Popkulturowy gigant opuszcza Biały Dom. Trump kiedyś kochał media ze wzajemnością - potem zaczął palić mosty

Zanim Donald Trump po raz drugi zdecydował się ruszyć do wyścigu o fotel prezydenta USA, skrzętnie dbał o to, żeby Amerykanie byli w stanie go rozpoznać nawet wyrwani nocą z najgłębszego snu. Kiedy w 2015 roku oficjalnie ogłosił kandydaturę w wyborach, mało kto sądził, że miliarder i gwiazdor telewizji nie żartuje i że nie będzie to kolejna akcja pod publiczkę z jego strony - w dodatku udana. Na koniec kadencji 45. prezydenta USA posyłamy mu ostatnie spojrzenie popkulturowym okiem.

15 czerwca 2016 roku Donald Trump ruszył na - jak pisał przed dwoma laty Michael Kruse w Politico - najważniejszy zjazd schodami ruchomymi w historii Stanów Zjednoczonych. Przy akompaniamencie piosenki "Rockin’ in the Free World" Neila Younga biznesmen powitał zorganizowany tłum ludzi - część obecnych na miejscu osób otrzymała premierowe egzemplarze gadżetów z hasłem "Make America Great Again". W trakcie długiego i "płomiennego" przemówienia Trump ogłosił, że kandyduje na prezydenta USA. - Ach, słynna akcja na ruchomych schodach. To wyglądało jak rozdanie Oscarów - mówił później. Tego dnia najpewniej mało kto ze zgromadzonych spodziewał się, że to zaledwie początek wielkiego narodowego show. Albo początek wielkiego finału show, które Trump z powodzeniem rozkręcał wokół siebie już od lat 90., na dobre wpisując się w szeroki nurt medialny, którego przedstawiciele wraz z politycznym triumfem Trumpa zaczęli się od niego odwracać. Ale - przynajmniej na razie - na pewno nie odbiorą mu miana najbardziej "popkulturowego" prezydenta w historii.

Zobacz wideo Popkultura odc. 51

Kiedyś Trump śmiał się i dokazywał - a widzowie wraz z nim 

Przed rozpoczęciem kampanii nowojorski magnat "pisał" książki (cudzysłów jest tutaj nieprzypadkowy), prowadził hitowy program "The Apprentice", z zapałem promował turnieje Wrestlemania i okazjonalnie grał samego siebie w filmach i serialach. Swego czasu Matt Damon powiedział, że jednym z wymogów otrzymania zgody na kręcenie zdjęć w jednym z budynków należących do Trump Organization było napisanie dla Trumpa drobnej rólki. - Tracisz godzinę ze swojego dnia na scenę w stylu: wchodzi Trump, Al Pacino mówi: Dzień dobry, panie Trump! - bo trzeba się do niego zwrócić po nazwisku - i gość wychodzi - opowiadał aktor. Nadmienił też, że takie sceny są zazwyczaj wycinane w postprodukcji, ale zdarzają się wyjątki, jak np. w filmie "Kevin sam w Nowym Jorku".

Joe BidenW wieku 30 lat był senatorem elektem. Chwilę później stracił żonę i córeczkę

Przed 2016 rokiem występ Trumpa w krótkiej scence z Macaulayem Culkinem w lobby hotelu Plaza nie robił na nikim specjalnego wrażenia. Dziś jednak Chris Columbus potwierdza słowa Matta Damona i twierdzi, że Trump wymusił na nim swój epizod (choć przyznaje, że pomimo jego obaw podczas pierwszego pokazu filmu widzowie zgotowali Trumpowi owację). Macaulay Culkin przystaje na propozycję jednego z internautów, żeby komputerowo usunąć prezydenta z produkcji i zastąpić go dorosłą wersją samego Culkina. Jeszcze na anglojęzycznej Wikipedii w artykule dotyczącym "Kevina" pojawił się usunięty już wpis: "Donald Trump jest pierwszym i jedynym członkiem obsady ‘Home Alone 2’, którego poddano procedurze impeachmentu". 

Kiedy Alec Baldwin dowiedział się, że wybory prezydenckie w 2020 roku wygrał Joe Biden, niemal od razu zapewnił w internecie: "Chyba jeszcze nigdy tak się nie cieszyłem z tego, że stracę pracę. Miło będzie mieć prezydenta, który nie tweetuje dwa razy częściej niż ja". Aktor od 2016 roku parodiował Donalda Trumpa w programie "Saturday Night Live", który wbrew opiniom sceptyków ciągle ma znaczący wpływ na to, jak postrzegani są amerykańscy politycy. Dla każdego z nich, a już szczególnie dla każdego aspirującego do najwyższego urzędu w państwie, pokazanie się w kilku skeczach to idealna okazja, żeby pochwalić się przed wyborcami dystansem do siebie. Tak zrobili m.in. Hillary Clinton, Barack Obama i John McCain - Trump także.

Warto przypomnieć, że pierwszego wspomnienia w "SNL" Trump doczekał się już w roku 1988, kiedy Phil Hartman i Jan Hooks zagrali miliardera i jego żonę Ivanę w parodii noweli "Dary magów" o małżeństwie, które kupuje sobie świąteczne prezenty za niewielkie pieniądze. Osobiście Trump pierwszy raz pofatygował się do "SNL" w 2004 roku, gdy "The Apprentice" robił na antenie NBC prawdziwą furorę. W monologu otwierającym wieczór stwierdził: "Świetnie jest być w ‘SNL’, ale mówiąc zupełnie szczerze, to jeszcze lepiej dla ‘SNL’, że ja zgodziłem się tu przyjść. Nikt nie jest ważniejszy ode mnie. Nikt nie jest lepszy ode mnie. Jestem maszyną od oglądalności". Fakt faktem - monologi, tak jak reszta skeczy, powstają w pokoju scenarzystów, ale w tym przypadku gość odcinka wykazał się chyba większą inicjatywą, niż to zwykle bywa. 

11 lat później, podczas poważnej walki o miejsce w Białym Domu, Trump poszedł w ślady poprzedników i ruszył na ponowny podbój "SNL", w czym nie przeszkodziły mu protesty związane z jego wypowiedziami na temat meksykańskich emigrantów w Stanach. Wielu widzów było zawiedzionych, że scenarzyści obeszli się z kandydatem na prezydenta zbyt łagodnie i nie pokazali niczego kontrowersyjnego. No, ale bohater wieczoru przynajmniej zaśpiewał i zatańczył do "Hotline Bling" Drake’a.

 

Im bliżej terminu wyborów, tym mniej jednak było mu do śmiechu - żywo komentował to, jak przedstawiano go w show, w którym raptem 12 miesięcy wcześniej spędził "niesamowity wieczór". "Czas wreszcie skończyć z tym nudnym i nieśmiesznym programem. Alec Baldwin gra beznadziejnie. Media ustawiają wybory!" - napisał Trump w październiku 2016. Już jako prezydent wielokrotnie szedł z Baldwinem i "SNL" na słowne noże i podkreślał, że “Saturday Night Live" (zazwyczaj sympatyzujący, podobnie jak jego stacja-matka NBC, z demokratami) to element "skorumpowanych mediów, które są wrogiem ludu". 

Biały Dom, święta przepowiednia i przewidywalny finał

Jedynym medium, które cieszyło się zaufaniem administracji Trumpa przez ostatnich kilka lat, była stacja Fox News, nazywana przez wielu czymś na kształt rządowej tuby propagandowej. Inni nadawcy pożytkowali w międzyczasie naprawdę sporo energii na to, żeby się Trumpowi ponaprzykrzać. Trzeba powiedzieć, że ustępujący prezydent ma na koncie imponującą liczbę niefortunnych, a nierzadko szkodliwych wypowiedziami i sytuacji, jednak czasami trudno było uciec od poczucia przesytu wiadomościami na ten temat. Tym bardziej że Trump raczej nie brał rozgłosu wokół siebie za sygnał, że robi coś nie tak - wręcz przeciwnie.

Jednocześnie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać różnej maści produkcje związane z prezydentem. Już w 2017 roku na Comedy Central leciał "The President Show", gdzie parodiujący głowę państwa Anthony Atamanuik oddawał się takim czynnościom jak m.in. krzyczenie na telewizor, dzielenie ludzi na "fajnych" i "niefajnych" i spotykanie się z ciekawymi osobami, które uczą go nowych prawd o świecie. Rok później pojawiła się mało entuzjastycznie przyjęta kreskówka "Our Cartoon President", początkowo stanowiąca satyryczny segment w programie "The Late Show" Stephena Colberta. Ot, głupotka. O wiele ciekawszy egzemplarz stanowi chrześcijański dramat "The Trump Prophecy", zainspirowany historią emerytowanego strażaka, któremu na długo przed 2016 rokiem Bóg miał przepowiedzieć, że Donald Trump zostanie prezydentem USA, w czym ostatecznie pomaga mu modlitewny łańcuch. Twórcy filmu ze wsparciem znanych ewangelistów zarzekali się, że za stworzeniem scenariusza nie stały żadne motywy polityczne. 

 

Trump doczekał się też miniserialu o nieco bardziej zbliżonej do prawdy fabule, gdzie jego postać grała pierwsze skrzypce - stacja Showtime wyprodukowała dwuodcinkowy "The Comey Rule". Scenariusz opiera się na książce byłego szefa FBI, Jamesa Comeya, który z hukiem opuścił to stanowisko na początku prezydentury Donalda Trumpa - podobno w związku ze sposobem, w jaki prowadził śledztwo dotyczące prywatnych maili Hillary Clinton, choć cała historia jest szyta bardzo grubymi nićmi. Krytycy zawiedli się tym, że serial nie rzuca światła na zbyt wiele nowych faktów, ale w większości docenili występ Brendana Gleesona, któremu przypadło niełatwe zadanie zagrania Trumpa bez popadania w karykaturę.

'You're the Star to Me' - teledysk z musicalu o Marii Curie-SkłodowskiejKoreańczycy zrobili musical o Marii Curie-Skłodowskiej

"W swoich najlepszych momentach ‘The Comey Rule’ jest jak horror, w którym potwór to Donald Trump, grany przez Gleesona z rubaszną męskością, która prawie (ale jednak nie) zahacza o pochlebstwo dla naczelnego marudy" - pisała np. Laura Miller w serwisie Slate. Jeśli chodzi o widzów, jedni śmiali się, że "SNL" powiększyło budżet na skecze, inni chwalili scenariusz i grę głównych aktorów, natomiast jeszcze inni wołali (chciałoby się dodać, że za prezydentem): "Propaganda! Kłamstwa! Niesamowicie fikcyjny serial". 

 

Produkcje podsumowujące kadencję Donalda Trumpa dopiero przed nami - nie ma żadnych wątpliwości, że mainstream długo jeszcze nie pozwoli mu o sobie zapomnieć, tak samo jak on przez dziesiątki lat nie pozwalał mediom zapomnieć o sobie. Wątpliwości nie ma także co do tego, że Joe Biden dostanie o wiele większe fory niż poprzednik i razem z Kamalą Harris będzie systematycznie czarować widzów w telewizji i mediach społecznościowych. O tym, czy uda im się aż tak wryć w pamięć Amerykanom, jak Donaldowi Trumpowi, zaczniemy się przekonywać 20 stycznia - w dniu zaprzysiężenia, który opuszczający Biały Dom prezydent spędzi na własnym wydarzeniu pożegnalnym. Jakżeby inaczej. 

<<Reklama>> Książki o Donaldzie Trumpie dostępne są w formie e-booków w Publio.pl >>