w Łodzi - przyp. red]. Wchodzę już w taki okres grania bohaterów, jak to roboczo nazywam, bardziej skupionych, ale też z dystansem do świata, z poczuciem humoru, a jednak mających w sobie wewnętrzny dramat, niosących na plecach spory bagaż doświadczenia.

Flaku wygląda trochę na karierowicza, ma wyprasowany mundurek i paprotkę w gabinecie. Po drodze mówi na przykład: "Gadaj szybko, bo spieszę się na święcenie radiowozów". Wzorował się pan na kimś, budując tę postać?

Cóż, mógłbym powiedzieć, że na historii, począwszy od Okrągłego Stołu, całej historii polskiej policji. Jest wiele starszych polskich filmów, gdzie aktorzy bardzo dobrze i charakterystycznie grają role tajniaków, ubeków. Być może decydowało o tym stykanie się z tą opresją na co dzień, bo nie wyobrażam sobie, żebyśmy dziś musieli pracować w takich służbach. Tak, Flaku jest karierowiczem - można powiedzieć, że karierowiczem na końcu kariery. Pomyślałem, że jest w tej postaci nostalgia. Na komendzie nie ma już kolegów, starszych oficerów - wszystko to są już ludzie, którzy przyszli później. Flaku jeszcze pamięta milicję, stare układy, ale szybko pozbył się konotacji partyjnych i na początku bardzo dobrze wykonywał swoją pracę. No ale kiedy ta kariera zmierza do zakończenia i przychodzą nowi ludzie, zaczyna tracić kontrolę. On chce być omnipotentny, a tu okazuje się, że już nie może.

No właśnie - w momencie, w którym spotyka Saszę, widzimy zderzenie autorytetów. On rzuca cytatem z Krzyżakami i dwoma mieczami, ona odbija piłeczkę. Widać, że z jednej strony Flaku nie ufa Saszy, z drugiej - ewidentnie boi się komendantki głównej. Jak pan myśli, skąd u niego taki stosunek do silnych kobiet?

W książce dużo materiału nie ma. Opieramy się bardziej o scenariusz i to, co sobie wymyśliłem w konfrontacji z reżyserem i z innymi postaciami. Zawsze staram się zbudować szkielet roli, ale w trakcie pracy jestem bardzo otwarty - nie mamy na tyle czasu, żeby poszczególne sceny wypróbować, pogłębiać psychologicznie. To spada na barki aktora i jego przygotowania. Moja postać intrygowała mnie właśnie z tej psychologicznej strony. Na wierzchu nie ma za wielu zagrożeń, dlatego chciałem go oprzeć o obserwację młodych ludzi i wypływającego z tego poczucia zagrożenia. Ten zewnętrzny element jest dla mnie bardzo ciekawy. 

W porównaniu z młodszymi kolegami widzę, jak inaczej oni podchodzą do zawodu aktora, z innym entuzjazmem. To są zupełnie inni absolwenci szkół teatralnych niż kiedyś - i na tym polega nasza wspaniała współpraca. W serialu Flaku zrobił sobie na temat Saszy research i wie, skąd ona przybywa, jakie ma doświadczenie i co go w związku z tym czeka, dlatego jest sceptyczny. Ja jako człowiek jestem raczej progresywny, lubię zmiany, ale Flaku chce, żeby było tak, jak jest, żeby nic się nie zmieniło, póki nie dostanie rozkazu, że ma iść na emeryturę. On nie ma życia rodzinnego, nie wiadomo, co się z nim dzieje w tle, więc musiałem dobudować go na tym, co jest na planie. Komenda i gabinet są jego domem, dlatego lubi, jak tam się nic nie dzieje. A w życiu nie ma tak, że się nic nie dzieje - szczególnie na komendzie policji.

Miałam właśnie takie spostrzeżenie, że pana bohater się boi, że wszyscy przeciwko niemu ciągle spiskują, odczuwa dużą presję. Jaki był pana pomysł na to, żeby to pokazać?

Bardzo się cieszę, że to pani zauważyła. Jak mówię, starałem się brać to z interakcji z innymi postaciami. Kristoffer [Kristoffer Rus - reżyser serialu "Żywioły Saszy" - przyp. red] bardzo fajnie ze mną współpracował i popychał w tę stronę, żeby u Flaka to były minigesty, minispojrzenia. Czasem jest tak, że sobie coś nagramy, po czym następuje montaż i wszystko wygląda nie tak, jak się spodziewaliśmy. Powiem jednak, że jestem w stosunku do pani trochę do tyłu, bo obejrzałem dopiero dwa odcinki, ale jak na razie widzę, że dobrze się zrozumieliśmy z Kristofferem i że i moje, i jego intencje są odpowiednio pokazane.

Skoro rozmawiamy o budowaniu postaci, to muszę powiedzieć, że lubię obserwować, jak w ostatnich latach dobiera pan sobie role. Niedawno zagrał pan podejrzanego księdza w slasherze "W lesie dziś nie zaśnie nikt", był też prawicowy polityk z "Hejtera", po drodze zagrał pan redaktora w "Królu", wystąpił pan także w kolorowej i zwariowanej reklamie ketchupu - można tak jeszcze wymieniać. Paweł Domagała ostatnio powiedział mi, że to dzięki muzyce zyskał dużą wolność w wybieraniu ról. Kiedy pan poczuł taki czynnik wolności?

W moim drugim artystycznym życiu, czyli w reżyserii, zawsze szukam czynnika wolności. Może choćby przez to, że jestem z pochodzenia góralem, zawsze mnie ten aspekt inspirował. Nie bez kozery zrezygnowałem z intratnej pracy w serialu - chodziło o to, żeby tę wolność w jakimś sensie odzyskać [mowa o rezygnacji z roli w telenoweli "Klan" - przyp. red]. To nie jest tak, że jej nie miałem, ale dla widzów byłem zamknięty. W międzyczasie grałem wiele fascynujących ról, między innymi w Teatrze Starym, spotykałem się ze wspaniałymi reżyserami - nie było we mnie pustki, ale wiedziałem, że już czas. Ciągle dostawałem natrętne pytania o to, czy jestem zaszufladkowany, czy nie. Jeszcze w szkole teatralnej wyobrażałem sobie, że będę grał różne role, i to było dla mnie ważne - nie to, że zagram jedną znaną rolę. 

Profesor Ewa Lasek zawsze mówiła, że z jednej roli nie da się żyć. W tej chwili mam szczęście, że sięgają po mnie młodzi reżyserzy, coś ich we mnie intryguje. Myślę, że rola Klaudiusza w "Hamlecie" w reżyserii Michała Kotańskiego w Teatrze Telewizji mogła dać reżyserom takie spojrzenie, że potrafię jednak zagrać coś innego. 

Najważniejszy jest dla mnie tekst, materiał - jeśli jest dobra baza, a później reżyser, koledzy wokół, to buduje się coś dobrego i zawsze to wychodzi. Moi profesorzy mawiali, że ze złego scenariusza nie da się nic wykręcić, ale bywa i tak, że trzeba się po prostu poświęcić, bo jakoś trzeba żyć. To są takie czasy, że ciężko wybrzydzać. Wspomniała pani o tej ostatniej reklamie - ja się bardzo chętnie wygłupiam i spodobało mi się to, że mogę w ogóle coś takiego zrobić. W zeszłym tygodniu ten materiał przebił 1,3 mln odsłon, ludzie jakoś na to nie psioczą.

 

To tak, jak było z psami [Piotr Cyrwus wziął udział w głośnej i humorystycznej kampanii społecznej "Mafia dla psa", w której jako bezwzględny boss zachęca do pomocy czworonogom - przyp. red.] - to był strzał, który tylko przeczytałem i wiedziałem, że to jest dla mnie. Tak samo miałem z "Żywiołami Saszy" - poruszało mnie to emocjonalnie, czułem, że relacje są dobrze zarysowane, a przede wszystkim atmosfera, która się stamtąd wyłania. Na końcu tego serialu okazuje się, że przeszłość jednak determinuje nasze życie. Każdy z bohaterów ma przeszłość, którą przykrywa mgiełka teraźniejszości. No i tak jak pani zauważyła, moja przeszłość też tę rolę determinuje.

 

To zostańmy jeszcze na chwilę w przeszłości - nie umiem się powstrzymać przed zapytaniem pana o "Fanatyka", bo to jedna z moich ulubionych past internetowych, a pan w jej ekranizacji zagrał świetną rolę. Czy to prawda, że Marian Dziędziel był niepocieszony, że to nie on ją dostał?

Reżyser mi powiedział dopiero miesiąc od startu prac, że Marian Dziędziel jest niepocieszony. Michał [Tylka - przyp. red.] jest bardzo uważnym i zdolnym człowiekiem, który zna się na filmie. Odszukał mnie gdzieś i uparcie przyjeżdżał do Warszawy, siedzieliśmy razem nad tym tekstem, rozmawialiśmy o tych rolach tak długo, że czasami - między próbami, wieczornymi spektaklami - byłem zmęczony, ale to zawsze daje efekty. Teraz Marian Dziędziel jest już odtwórcą wyłącznie głównych ról i te role mu się zdecydowanie należą. Znam go jeszcze z czasów Teatru Słowackiego - kiedy debiutowałem w sztuce "Do piachu", on grał tam partyzanta. Marian zawsze był wielkim aktorem - być może było tak, że jeden film odwrócił jego karierę pod względem popularności, ale aktorem był zawsze wielkim. W przypadku "Fanatyka" po prostu reżyser zadecydował tak, a nie inaczej - Marian wcielił się w mojego kolegę, za co jestem mu bardzo wdzięczny, bo to było piękne spotkanie. 

Pozwolę sobie spytać teraz z innej strony - czy jest jakaś rola, którą pan odrzucił, a teraz żałuje?

Nie zagrałem np. u pana Zanussiego - jako młody aktor miałem próby w teatrze i uważałem, że próba jest ważniejsza od filmu. Ostatnio miałem też wybór, żeby zagrać w filmie o Przemyku, natomiast wcześniej zgodziłem się na inne zobowiązania i musiałem powiedzieć "nie". Myślę, że spotkanie z reżyserem "Króla" [Janem P. Matuszyńskim - przyp. red.], które bardzo dużo mi dało, choć było krótkie, na pewno zaowocowałoby zupełnie inną rolą. Nie będę opowiadał o rolach, których nie zagrałem, bo taki już nasz aktorski los - chciałoby się wszystko pogodzić, ale się nie da. 

To też nie jest tak, że jestem takim aktorem, przed którym leży sterta scenariuszy i wybrzydzam - nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Jednocześnie modlę się: "Boże, nie daj mi złych tekstów i ról, żebym nie musiał tego już robić". To jest najważniejsze, ale pracować trzeba. Tera kiedy jest kryzys, widzimy, ilu moich kolegów cierpi z powodu braku pracy i pomocy skądkolwiek. Nie będę już wchodził w tematy polityczne, bo ręce po prostu opadają. Dzięki temu, że wypuściliśmy w prywatny sektor przemysł filmowo-serialowy, możemy jakoś wiązać koniec z końcem. Dla mnie podstawą był zawsze teatr - i to też jest paradoks, że kiedy dostawałem propozycje, uciekałem do teatru, bo od samego początku uważałem, że jestem aktorem teatralnym. Kiedy dziś w jakimś stopniu tę materię teatralną okiełznałem zawodowo i myślowo, zamknęli mi teatr. Na szczęście pojawiły się propozycje ekranowe, ale proszę - tu musiałem z czegoś zrezygnować, bo byłem chory, tam coś odpadło, i tak z tygodnia na tydzień żyjemy z moją żoną Mają [Baryłkowską - przyp. red.], która też jest aktorką. To życie na szpilkach - w piątek decydujemy, co będziemy robić za kilka dni, w miarę szybkiego upływu czasu okazuje się, czy zdjęcia spadną, czy nie spadną, no i tak do świąt. A potem zobaczymy.

Piotr Cyrwus z żoną Mają Barełkowską podczas 18. Festiwalu Gwiazd w MiędzyzdrojachPiotr Cyrwus z żoną Mają Barełkowską podczas 18. Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach Fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta

Swoją żonę poznał pan w szkole teatralnej, która w naszej rozmowie często wraca. W jednym z wywiadów przeczytałam historię, że w liceum nie był pan zbyt grzecznym uczniem, ale na egzamin do szkoły teatralnej jako jedyny poszedł pan w garniturze - i się pan nie dostał. Postanowił pan, że będzie próbował przez trzy kolejne lata. Jedni mogliby z góry założyć porażkę i zrezygnować, a pan tych marzeń nie porzucił. Skąd taka determinacja w tak młodym wieku?

To już nie ode mnie zależy - ja to po prostu mam. Porażka mnie motywuje, dlatego doświadczam też motywującej tremy. Dodatkowo tak już bywa, że miewam niezwykłą intuicję. Kiedy byłem młody, musiałem uciekać od wojska - wybrałem szkółkę medyczną, gdzie spotkałem przyjaciela, który miał znajomą sąsiadkę, która była aktorką, która przez rok pomagała mi bezinteresownie. Miałem na początku aktorskiej drogi spore braki w porównaniu z kolegami. Oni byli fajnie ubrani, a ja w tym niebieskim garniturze, z mamą, zamknięty w sobie - nie wiedziałem, na czym to wszystko polega. Później spotkałem kolegów w Krakowie i tak stopniowo wszystko mnie do tej szkoły przybliżało. Muszę tu wspomnieć mojego serdecznego kolegę, nieżyjącego już niestety Darka Gnatowskiego, bo obaj byliśmy pod kreską, a jednak w tymże roku się dostaliśmy. Za tym drugim razem, kiedy zobaczyłem, że znowu mnie nie ma na liście, wyszedł do nas dziekan Dobrzański i mówi: "Ty się nazywasz Cyrwus?". Odpowiedziałem, że tak, a on na to: "Pisz odwołanie, dostaniesz się". Oczywiście później nie było magicznie, bo na pierwszym roku miałem bardzo duże problemy z asymilacją, ze swoimi przywarami, z gwarą góralską i nieokrzesaniem. Ale profesor Ewa Lasek, wielki autorytet Teatru Starego, widziała w moim nieokrzesaniu talent. Troszkę tam rozrabiałem. Do szewskiej pasji mnie doprowadzało, kiedy mówiła, że jak skończę szkołę, to nie wyjdę z telewizji.

Mówi pan, że rozrabiał w szkole teatralnej, dlatego pomyślałam o mojej niedawnej rozmowie z Dorotą Segdą, która jako rektorka krakowskiej Akademii Teatralnej zakazała fuksówki. Czy ma pan jakieś szczególne wspomnienia z tego okresu studenckiego życia?

Przyznam, że mnie to ominęło - nigdy nie przeżyłem fuksówki ani nikogo nie fuksowałem. Fuksówki nie przeżyliśmy dlatego, że na moim pierwszym roku zaczął się strajk w szkołach teatralnych. Bigos, na który się złożyliśmy i który miał być na fuksówce, został zjedzony na strajku. Nie byliśmy w ogóle źle traktowani przez starsze roczniki. Kiedy my byliśmy rokiem fuksującym, wzięliśmy ten młodszy rocznik w moje rejony, na bacówki, i robiliśmy imprezy z ogniskami, graliśmy na gitarach - to był rocznik m.in. Beaty Rybotyckiej, Łukasza Rybarskiego. Nigdy nie spotkałem się z jakąś agresją, o której słyszałem dopiero z opowiadań - dla mnie to przekroczenie wszelkich granic. Niektórzy dyrektorzy czy reżyserzy stosowali metodę "co cię nie zabije, to cię wzmocni" - ja tego nie rozumiem, nie mam takiego organizmu. Ale żyliśmy w takich czasach, podobnie było przecież w wojsku. To pytanie do nauki - po co stwarzamy sobie takie historie, że czerpiemy przyjemność z poniżania innych. Dla mnie to po prostu straszne. Podsunęła mi pani tę myśl, że ja lubię pracować w wolności. W Teatrze Polskim niedawno spotkałem angielskiego reżysera, Dana Jammeta. Zrobiłem z nim trzy sztuki i to było niesamowite doświadczenie - anglosascy reżyserzy mają coś takiego, że pracuje się z nimi profesjonalnie, ale otwarcie. To spotkanie otworzyło mi nową klapkę i pokazało zupełnie inaczej mój zawód - że można się nim bawić, cieszyć, a do tego efekty są niesamowite. 

Zanurkujmy w takim razie na koniec w sferę zawodowych marzeń - gdyby mógł pan zagrać absolutnie dowolną postać w dowolnym serialu czy filmie, gdzie by pan siebie widział?

Wie pani, teraz dostaję scenariusze i tak sobie myślę, że te filmy nigdy nie powstaną. W krajach anglojęzycznych powstaje mnóstwo filmów rodzinnych, o prawdziwych relacjach. Moją ostatnią fascynacją jest serial "This Is Us" - tam są pokazane relacje, które u nas rzadko się zdarza widzieć. Tak pięknie pogłębione, które pokazują, o co chodzi w życiu, i że tego życia nie można tak po prostu powierzchownie smagać. Pięknie byłoby zagrać w czymś takim. Mam teraz takie dwa, a nawet trzy scenariusze, ale wiem, że decydenci wolą, jak ktoś ginie w lesie, niż żebyśmy popatrzyli na siebie. Oczywiście, to są warunki ekonomiczne, że taki film amerykański może mieć na świecie wielu widzów, natomiast odbiorcy filmu polskiego są zawężeni do pewnego grona. Wielka szkoda, że tych prawdziwych, surowych emocji brakuje. Kiedyś mieliśmy u nas kino moralnego niepokoju - pisałem nawet pracę magisterską na ten temat. Byłem poruszony tym wszystkim, dyskutowaliśmy o tych filmach. 

Nasunęło mi się teraz, że polityka czy zbrodnie zupełnie przysłoniły świat naszej wrażliwości. Jako ludzie jesteśmy przecież ukierunkowani na to, żeby być społecznym, reagować na krzywdę i niesprawiedliwość. Ale żeby nie było - nie narzekam na ten świat, który mam. Wrócę znowu do "Żywiołów Saszy", bo muszę powiedzieć, że coś tam mamy wspólnego choćby z dobrymi szwedzkimi kryminałami, które bardziej psychologicznym, wnikliwym okiem patrzą na człowieka. Nie wiem, czy mamy na tyle pieniędzy, żeby kręcić seriale tak jak Szwedzi, ale na pewno do tego dążymy. Chyba we wszystkim musimy ścigać resztę świata - ścigamy, ścigamy, ale może kiedyś dopadniemy. Choć wtedy to już nie będzie świat Flaka.

Więcej o: