Miał być gwiazdą popu, potem napisał "The Office". W "After Life" Ricky Gervais szuka sensu życia

14 stycznia na Netfliksie ukaże się wyczekiwany trzeci sezon serialu "After Life", który w dyscyplinie łamania serc zasługuje na medal. Ricky Gervais nie pożałował widzom humoru - mimo że na pierwszym planie umieścił historię faceta, który po śmierci ukochanej żony idzie na jednoosobową wojnę z całym światem. - Tony'emu nie chce się już żyć. Będzie mówił i robił, co mu się żywnie podoba, a jeśli okaże się, że to dla niego za dużo, to ze sobą skończy - streszcza Gervais w rozmowie z "Guardianem".

Zanim Ricky Gervais wyrobił sobie solidną markę jako bezlitosny prześmiewca, próbował sił w muzyce. Na początku lat 80., jako dwudziestoparolatek, wraz z kolegą Billem Macrayem chciał się wybić w ramach new-wave’owego duetu Seona Dancing. Ricky śpiewał, Bill grał na klawiszach. I właściwie coś się im udało.

Zobacz wideo Co słychać u gwiazd serialu "Beverly Hills, 90210"?

"Gdybym został gwiazdą popu, byłbym już martwy"

Może nie skradli serc Brytyjczyków, ale za to zaskarbili sobie sympatię nastoletniej publiczności z Filipin. Jak pisał Nash Jenkins dla magazynu "Time", młodzi ludzie byli w tamtym burzliwym okresie głodni spokojniejszego, kolorowego świata – przepustką stała się oczywiście zagraniczna muzyka. Dziś niełatwo wyobrazić sobie Ricky’ego Gervaisa z bujnym zaczesem, makijażem oka i w wymyślnym, godnym epoki stroju – a jednak blisko 40 lat temu właśnie w ten sposób młodzian uzbroił się na podbój list przebojów. – Teraz, kiedy jestem znany z czegoś innego, ludzie ciągle trafiają na te zdjęcia, gdzie jestem szczuplutki i młody. To straszne, prawda? Miałem wyraźną linię szczęki i śliczne, gęste włosy. W sumie się cieszę, że [bycie gwiazdą popu] mi nie wyszło. Teraz byłbym martwy – stwierdził później Gervais w rozmowie z jedną z filipińskich gazet. 

 

Po własnym scenicznym epizodzie Brytyjczyk postanowił wejść za kulisy i został menedżerem początkującej grupy Suede. – Trochę im pomogłem we wczesnych latach. Kiedy powiedziałem, że już nie dam rady, nie było łez, nie błagali – i wtedy ich kariera nabrała rozpędu – wspominał kilka lat temu niedoszły gwiazdor popu. Nie wytrzymał bez mikrofonu za długo. Na scenę wrócił, by rozśmieszać słowem mówionym jako standuper, a do tego pracował w radiu XFM. W pewnym momencie, w natłoku antenowo-formalnych obowiązków, postanowił poszukać asystenta. Jako pierwszy zgłosił się do niego niejaki Stephen Merchant.

Niedługo potem panowie stworzyli kultowy dziś serial "The Office". Gervais zdobywał doświadczenie w telewizji jeszcze zanim wcielił się w Davida Brenta, najgorszego przełożonego świata. Rok 1999 przyniósł komikowi sporą rozpoznawalność dzięki programowi "The 11 O'Clock Show", w którym jego postać klęła i obrażała wszystkich dookoła, jak leci. Przy powstawaniu scenariusza do "The Office" twórcom też nieszczególnie zależało na poprawności politycznej.

David Brent ze subtelnością słonia wygłaszał absurdalne kwestie w przekonaniu, że współpracownicy go uwielbiają. Recepcjonistka Dawn (Lucy Davis), handlowiec Tim (Martin Freeman) i reszta ekipy czuła się wręcz odwrotnie, gdy niekompetentny szef starał się dostarczać im rozrywki i niewybrednie żartował np. ze społeczności LGBTQ+, z koloru skóry czy różnorakich zaburzeń. Ubiegłego lata Gervais powiedział nawet BBC, że dziś serial mógłby się znaleźć na cenzurowanym – zaraz potem deklarował jednak, że żartował, bo "przecież ludzie nadal oglądają 'The Office', więc to byłoby bez sensu". Cytowany przez BBC Simon Weaver, wykładowca uniwersytecki, przychylił się do wziętej przez Gervaisa poprawki na własne słowa:

W "The Office" publiczność zachęcana jest do utożsamiania się nie z ograniczonym Brentem, ale z postaciami Dawn i Tima. Z kolei adresaci nieprzemyślanych komentarzy Brenta nigdy nie są rasistowskimi czy seksistowskimi karykaturami, a raczej zwykłymi, inteligentnymi ludźmi.

Pomimo początkowego braku entuzjazmu wśród widzów, "The Office" wraz z drugim sezonem stało się przebojem. Do dziś serial Gervaisa i Merchanta jest uznawany za jedną z najlepszych komediowych produkcji w historii brytyjskiej telewizji. Zainteresowanie biurowymi perypetiami zwiększyło się znaznie za sprawą amerykańskiej adaptacji, przy której Gervais i Merchant pracowali jako producenci. To oni odpowiadali też za scenariusz do sezonu pierwszego, który diametralnie odbiega charakterem od kolejnych serii perypetii Michaela Scotta (Steve Carell) i spółki. 

Przy kolejnych seriach Gervais zatwierdzał odcinki opracowywane przez kolegów zza oceanu tylko formalnie. – To nie było moje dziecko. Sprzedałem prawa, realizowałem czeki. Myślę, że ["The Office US"] było dobre, ale nie przywiązałem się do niego emocjonalnie… Nie widziałem zbyt wielu odcinków… Nie czuję, żeby to było moje – mówił twórca produkcji w rozmowie z "GQ". Mimo tego przyjął propozycję pojawienia się na planie w Stanach i odegrał ze Stevem Carellem scenę, kiedy Michael Scott przypadkiem spotyka przy windzie… Davida Brenta. W kilka sekund lecą iskry i dziwnym zrządzeniem losu zdaje się, że to pierwszy gość, który nadaje z Michaelem na tych samych falach. 

 

"Gruby, mały przegryw"

Sukces "The Office" pozwolił duetowi Gervais & Merchant rozwinąć skrzydła. W 2005 roku na antenę BBC zawitali "Statyści", sitcom opowiadający o Andym, bezrobotnym aktorze (w tej roli sam Gervais), który stara się zaistnieć na wielkim ekranie, ale zazwyczaj kończy na statystowaniu – angaże odbierają mu zdecydowanie bardziej znane twarze. Do występu w serialu udało się namówić m.in. Iana McKellena, Daniela Radcliffe’a, Jonathana Rossa, Kate Winslet i Orlando Blooma. W drugim sezonie główny bohater znajduje się na jednej imprezie z Davidem Bowiem, który po kilku zdaniach rozmowy doznaje strzału inspiracji i postanawia zaimprowizować specjalną piosenkę na jego cześć. Brzmi ona mniej więcej tak: "Mały, gruby człowieczek, co sprzedał duszę... Mały, gruby człowieczek, co sprzedał swoje marzenia... Gruby, mały przegryw..." (Słowa w rzeczywistości napisali, niestety, Gervais i Merchant).

 

Sam Gervais marzeń bynajmniej nie sprzedał. Jego kolejne produkcje, "Derek", "Life's Too Short" i "Idiota za granicą", cieszyły się niemałą popularnością. W czasie, gdy nie przygotowywał nowych seriali, dawał występy standupowe – kilka z nich ukazało się na DVD. Na Netfliksie można sięgnąć np. po program "Humanity", w którym Gervais nabija się z celebrytów, śmiertelności i społeczeństwa biorącego wszystko do siebie. – Dzisiaj z jakiegoś powodu to stand-up jest na mojej liście numerem jeden. Mógłbym porzucić telewizję i film, żeby robić tylko stand-up. Zdałem sobie sprawę z tego, jaki to przywilej. Poza powieścią to właściwie ostatni bastion autocenzury – ludzie słyszą to, co powiesz, nikt ci się nie wtrąca – mówił komik w 2017 roku. 

Największego rozgłosu w ostatnich latach przysparzały Gervaisowi właśnie drwiny z celebrytów. Był gospodarzem ceremonii rozdania Złotych Globów w latach 2010-2012; na tamtejszą scenę powrócił jeszcze w roku 2016 i 2020. Ostatnia gala odbiła się wyjątkowo szerokim echem. Oprócz typowych żartów ad personam prowadzący wycelował w tzw. "woke Hollywood", czyli "ogarniętych" celebrytów, którzy ruszają do działania w wielu sprawach, podczas gdy w rzeczywistości uprawiają hipokryzję. Gervais apelował do zwycięzców o stronienie od tematów politycznych w przemowach:

Jeśli wygracie dziś wieczorem nagrodę, nie używajcie jej jako platformy do wygłaszania przemówień politycznych. Nie powinniście robić opinii publicznej wykładów na żaden temat. Nic nie wiecie o prawdziwym świecie. Większość z was spędziła mniej czasu w szkole niż Greta Thunberg. Więc jeśli wygracie, przyjdźcie, zaakceptujcie swoją nagródkę, podziękujcie agentom i waszemu bogu i spieprzajcie, OK?

APTOPIX 77th Annual Golden Globe Awards - ShowZłote Globy 2020. Ricky Gervais nie oszczędzał nikogo

W kwestii własnego przywiązania do blichtru Hollywood Gervais nie pozostawia złudzeń. O ile na scenie jest showmanem, o tyle życie prywatne pozostawia w cieniu. Ekstrawagancki strój z Seona Dancing poszedł w odstawkę wiele lat temu – zastąpił go czarny T-shirt i jeansy, w których Gervais pomyka niemal wszędzie. – Ludzie zwykle myślą, że bogactwo i sława cię zmieniają. Nie sądzę, że to prawda, bo w wieku 40 lat już wiesz, kim jesteś. Nie sądzę, by czterdziestolatek był tak podatny na zmiany jak dwudziestolatek – stwierdził niedawno aktor w rozmowie z "Guardianem". Tym samym "Guardianem", od którego po swoich ostatnich Złotych Globach dostał bęcki.

Myli się Gervais, jeśli wierzy, że sceptycyzm, z jakim my, plebejusze, spoglądamy na Hollywood, jest związany tylko z obrzydzeniem do ekscesów. Chodzi też o to, że codzienne wiadomości, w których oglądamy przerażające dramaty i dzikie komedie, biją Hollywood na łeb i szyję. Przemówienie, w którym aktor pokazałby, że jest całkowicie zamknięty w swojej bańce, byłoby teraz o wiele gorsze niż przemówienie, w którym przyznałby, że jego bańka bezpiecznie spoczywa w płonącym budynku, w płonącym mieście

– pisała Catherine Shoard. Co na to Gervais? Pyta, czy ma dogadzać "200 miliarderom w jednym pomieszczeniu, czy 200 milionom ludzi siedzącym w spodniach i pijących piwo, którzy nie są miliarderami". – Dla komika to jasna sprawa. Jestem błaznem. Gram dla innych, którzy taplają się w tym samym bagnie. I tak nie pojechałem im jakoś strasznie. Pomyśl, co jeszcze mogłem powiedzieć – dodaje komik.

"Żal jest jak ciężki plecak. Nie staje się lżejszy, ale łatwiej go nosić"

Przez pryzmat tego trzeźwego, dość gorzkiego spojrzenia Ricky Gervais ukazuje zupełnie zwykłe życie w serialu "After Life". W pierwszym sezonie, który zadebiutował na Netfliksie w 2019 roku, poznajemy Tony'ego, który pogrąża się w rozpaczy po śmierci ukochanej żony – jak się wydaje, jedynej bliskiej mu na świecie osoby. Pracujący w lokalnej gazecie mężczyzna jest o krok od samobójstwa. Przed odebraniem sobie życia powstrzymuje go pomysł, żeby zemścić się na wszystkich i wszystkim. Jak? A no tak, że będzie robić to, na co tylko ma ochotę. 

– Najbardziej się martwiłem, czy ludzie będą w stanie przejść od śmiechu z czegoś głupiego do płaczu przez coś bardzo prawdziwego. Wygląda na to, że odpowiedź brzmi: tak – wspominał Gervais na łamach "New York Timesa". – Do tej pory ludzie podchodzili do mnie na ulicy z hasłem: "Uwielbiam twój serial". Teraz słyszę: "Chciałam tylko powiedzieć, że trzy tygodnie temu straciłam siostrę". Albo "straciłam męża". Nikt nie mówi: "Oj, musiałem to wyłączyć, za bardzo mnie wkurzało". Nagle zdajesz sobie sprawę, że żałoba dopada nas wszystkich. A im jesteś starszy, tym ta żałoba większa.

Z czasem (wbrew próbom wmówienia sobie, że tak nie jest) wychodzi na to, że Tony ma dookoła wielu życzliwych ludzi: pielęgniarkę z domu starców, w którym przebywa jego ojciec; obdarzoną podobnym poczuciem humoru wdowę, którą spotyka na cmentarzu, czy nawet ludzi, z którymi pracuje, a których starał się na ogół unikać. Czy ta świadomość powstrzymuje go przed robieniem nierozsądnych rzeczy? Bynajmniej. Wygląda jednak na to, że w sezonie trzecim – i ostatnim – Tony zdecyduje się poszukać upragnionego zen w życzliwości. Po śmierci ojca i w obliczu nowej romantycznej relacji łatwo nie będzie.

– Tony przechodzi przez etapy żalu, szoku, złości, zaprzeczenia, a następnie akceptacji. Kiedyś słuchałem, jak jeden terapeuta mówił o żalu. Powiedział coś w stylu: "Żal jest jak ciężki plecak. Nie staje się lżejszy, ale z czasem lepiej ci go nosić". Nasz bohater od początku do końca próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jeśli stracisz wszystko, to warto jeszcze żyć. Na samym końcu zobaczycie coś w rodzaju odpowiedzi – zapowiada Gervais w wywiadzie dla Deadline.

Trzeci sezon "After Life" wszedł na platformę Netflix 14 stycznia.

Więcej o: