"Krakowskie potwory". Maciej Kubicki: To jest próba złapania historii na innych zasadach [WYWIAD]

Przy okazji premiery serialu "Krakowskie potwory" rozmawiamy z producentem Maciejem Kubickim m.in. o niezwykłych nocnych zdjęciach, pracy z Kasią Adamik i Olgą Chajdas oraz "krakowskim spleenie". - Jest tam jakaś magia w powietrzu. Żeby to osiągnąć, dużo czasu spędziliśmy na dokumentacjach i szukaniu obiektów. Dobry plan i obiekt do sfilmowania to bardzo ważna rzecz - podkreśla Kubicki.

Justyna Bryczkowska: Na początek chciałabym cię poprosić, żebyś nam, prostym ludziom, wyjaśnił, czym przy takim projekcie jak "Krakowskie potwory" zajmuje się producent - poza tym, że wszystkim.

Maciej Kubicki: Faktycznie, zajmuję się po trochu wszystkim, ale zwykle wspiera mnie w tym masa świetnych fachowców. Myślę jednak, że w tym przypadku najważniejsze było to, żebym doprowadził do tego, by autorska wizja Kasi Adamik i Olgi Chajdas wybrzmiała tak, jak reżyserki sobie tego życzą. Najistotniejsze dla mnie było więc nie samo logistyczne przeprowadzenie całej produkcji do szczęśliwego końca, ale realizowanie tej autorskiej koncepcji i upewnienie się, że serial będzie jak najbliższy temu wymarzonemu, wyobrażonemu przez autorki efektowi.   

Sam też specjalizujesz się w pisaniu scenariuszy i prowadzisz na ten temat zajęcia ze studentami. Ciekawi mnie więc, czym się dla człowieka, który pisze własne teksty, różni produkcja pomysłów innych twórców?

Traktuję osobiście wszystkie projekty, nad którymi pracuję, nie tylko te, w które jestem zaangażowany na poziomie historii. Ale rzeczywiście, istotne jest to, że w wypadku zewnętrznych koncepcji muszę szczególnie pamiętać o tym, żeby dać przestrzeń tym, którzy je wymyślają i tworzą. Wtedy jestem bardziej akuszerem niż kimś, kto próbuje wywrzeć swój wpływ na takie osoby jak np. Magda Lankosz - główna scenarzystka tego serialu. Ona razem z Kasią i Olą współtworzyła ten świat, a moim zdaniem szczególnie istotne jest to, żeby nie przeszkadzać twórcom, tylko żeby ich skutecznie wspierać. I mieć też otwartą głowę dla autorskiej wizji, z którą do mnie ktoś przychodzi.  

Czy biorąc pod uwagę twoje doświadczenie, nie kusiło cię, żeby zaproponować jakieś zmiany w scenariuszu? 

Nie kusiło mnie, żeby wtrącać swoje trzy grosze do scenariusza, bo np. coś innego mnie wciągnęło. Do tej pory nie robiłem serialu gatunkowego z elementami fantasy. Podszedłem do tego chętnie, bo też się mogłem przy okazji pewnych rzeczy nauczyć. Chociażby o efektach specjalnych, których skala i różnorodność są tu wyjątkowo bogate. 

Właśnie, byłam ciekawa, kto projektował wygląd tych potworów i kto najbardziej był zaangażowany w ich powstanie?

Zawsze ostatnie słowo miały Kasia i Olga, ale mogły także liczyć na wsparcie naszych scenografów - Annę Anosowicz i Łukasza Trzcińskiego, który stworzył na podstawie ich opisów koncepty potworów. Potem ogromną pracę wykonały już zespoły specjalistów z polskiej firmy Chimney by Edisen i czeskiego PFX. Sprawiali, że to, co było na początku tylko wyobrażeniem, a potem szkicem, mogło zacząć żyć na ekranie. 

Wizualna strona tego serialu zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza piękne zdjęcia, więc pomyślałam, że skorzystam z tej okazji i zapytam cię, jak do projektu udało się wam zwerbować wyśmienitego operatora?

To wyszło dość organicznie, bo Ziv Berkovich wcześniej pracował z Kasią Adamik przy serialu "Absentia". Pokazała mi jego zdjęcia i opowiedziała też, jakim jest człowiekiem. To ważne, bo kiedy robimy serial, który ma wiele dni zdjęciowych, to jak się z kimś pracuje, jest równie ważne jak to, jaki efekt jest w stanie nam zagwarantować. A Ziv nie tylko jest świetnym operatorem, ale i fajnym człowiekiem. Dla mnie nasza współpraca była pod pewnymi względami debiutem - wcześniej nie miałem okazji współpracować przy tak dużym projekcie z zagranicznym operatorem. 

Ziv był na planie jedynym obcokrajowcem w naszej ekipie. W związku z tym miał też dużo trudniejsze zadanie. Ale znowu potencjalne trudności wyszły nam na dobre, bo jego pion operatorski okazał się niezwykle skutecznym i zdolnym zespołem. Tym bardziej, kiedy weźmiemy pod uwagę, ile mieliśmy dni, jak były trudne i jak dobrze trzeba było być skoordynowanym, żeby osiągnąć upragnione efekty.

Skoro już o tym wspominasz, chętnie się więcej dowiem o tym, jak trudne były dla was dni zdjęciowe.

Bardzo wiele scen realizowanych był nocą albo po zmroku. W związku z tym wszyscy musieliśmy się przestawić na inny tryb funkcjonowania, gdzie pracuje się w nocy, a śpi się w dzień. Już to było dużym wyzwaniem. Do tego dochodziła pandemia. Poza tym byliśmy też długo na zdjęciach wyjazdowych, czyli w Krakowie i w Wieliczce. Łącząc wszystkie te składniki, otrzymaliśmy dość nietypową realizację. Zdjęcia zaczęły się jeszcze w październiku, a skończyły późnym marcem i mam poczucie, że to pół roku dla ekipy było wyjątkowym przeżyciem. Nie zawsze byłem z nimi na planie, ale zauważyłem u tej ekipy wyjątkową ofiarność. Bardzo starali się opowiedzieć wszystko tak, jak Kasia i Olga to sobie wyobraziły. Byli naprawdę wyjątkowi.

A jak się pracuje z Kasią Adamik i Olgą Chajdas? Wydają mi się bardzo wyrazistymi osobowościami artystycznymi.

Myślę, że to bardzo pomaga, kiedy autorki są wyraziste pod względem osobowości artystycznej i w kontaktach z innymi ludźmi. Praca na planie, przygotowywanie trudnych scen, często wymagają szybkiego podejmowania decyzji i bardzo transparentnego komunikowania pewnych intencji. Z mojej perspektywy Kasia i Olga są bardzo skuteczne. To ułatwia wspólne działania, jest wręcz kluczowe na planie. Dziewczyny są zdecydowane i dobrze komunikują swoje decyzje podczas zdjęć, co dla tych, którzy zależą od tych decyzji, albo muszą je sfinansować, jest bardzo ważne. Nie zapominajmy, że strata czasu to również strata pieniędzy.

Czasem to jest też utrata pewnego efektu artystycznego, który mogliśmy osiągnąć - warto patrzeć na to też z takiej perspektywy. Doświadczenie Kasi i Olgi było bezcenne, bo to nie są autorki, które dopiero zaczynają. Mają sporo własnych doświadczeń - dobrych i złych - w związku z tym jest im łatwiej w ten sposób dotrzeć się we wspólnej pracy. Kiedy one wiedzą, co się sprawdza i wiedzą, co się nie sprawdza w ich codziennej praktyce, to procentuje dla wszystkich. 

Masz spore doświadczenie przy bardzo docenianych produkcjach i pracowałeś też dla innych nadawców i serwisów. Obserwuję, jak Netflix coraz głębiej wchodzi w polski rynek produkcyjny i chciałabym od ciebie - insidera - usłyszeć, jak twoim zdaniem zaangażowanie takiej platformy wpływa na nasz przemysł filmowy?

To się dzieje na wielu poziomach. Duże znaczenie ma to, że tych projektów Netfliksa powstaje w tej chwili wiele, a to oznacza, że mamy szansę stworzyć tutaj nowe, oryginalne rzeczy autorstwa naszych twórców i przy pomocy lokalnych ekip. Ta obecność więc sprawia, że powstają projekty, które prędzej czy później będą istotnym doświadczeniem dla wszystkich, a które w innych warunkach nie miałyby szansy zaistnieć. To jest dla nas wszystkich nowy impuls, że możemy robić rzeczy, których pory nie robiliśmy. Możemy też to zrobić w trochę większej skali, na trochę innych zasadach i być może z użyciem narzędzi, na które nie mogliśmy sobie wcześniej pozwolić. To wyjątkowe i może tylko cieszyć tych, którzy biorą w tym udział.

To też jest kwestia pewnych standardów pracy na planie i poza nim, które moim zdaniem należy wprowadzać albo wzmacniać. Zwłaszcza te dotyczące relacji i tego, jak się do siebie odnosimy. Wydaje się, że to jest oczywiste i zawsze tak być powinno, ale rzeczywistość tak do końca nie wyglądała.

Mam poczucie, że w tych realizacjach Netfliksa, w których biorę udział, zwraca się właśnie szczególną uwagę na ten komfort i poczucie bezpieczeństwa podczas pracy. Myślę, że wszyscy zaangażowani to doceniają, bo nasze zajęcie potrafi być bardzo stresujące i emocjonalnie wyczerpujące. Pracujemy długo, intensywnie i zmęczenie odciska piętno na ludziach. Właśnie dlatego warto pilnować standardów zachowania i tego, jak ludzie się do siebie odnoszą. 

Duże znaczenie ma też partnerski sposób komunikacji. To ważne, że z naszymi codziennymi problemami, ale również nowymi pomysłami, nie jesteśmy zostawieni sami sobie. Możemy szybko się kontaktować i szybko wspólnie podejmować decyzje. To jest dla mnie istotne, a nie jest powszechnym standardem.  

Musimy sobie też powiedzieć, że macie w obsadzie bardzo młodych aktorów. Jak z twojej perspektywy wyglądał w tym przypadku proces castingu? 

Szalał COVID-19, więc nie mogliśmy się spotykać na żywo. Na pierwszym etapie kandydaci w większości nagrywali swoje sceny i nam po prostu przysyłali te nagrania. To sprawiło, że casting był bardziej skomplikowany niż zazwyczaj, ale dzięki temu mógł być też szeroko zakrojony. Jeżeli mamy młodych aktorów, to chcemy zobaczyć takich, których jeszcze nie widzieliśmy.

Osobiście urzekła mnie odtwórczyni głównej roli, Barbara Liberek. A chciałam przy okazji zapytać, czy w związku z wykonywanym zawodem, masz jeszcze szansę, żeby oglądać choćby "Krakowskie potwory" takim czystym okiem widza, czy bagaż służbowej nadwiedzy jest za duży? Z czego jesteś tutaj najbardziej zadowolony?  

Wydaje mi się, że tu trudno o dystans, ale minęło już trochę czasu, od kiedy zakończyliśmy pracę, więc teraz to oglądam już jako finalną wersję. Basia Liberek jest na ekranie bardzo ciekawa. Cieszę się, że mamy wiele młodych twarzy. Sądzę, że część z nich z pewnością zostanie z nami na dłużej. Obserwuję, co się z nimi dzieje od czasu realizacji "Krakowskich potworów" i widzę tu ekscytujący potencjał.

Najbardziej jednak wciąga mnie autorski styl wizualny tej opowieści i to, że pokazuje nam historię gatunkową inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni przy podobnych realizacjach. To jest próba złapania historii na innych zasadach; choćby tego jak tu wygląda Kraków, który pokazujemy inaczej, niż się spodziewamy po wielokrotnie filmowanym mieście. 

Faktycznie, miasto wydaje się tutaj osobnym bohaterem. 

Kasi i Oldze zależało, żeby jak najwięcej kręcić w krakowskich lokacjach, bo wychodziły ze słusznego moim zdaniem założenia, że to się przenosi na warstwę kreacyjną serialu i na to, co widz potem odczuwa, oglądając już gotową rzecz. I wyjątkowo udało się im uchwycić ten "krakowski spleen", ale tutaj jest podszyty czymś innym niż zwykłą nostalgią. Jest tam jakaś magia w powietrzu. Żeby to osiągnąć, dużo czasu spędziliśmy na dokumentacjach i szukaniu obiektów. Dobry plan i obiekt do sfilmowania to bardzo ważna rzecz: musi nie tylko odpowiednio wyglądać, musi być też dostępny w czasie zdjęć. Właśnie szukanie lokalizacji było dla mnie chyba najdłuższym procesem w produkcji, bo zaczęliśmy to robić bardzo szybko, już na etapie pisania scenariuszy. 

Jak już mówiłem, to się bardzo mocno przekłada na kreacyjną warstwę serialu, więc nie można było sobie pozwolić na wpadki. Dlatego tak wcześnie zaczęliśmy szukać, a i tak bywało, że w ostatniej chwili musieliśmy wymieniać obiekty. Ale z tą ekipą nawet i z tym można było sobie poradzić.

Więcej o: