Grzegorz Damięcki: Musiałem zagrać odpowiednio dużo ról, zanim starsi zaproponowali mi przejście na "ty"

- Janek Dybus naciskał na nasze spotkanie od samego początku. Przyjechał do mnie latem i zrobił ogromne wrażenie. Zobaczyłem człowieka pełnego pasji. A dla mnie to warunek podstawowy. Czasami ważniejszy niż tekst, który można poprawić - opowiada w rozmowie z Gazeta.pl o 24-letnim reżyserze miniserialu "Wilk" Grzegorz Damięcki. Aktor wciela się w nim w ojca głównego bohatera - jak przyznaje to człowiek, przy którym sam byłby zmęczony.

"Wilk" to debiutancki serial 24-letniego Jana Dybusa, który także napisał do niego scenariusz. Opowieść o nastoletnim Tymonie w dużej mierze oparł o własne doświadczenia, a produkcja w całości trwa tyle, co jeden standardowy odcinek tradycyjnych seriali dramatycznych. Pomysł był na tyle urzekający, że w obsadzie poza młodymi aktorami, takimi jak znany z polskich slasherów – "W lesie dziś nie zaśnie nikt" oraz "W głębi lasu" – Sebastian Dela, Weronika Dzierżyńka oraz raper Borys "Bedoes" Przybylski, dla którego jest to debiut aktorski - zagrały gwiazdy polskiego kina takie jak Agata Kulesza, Magdalena Boczarska, Grzegorz Małecki oraz Grzegorz Damięcki. I to właśnie on opowiedział nam więcej o samym projekcie i tym, co najbardziej go w nim urzekło.

Zobacz wideo "WILK". 24-letni reżyser zrobił miniserial o jeszcze młodszym pokoleniu

Justyna Bryczkowska: W jednym z wywiadów powiedział pan, że zawsze dokładnie czyta scenariusz, zanim zdecyduje się na udział w danym projekcie. Co pana zainteresowało w "Wilku"?

Grzegorz Damięcki: Zafascynowało mnie, że bardzo młody człowiek w tak dojrzały sposób potrafił opisać problemy jeszcze młodego pokolenia. Byłem niepokornym nastolatkiem - moi rodzice mieli ze mną pod górę. Dlatego chętnie szukam wśród scenariuszy opowieści, które w lapidarny sposób opisywałyby sytuację odizolowania, różnic pokoleniowych, zamknięcia i niezrozumienia.

Lubię pracę z młodymi artystami. Janek Dybus naciskał na nasze spotkanie od samego początku. Przyjechał do mnie latem i zrobił ogromne wrażenie. Zobaczyłem człowieka pełnego pasji. A dla mnie to warunek podstawowy. Czasami ważniejszy niż tekst, który można poprawić. Pasja to połowa sukcesu.

Czy miał pan okazję wnieść do scenariusza kawałek własnej perspektywy lub doświadczenia? Skoro już pan przyznał, że był niepokornym nastolatkiem i sam nastolatków wychowuje.

Nie korzystam z bazy niezmiennych środków wyrazu - do każdej kolejnej roli muszę się na nowo urodzić. Każdy bohater, którego w ten sposób konstruuję, jest oczywiście w dużym stopniu z mojej wrażliwości. Powstaje często ku przestrodze. Żebyśmy uważali i tacy nie byli. Jeżeli w moim zawodzie czasem pojawia się misyjność, to właśnie wtedy, kiedy można opowiadać o czymś ważnym społecznie.

Mam dzieci. Rzeczywiście ciężko się czasem rozmawia. Świat pędzi, a rodzice często nie mają świadomości, jak niebezpiecznie posługują się językiem. Wylewają potoki słów, których dzieci nie chcą słuchać. To, co mówimy, bywa używane przeciwko nam.

Powiedział pan, że "gdy przygotowuje się do roli, lubi rysować swoje postaci". Jak to wyglądało tym razem?

Był to bardzo niespokojny szkic. Narysowałem człowieka właściwie całego złożonego z napięcia, w stałej gotowości do ataku. Miał bardzo ciężkie, ołowiane dłonie i zmęczony wzrok. Dlatego że nie spał, układał traktaty do własnego dziecka albo do całej ludzkości. To jest rysunek człowieka, od którego chcielibyśmy uciec. W tej postaci jest coś toksycznego, rodzaj wampiryzmu energetycznego.

Trzyma pan gdzieś u siebie te szkice, czy się jednak od nich uwalnia?

Nie kolekcjonuję "siebie". W moim mieszkaniu nie znajdzie pani zdjęć z ról czy ewentualnych nagród. Każdy zakończony projekt staje się przeszłością. Któryś z wielkich malarzy powiedział: "żyję dla obrazu, który będzie inny od poprzedniego".

Niewątpliwie ktoś to robi za pana. Powiedział pan kiedyś, co prawda w kontekście sitcomów, że nie nadaje się do szybkiej roboty. A tutaj ta forma jest zwięzła, pięć odcinków trwa tyle, ile zazwyczaj poświęca się na jeden odcinek. Jak pan podszedł do budowania postaci ze świadomością, że czasu ekranowego dla bohatera aż tak dużo nie będzie?

Mówiąc o szybkiej robocie, miałem na myśli tempo pracy na planach sitcomów czy długo emitowanych seriali. Towarzyszy temu często ogromna rotacja całej ekipy.

'WILK ' (2021) Canal+ reż. Jan Dybus'WILK ' (2021) Canal+ reż. Jan Dybus dop. Igor Połaniewicz

W przypadku "Wilka" szybkość projektu polegała po pierwsze na tym, co zrobiono w montażu: całość podzielono mniej więcej na ośmiominutowe sekwencje. Jest to montaż dynamiczny, ale Papaya Films ma w tym ogromne doświadczenie. Kręci ciekawe zaangażowane teledyski, społeczne i dowcipne reklamy. Okres przygotowawczy był wydłużony. Dokładnie wiedzieliśmy, czego będziemy od siebie wymagać. Był czas, żeby się poznać, zadać masę trudnych pytań. Ustaliliśmy - idąc za Zbyszkiem Cybulskim - że wiele kwestii skreślimy i spróbujemy je po prostu zagrać.

Co pana zaskoczyło albo najbardziej się podobało w pracy z tak młodym (24-letnim) reżyserem? Taki Borys "Bedoes" Przybylski, który z państwem grał, wspomina pracę na planie jako połączenie rodzinnej atmosfery i kreatywnej pracy. Jak to wygląda u pana?

Zawsze ujmuje mnie żarliwość i szczerość artysty. Na planie nie było ludzi przypadkowych, tylko pasjonaci. W takich warunkach jeździ się do pracy z rosnącymi skrzydłami, nie ma myśli typu "o Jezu, po co się zgodziłem". Dla mnie to był artystyczny poligon. Mogłem sprawdzić zakres swoich obecnych możliwości. Janek pracował za ciężko wyszarpane pieniądze, do tego debiutował, więc rzeczywiście dawał z siebie wszystko.

Kiedy pan o tym opowiadał, zaczęłam się zastanawiać, czy była w takim razie w pańskim dorobku - czy to teatralnym, czy filmowym - jakaś rola, w przypadku której po jakimś czasie do pana dotarło, że trochę pan przesadził ze środkami wyrazu, że zrobił coś "za bardzo"?

Oczywiście! I to nie raz. Jestem bardzo krytyczny, niechętnie patrzę na efekty swojej pracy, ale nie można z tym przesadzać. Nie można zamęczać sobą otoczenia. Wiele ról zagrałbym dziś inaczej. Są jednak takie, które dały mi satysfakcję. Owszem, uważam, że w sztuce należy przekraczać czasem granice, nawet jeśli sprowadza to na nas krytykę. Przekraczam często te granice, zdaję sobie z tego sprawę. Robię to z premedytacją. Prowokuję, ponieważ należy zadawać kłopotliwe pytania i "zmuszać" publiczność do szukania odpowiedzi.

Zaintrygowała mnie informacja, że kiedy pan grał Grzegorza Molendę (postać w serialu "Belfer" - przyp. red), odkrywanie mrocznego wymiaru tego bohatera wpływało na pańskie domowe życie, bo musiał się pan nauczyć od niego odcinać po zejściu z planu.

To są trudne mechanizmy. Kiedy człowiek bardzo późno wraca z teatru, jest pełen adrenaliny. Na przykład kompulsywnie się obżera albo miota po mieszkaniu, w którym wszyscy już śpią. Po przedstawieniu bywa się tak naładowanym, że energii starczyłoby jeszcze na trzy godziny w dyskotece.

Grzegorz DamięckiGrzegorz Damięcki Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Molenda to typ bohatera, z którego długo "wychodziłem". To był człowiek pełen napięcia, niechęci, nienawiści. Bardzo terapeutycznie na mnie zadziałał. Po powrocie do domu nie miałem siły, żeby się z kimkolwiek kłócić.

Pytałam też dlatego, że np. Lady Gaga przed premierą "Domu Gucci" opowiadała, że przez dziewięć miesięcy żyła w skórze swojej bohaterki, nawet bez wychodzenia z akcentu. Wydaje mi się to trudne.

Wielki aktor teatralny sir Lawrence Olivier zapytałby pewnie : "A nie może pan pani tego po prostu zagrać?". Są różne podejścia do zawodu. Jest szkoła polegająca na wywlekaniu własnych emocji, przenoszeniu swojej wrażliwości na postać, pracy swoją prywatnością. W przypadku wielkich aktorów to zabieg niezwykle interesujący. Takim aktorem był mój profesor, pan Gustaw Holoubek. Był aktorem absolutnie intelektualnym, budował poprzez własny rozum. Bazował na słowie.

Drugą skrajnością jest aktorstwo opierające się na wyreżyserowaniu każdego gestu, na charakterystyczności, na zewnętrzności. I takim aktorem był też Tadeusz Łomnicki. Dwie kompletnie różne szkoły, a jednak dwaj wielcy aktorzy.

Który z nich powiedział panu, że aktorstwo polega na partnerstwie?

Pan Gustaw Holoubek. To mój mistrz, guru. Mówił jeszcze, że żeby być aktorem, trzeba mieć migotliwość motyla, ale skórę słonia. Zostawił po sobie całą masę mądrych słów.

Miał pan okazję współpracować z jego synem, Janem Holoubkiem?

Zdarzyło się to kilka razy. Nie ma co ukrywać, miał w domu niezwykłe laboratorium. Było z czego i z kogo czerpać.

Mówi pan, że miał z czego chłonąć, ale to samo można powiedzieć o panu.

Ja głównie czerpałem z ulicy. Moi rodzice bardzo intensywnie pracowali. Mieszkałem w miejscu, które graniczyło z przedwojennym światem karawaniarzy, wozaków, węglarzy, dostarczycieli kalarepy, kapusty i innych warzyw do miasta Warszawa. Mieszkali w biedadomkach i to był świat niezwykłych typów. Tam pierwszy raz w życiu naśladowałem innych. Bawiłem się z dziećmi dorożkarzy i to był mój pierwszy teatr.

Wyłapałam gdzieś też, że doprowadza pan swojego szanownego ojca do szału, gdy mówi pan, że nie jest pan przyspawany do aktorstwa na zawsze, a dla niego to sposób na życie. To różnica pokoleniowa czy indywidualna?

Mój ojciec jedną nogą tkwi w XIX-wiecznym etosie. Kadra jego profesorów uważała, że jeżeli aktor wieczorem nie przychodzi do teatru, to widocznie nie żyje. Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Bywa, że odwołuje się spektakl z powodu jęczmienia na oku.

Pamiętam Ateneum pełne wielkich indywidualności. Kiedy przychodziłem do teatru ze szkoły, musiałem przepracować i zagrać odpowiednią liczbę ról, zanim starsi zaproponowali mi przejście na "ty". I pamiętam, że to bardzo mi smakowało. Miałem poczucie, że zmieniam miejsce, przenoszę się do innej grupy. Kiedy Jerzy Kamas powiedział "słuchaj, mów mi od dzisiaj Jurku", to naprawdę robiło wrażenie. Dzisiaj wszyscy się "tykamy". Sami sobie odbieramy przyjemność następnych szczebli wtajemniczenia.

"Wilka" można oglądać w serwisie CANAL+ online na canalplus.com.

Więcej o: