Pierwsza prawdziwa polska telenowela o miłości przyciągała miliony widzów. "Wzbudzaliśmy wielkie emocje"

Serial "Adam i Ewa" na ekranach gościł krótko, bo tylko dwa lata, ale niewątpliwie zapisał się w pamięci widzów. Choć minęło już ponad 20 lat od premiery pierwszej prawdziwie polskiej telenoweli o miłości, wiele osób do dziś potrafi z marszu razem z Krzysztofem Cugowskim wyśpiewać piosenkę z czołówki.

Białe konie truchtające przed siebie na tle niebieskiego nieba, lekko rozmazany obraz, kilka dramatycznych nut zagranych na fortepianie i nagle pojawia się on - Waldemar Goszcz romantycznie wąchający czerwoną różę. Wyskakuje spod drzewa i z zaskoczenia wręcza kwiatka zdziwionej, acz ucieszonej Katarzynie Chrzanowskiej. Chwilę później śpiewać zaczyna Krzysztof Cugowski: "Ona i on, niebo i grom, losów ciągła zmienność, Ona i on, morze i ląd, jedność i odmienność". Po tych słowach dołącza do niego Halina Jawor i dodaje od siebie "Miłość sama przyjdzie nieproszona, Wtedy każde szybko bardzo szybko się przekona" - tak zaczynała się czołówka serialu "Adam i Ewa", którego pierwszy odcinek widzowie Polsatu obejrzeć mogli dokładnie 30 września 2000 roku. 

Zobacz wideo Krzysztof Cugowski o debiucie Jacka Kawalca w Budce Suflera

"Adam i Ewa". Sukces, który zaskoczył nawet twórców 

Nie ma co się dziwić, że piosenkę z czołówki ludzie tak dobrze pamiętają po upływie tylu lat. Muzykę do niej napisał ś.p. Romuald Lipko, autor największych przebojów Budki Suflera, a słowa stworzył Andrzej Mogielnicki, który światu dał takie teksty jak te do piosenek "Mniej niż zero", "Kryzysowa narzeczona", "Nic nie może wiecznie trwać" czy "Bal wszystkich świętych". Ale chwytliwa czołówka to nie wszystko, co tak przyciągało widzów.

 

"Ewa ma 36 lat i jest urzędniczką w banku, Adam zaś ma około 30 lat i jest gwiazdą reklamy" - czytamy w jednym ze streszczeń serialu, który w najlepszym momencie miał przyciągać przed telewizory nawet dziewięć milionów widzów. Bohaterowie dramatu poznają się przypadkiem, kiedy Adam (Waldemar Goszcz) niechcący ląduje balonem na dachu samochodu, który Ewa (Katarzyna Chrzanowska)  pożyczyła od siostry. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby oboje poczuli to "coś", choć oczywiście ta relacja niemal od samego początku wydaje się skazana na niepowodzenie. 

Ewa ma męża (Zbigniew Suszyński) i córkę Magdę (Agnieszka Ciejka) oraz mnóstwo problemów. Niemal równolegle sypie jej się życie zawodowe i miłosne. Musi zrezygnować z pracy, a do tego odkrywa, że mąż Bogdan (z zawodu prawnik, do tego z długami) ją zdradza. Na to nakładają się problemy zdrowotne ojca, który jest właścicielem kamienicy. To ważne, bo zięć usilnie dąży do tego, by przepisać prawa do własności na niego - potrzebuje nieruchomości, żeby spłacić długi. Bogdan knuje, a tymczasem młody Adam głęboko oczarowany spotkaniem z piękną nieznajomą, próbuje ją odszukać. Nie byłoby to większym problemem, gdyby nie to, że ma narzeczoną Monikę (Tamara Arciuch), która jest w dodatku bardzo o niego zazdrosna. 

Jak nietrudno się domyślić po tym wprowadzeniu w akcję, serial "Adam i Ewa" inspirowany był kolumbijskimi tasiemcami. W pierwotnym założeniu produkcja miała się skończyć na 40 odcinkach, niemniej widzowie tak bardzo się wciągnęli w meandry historii miłosnej, że ostatecznie powstało 187 odcinków. A każdy z nich był pełen zwrotów akcji i dramatów. 

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Wspomnijmy, że ojciec głównej bohaterki zostaje sparaliżowany, teściowa Ewy zapadła na chorobę psychiczną, do tego w przeszłości łączył ją romans z ojcem Adama, Magda, córka Ewy zostaje okradziona, a jej chłopak Jacek jest uzależniony od narkotyków, Ewa zostaje ranna, mamy grube oszustwa Milagors i dotyczące ich policyjne dochodzenie, Bogdan wynajmuje bandytów, żeby porwali Czarka Zdrojewskiego i wymusili zwrot testamentu Kazimierza, galeria przyjaciela Ewy zostaje podpalona, Monika próbuje popełnić samobójstwo, a do tego dowiaduje się, że po nieprawidłowo przeprowadzonej aborcji jest bezpłodna. Oczywiście, zanim Adam i Ewa szczęśliwie mogli się pobrać, nie brakowało i innych przeszkód, np. Adam w międzyczasie wziął ślub z toksycznie w nim wręcz zakochaną Moniką, z którą potem musiał się też rozwieść. Mówiąc krótko, działo się tam dużo.  

Kolumbijska telenowela po polsku 

Katarzyna Chrzanowska w wywiadzie z portalem Aleteia wspomina, że ekipa nie do końca miała świadomość tego, jak popularny jest serial. Jak wyjaśniła, za jego koncepcję odpowiedzialny był "Paweł Nowicki, który przyjechał wtedy z Kolumbii. Przywiózł popularną wówczas w Ameryce Płd. formę serialu jako telenoweli".

"Od pokoleń mamy zakodowaną miłość do bajek. Lubimy takie historie o Kopciuszku. Historia głównej bohaterki, Ewy, taka była. Wyrzucona z pracy, mąż ją zdradza, na dach samochodu spada balon z obcym mężczyzną. Do tego konflikt z macochą, opieka nad sparaliżowanym ojcem. W ludziach jest współczucie i ciekawość, jak bohater poradzi sobie w konkretnej sytuacji" - analizowała genezę sukcesu serialu aktorka. W innej rozmowie dodała - "Wzbudzaliśmy wielkie emocje".  

Jak to bywa w życiu, widzowie nagminnie mylili aktorów z postaciami, które grali. Jak opowiedziała Chrzanowska, szczególnie miał przechlapane jej ekranowy mąż. "Zbigniew Suszyński, który grał niewiernego męża, często przychodził na plan zdenerwowany. Ktoś nie chciał go obsłużyć w banku, pan w kiosku nie sprzedał gazety. Spotykały go przykrości. Był w produkcji czarnym charakterem. Ja miałam dobrze, mnie każdy lubił" - wspominała. 

Podobnie było w przypadku Waldemara Goszcza, on jednak nie miał z tym większego problemu. Krzysztof K.A.S.A. Kasowski w rozmowie z Pawłem Piotrowiczem z Onet.pl opisywał: - Znałem wtedy nastolatkę występującą w popularnym serialu. Strasznie nie lubiła, kiedy ktoś ją mylił z postacią, którą grała. Natomiast kiedy Waldek słyszał, jak ktoś mówi do niego 'Adam', myląc go z graną przez niego postacią z serialu 'Adam i Ewa', w ogóle się nie obruszał i nie protestował. Miał do siebie dystans. Zawsze po koncercie cierpliwe rozdawał autografy, nawet jeśli w kolejce ustawiało się kilkadziesiąt osób. Nikogo nigdy nie pominął - opowiadał. 

Aktorka i śpiewający model 

Nie ma co ukrywać, że w dużej mierze do sukcesu serialu przyczyniła się obsada. Katarzyna Chrzanowska co prawda jest zawodową aktorką, ale w 2000 roku była w Polsce trochę zapomniana, bo od lat już mieszkała i pracowała we Francji. Aktorstwa uczyła się w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej w Warszawie. Studia ukończyła w 1986 roku, ale w telewizji debiutowała jeszcze w 1985 roku. Wtedy zagrała w serialu "Żuraw i czapla", a rok później debiutowała na dużym ekranie w ekranizacji "Cudzoziemki" Marii Kuncewiczówny. U boku Ewy Wiśniewskiej wcielała się w Różę, główną bohaterkę - ona była jej młodszym wcieleniem. Pod koniec lat 80. otrzymała też stypendium Konserwatorium Teatralnego Conservatoire National Superieur d’Art Dramatique w Paryżu.

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina.  

Przeprowadziła się do Francji, gdzie w 1989 roku poznała swojego męża - Piotra Niemkiewicza, który zajmował się konserwacją zabytków. Chrzanowska przez lata wzięła udział w wielu francuskich produkcjach teatralnych, a także filmach i serialach. Do jej najbardziej udanych występów zalicza się role w "Rzece nadziei" ("La Riviere Espérance") i "Obietnicy" ("La Promesse"). Do Polski przyjeżdżała sporadycznie, by brać udział w kolejnych projektach takich jak "Skutki noszenia kapelusza w maju" czy "Jest jak jest". Jednak to rola w "Adamie i Ewie" przyniosła jej największą popularność.

Nieco inaczej miała się sprawa z grającym Adama Waldemarem Goszczem, który aktorskiego wykształcenia nie miał za grosz. Był za to bardzo pracowity, otwarty na nowe pomysły, a do tego przystojny, popularny i lubiany. 

W showbiznesie zaczynał pracować jako model, potem zajął się też muzyką, a na sam koniec aktorstwem. Jego kariera zaczęła nabierać tempa w 1993 roku, kiedy to jako 19-latek zdobył tytuł "Twarz Roku". To mu otwierało kolejne drzwi i coraz bardziej lukratywne oferty: chodził po wybiegach i współpracował z takimi domami mody jak Cerutti, Thierry Mugler, Nikos, a do tego wygrywał coraz więcej castingów do reklam. Widzowie dobrze go kojarzyli ze spotów maszynek do golenia Polsilver2, chusteczek higienicznych Velvet czy sezamków AHA. Nie bez powodu mówiło się, że ma w sobie coś z młodego Timothy'ego Daltona. To mu jednak nie wystarczało. Jak sam mówił w jednym wywiadzie:

Chciałem zrobić coś więcej. Nie neguję pracy modeli, bo wykonują stresujące zajęcie, mają dużą konkurencję, ale równocześnie sporo zarabiają. Zauważyłem, że zostałem stworzony do czegoś innego, próbowałem się cały czas ulepszać, ale to bardzo dobrze, że równocześnie zarabiałem jako model, bo dzięki temu zbudowałem dom i kupiłem samochód.
Zresztą nie można być modelem do siedemdziesiątki, a ponieważ chciałem się cały czas rozwijać, wspólnie z Markiem Sośnickim założyliśmy zespół Hi Street. 

Członek zespołu Hi Street Ferid Lakhda w wywiadzie dla Onetu opowiadał - Na zdjęciach może wyglądał jak poważny samiec alfa, ale wcale taki nie był. Bardzo łatwo nawiązywał kontakty, od razu przełamywał wszelkie lody. Przypuszczam, że gdybyśmy mieli oficjalne spotkanie z królową angielską Elżbietą II, od razu rzuciłby się jej na szyję, wyściskał i powiedział "Eluniu kochana, serduszko ty moje". Goszcz nagrał ostatecznie dwie płyty - jedną właśnie ze swoim boysbandem, drugą już pod własnym nazwiskiem. Zanim zginął tragicznie w 2003 roku w wypadku samochodowym, pracował już nad materiałem na następny krążek. 

Waldemar GoszczWaldemar Goszcz nagrał piosenkę dwa tygodnie przed śmiercią. Kilka dni temu opublikowano ją w sieci

Do serialu "Adam i Ewa" dostał się dzięki castingowi, który oczywiście wygrał. Brak aktorskiego przygotowania niektórzy uważali za problem, ale Katarzyna Chrzanowska stwierdziła, że niepotrzebnie go próbowano w tym zakresie przeszkolić. Bo jego największym atutem była właśnie autentyczność i szczerość. Jak opowiada w rozmowie z Onetem:

Był po prostu sobą. Niepotrzebnie jednak moim zdaniem niektórzy chcieli go aktorsko "coachować", robiąc mu tym samym zamęt w głowie. Przez pewien czas chodził na przykład z korkiem w ustach, ćwicząc dykcję. Mówiłam mu, że nie można grać i myśleć, jak się wymawia sylaby, bo to tylko przeszkadza.
Taka nauka powinna się odbyć z pół roku przed produkcją. Starałam się mu jednak pomagać, bo i w moim interesie było to, żeby on się dobrze czuł i żebyśmy mieli dobry kontakt. Najważniejsza była ta prawda między nami. Słowa są mniej ważne niż prawdziwe emocje.

To także ona miała powiedzieć ekranowemu partnerowi: "Albo się znienawidzimy, albo pokochamy. Wybór należy do nas". Ostatecznie zostali dobrymi przyjaciółmi. Po tragicznym wypadku Goszcza w rozmowie z "Dziennikiem Wschodnim" podkreślała: 

Żył szybko i intensywnie. Nie mogę się pozbierać, bo straciłam w nim wielkiego przyjaciela. Widziałam Gońka tydzień przed śmiercią. Przeklinał wtedy swój samochód. Żałował, że w ogóle go kupił. Wydał na niego mnóstwo pieniędzy, a w ostatnim czasie nie miał stałej pracy.
Musiał chałturzyć, żeby spłacać raty. Słyszałam, że jechał za szybko, ale wiem, że w takim aucie nie czuje się prędkości. Nie potrafię pogodzić się z jego śmiercią, tym bardziej że mieliśmy tyle wspólnych planów.

"W lutym wybieraliśmy się razem do Chicago ze spektaklem dla Polonii. Goniek za wszelką cenę chciał być aktorem. Bolało go, że traktowano go jak amatora. Po jego śmierci - jak na ironię - wszystkie media trąbią, że zginął aktor Waldemar Goszcz. To okrutne i niesprawiedliwe. Znałam go dość dobrze i wiem, że nie był żadnym gwiazdorem. Tak naprawdę był człowiekiem zagubionym, bezbronnym jak dziecko. Zginął jak jego idol James Dean" - wspominała. 

13 stycznia 2002 roku widzowie mogli obejrzeć finał "Adama i Ewy". 24 stycznia 2003 roku prowadzona przez Waldemara Goszcza lancia libra podczas manewru wyprzedzania zderzyła się czołowo z jadącym z naprzeciwka fordem escortem. Do wypadku doszło na drodze krajowej nr 7 Gdańsk-Warszawa niedaleko Ostródy. Z aktorem jechali Filip Siejka i Radosław Pazura, którzy zostali ciężko ranni. Goszcz był jedyną ofiarą śmiertleną - jego obrażenia były tak ciężkie, że zmarł po kilku godzinach w szpitalu. Miał wtedy niespełna 29 lat. 

Samej Katarzynie Chrzanowskiej nie udało się już powtórzyć sukcesu na miarę "Adama i Ewy". - Nigdy się aktorstwa nie porzuca i zawsze do aktorstwa tęsknię. Czekałam później, po moim serialu, na ciekawe propozycje, ale tych propozycji nie było. Nie miałam na tyle charakteru, żeby sobie sama wymyślić coś na siebie zawodowo, więc ja ciągle jakby jestem otwarta na propozycje - pod warunkiem, że to będą propozycje ciekawe - mówiła po latach podczas rozmowy w "Dzień dobry TVN". Także w życiu prywatnym dotknęło ją pasmo tragedii. Jeszcze w 2002 roku w tragicznym wypadku zginął jej mąż - wycofała się wtedy z polskiego przemysłu filmowego i wróciła do Francji. W 2015 roku przeprowadziła się do Hiszpanii. Ciężko też przeszła COVID - zdiagnozowno u niej covidowe zapalenie płuc. Aktorka spędziła dwa miesiące nieprzytomna. Teraz wraca do zdrowia.

Więcej o: