Nierówno sieka, robi bałagan w kuchni i mówi, że nie jest kucharzem. Makłowicz "niczego ani nikogo nie udaje"

Mówi się, że jest jak zupa pomidorowa, bo wszyscy go lubią. On sam za pomidorówką nie przepada, ale przyznaje, że lubi memy, na których się pojawia i czuje się głęboko zaszczycony, kiedy ktoś robi sobie z nim tatuaż. Sam o sobie mówi, że jest "historykiem bez dyplomu" i dziennikarzem, ale "nie kucharzem". Co więcej, opowiada, że od występowania przed kamerą woli wręcz pisać, ale na pisanie książek jest za leniwy. O tym, za co Polacy kochają Roberta Makłowicza, można by napisać całą książkę i ciągle tematu nie wyczerpać.

Niezależnie od tego ilu restauratorów i uczestników kucharskich talent show zbeszta wspaniała w tym Magda Gessler i od tego, ilu nowych szefów kuchni próbują  lansować stacje telewizyjne  - nieodmiennie w sercach widzów z kolejnych pokoleń króluje galicyjski obieżyświat Robert Makłowicz.

Zobacz wideo Znane gwiazdy z ukraińskimi korzeniami

Makłowicz - monarchista i kosmpolita, którego kochają Polacy 

Słowo "króluje" jest tu nieprzypadkowe, bo sam dziennikarz podkreśla, że jedyne ideologie, które w życiu wyznaje to "kosmopolityzm i monarchia". Jeśli monarchia to w wydaniu parlamentarnym, bo jego zdaniem potrzebny byłby nie taki wymarzony przez narodowców wódz, a raczej ktoś, kto "może zapobiec katastrofie, jeśli powszechne głosowanie okaże się fatalne w skutkach". A kosmopolityzm u Makłowicza przekłada się także na kulinaria, co wyraźnie swego czasu zaznaczył w wywiadzie z "Playboyem":

Kuchnia nie znosi uprzedzeń rasowych i narodowych. Prawdziwy smakosz nie może być endekiem i narodowcem, musi być świadomym kosmopolitą.  

"Kuchnia nie jest zabawą dla nacjonalistów. Zawsze była systemem naczyń połączonych i powinniśmy raczej odróżniać ją od siebie regionami niż granicami państw. Trzeba odrzucić nacjonalizm i egoizm narodowy, ponieważ takie myślenie wyklucza jasność spojrzenia" - opowiadał kilka lat później w jednym z wywiadów. Patrząc na jego biografię, łatwo zrozumieć skąd takie, a nie inne deklaracje i zainteresowania.

Więcej ciekawych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl

Robert Makłowicz urodził się 12 sierpnia 1963 roku w Krakowie. Można pomyśleć, że chęć do zwiedzania świata bierze się po części z tego, że jego ojciec Włodzimierz był marynarzem. Ale to tylko część mozaiki, bo jego rodzina ma korzenie polskie, ukraińskie, ormiańskie, węgierskie i austriackie. W 2008 roku Makłowicz opowiadał w rozmowie z magazynem "Sukces", że "babcia ze strony ojca była stuprocentową Ukrainką", a prababcia z kolei Ormianką.

"Rodzina dziadka podpisywała się albo Makłowicz, albo Mokłowicz, w zależności od tego, kto się do czego poczuwał. Na dodatek byli rzymskimi katolikami obrządku ormiańskiego, bo prababcia była Ormianką, która przybyła do przedwojennej Polski i szybko się tu zasymilowała. Za to babcia po mieczu była Węgierką i do końca życia nie mówiła po polsku. Jej mąż, a mój drugi dziadek, nazywał się Preis i pochodził z Austrii. Ich małżeństwo było klasyczną mieszanką austro-węgierską" - wtajemniczył w uproszczoną genologię swojego rodu Makłowicz. 

 

"Makłowicze byli kiedyś rodziną wielokulturową, ale smutny i kretyński wiek XX wymusił bardzo precyzyjne podziały narodowościowe, przeciwko którym się buntuję, bo czuję się obywatelem całej Europy Środkowej, historycznie rzecz ujmując – Austro-Węgier" - opowiedział z kolei "Playboyowi" w 2004 roku.

Makłowicz w 1982 roku zaczął na Uniwersytecie Jagiellońskim studiować prawo, potem przerzucił się na historię. Już wtedy zdarzało mu się używać sztuki kulinarnej do tego, by zjednywać sobie przychylność ludzi. "Mnie zdarzało się popisywać przed kobietami gotowaniem. W czasach studenckich na imprezach namiętnie gotowałem pory pod beszamelem. Proste do zrobienia, a jakie dobre. No i pory mają bardzo seksualny wygląd. Kuchnia to przecież także gra skojarzeń" - opowiadał "Playboyowi" w 2004 roku. 

 

Studia przyszły dziennikarz skończył w 1989 roku, a na przełomie roku wyjechał do Wielkiej Brytanii. Jak sam opowiadał, mieszkał u ciotki i za mieszkanie płacić nie musiał. Przyznał też, że był wtedy trochę maminsynkiem i nie bardzo wiedział, co ze sobą w życiu robić, ale to tam wziął pierwszą pracę - został robotnikiem w Kingston upon Thames. Do Anglii pojechał za dziewczyną, w której się zakochał, ale tutaj sprawa okazała się przegrana: wybranka ostatecznie wyszła za mąż za rodowitego Anglika. Czas spędzony w Anglii nie był stracony - na miejscu Makłowicz zapoznawał się z urokami różnych kuchni świata. To doświadczenie miało doprowadzić go do konstatacji, że po powrocie do kraju chce zostać krytykiem kulinarnym. Jak postanowił, tak zrobił. Wspominał tamte doświadczenia z typowym dla siebie urokiem:

Wszystkie pieniądze, które zarabiałem na Zachodzie, przejadałem i przepijałem. Po prostu korzystałem z życia. Najwięcej przywiozłem z Londynu, ale to już za czasów Mazowieckiego. Udało mi się uzbierać dwa tysiące funtów. Pracowałem tam przez rok na budowie. Najpierw zamiatałem, a potem awansowałem i jeździłem wózkiem widłowym.
 

W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" tłumaczył z kolei swój ówczesny tok myślenia: "Panie Boże, jeśli komuna nigdy nie upadnie (...) Mam nie spróbować, jak smakują ostrygi z szampanem? Mam nie wiedzieć, jak smakuje kuchnia etniczna, chociaż jestem w Londynie, czyli europejskim Nowym Jorku, gdzie są knajpy z całego świata? A co, jeśli wrócę do kraju i już nigdy nie będzie mi dane tego wszystkiego spróbować?". 

Jak Robert Makłowicz trafił do telewizji? 

Od 1993 roku zaczął pisać felietony i kulinarne recenzje dla krakowskiej "Gazety Wyborczej". Pracował także jako konferansjer i tłumacz znanego kucharza Kurta Schellera. W 1998 roku został zaproszony do udziału w prowadzonym przez Ewę Wachowicz (Miss Polonia 1992, sekretarz prasowa Waldemara Pawlaka w latach 1993-95, dziennikarka, prezenterka i producentka telewizyjna) talk-show "Poradnik imieninowy". Makłowicz był tam w swoim żywiole. W 15 minut udało mu się tak oczarować prowadzącą, że od razu poszła do zarządzającej telewizyjną dwójką Niny Terentiew z propozycją, by wyprodukować program, którego byłby gospodarzem. Ją także udało się panu Robertowi oczarować i tak zaczęły się "Podróże kulinarne Roberta Makłowicza".

Ewa WachowiczEwa Wachowicz Fot. Sergiusz Pęczek / Agencja Wyborcza.pl

Jego kolega ze studiów w rozmowie z "Newsweekiem" w 2022 roku wspominał: "To był zawsze taki dobry duch towarzystwa. Ciepły, serdeczny, dowcipny. Miał dystans do siebie, ze wszystkimi fajny kontakt. Wszyscy go lubili i on też chyba lubił wszystkich". I dodawał ze śmiechem: 

Tylko się dziwiliśmy, że bierze się za robienie programu kulinarnego, chociaż w ogóle nie umie gotować.

Zarzuty o to, że nie umie gotować, Makłowicz słyszy od lat. I wcale nie próbuje się kreować na specjalistę. W wywiadzie dla "Playboya" podkreślał, że jest dziennikarzem i wcale nie udaje, że kucharzem jest, choć ludzie tak o nim myślą:

A ja to skromny amator i wcale nie pretenduję do roli zawodowca. Przesłanie moich programów jest proste: jeżeli ja, człowiek nieobdarzony talentem manualnym, potrafię coś zrobić, to znaczy, że może to zrobić każdy. Ale nie zawsze wszystko wychodzi, więc ku przestrodze gotujących nie wycinam zabawnych gaf. Po prostu zaznaczam, że to jest złe.

Dodaje, że zdarzają mu się też niezdarności językowe, bo w zasadzie improwizuje przed kamerą. Bo zanim zacznie się nagranie, wiadomo tylko, co i gdzie będzie gotował. Na tej szczerej autentyczności zależy mu przede wszystkim:

To ma wyglądać naturalnie, bo niczego ani nikogo nie udaję. Stąd zarzuty niektórych, że na końcu jest bałagan, że nierówno siekam, że brzydko wsadzam palce w zupę albo w sos. W Polsce istnieje pewien standard estetyki telewizyjnej, który być może wziął się z 'Teleecha' Ireny Dziedzic – wszystko musi być perfekcyjne. Ale ja nie jestem nienagannym prezenterem. Gdybym podobał się wszystkim, byłbym kaczorem Donaldem. 

Zaznaczył, że nie robi tak na dobrą sprawę programów o gotowaniu, a o zwiedzaniu świata i poznawaniu go za pomocą kuchni właśnie. "Podróże kulinarne Roberta Makłowicza" na antenie TVP trwały dekadę, potem zaczęła się era "Makłowicza w podróży". W międzyczasie pisał także felietony dla tygodnika "Wprost" i "Newsweeka". Pracował także przy dwóch pierwszych edycjach "Bake Off - Ale ciacho!". Niemniej w 2017 roku, kiedy telewizję publiczną przejęły już osoby silnie związane z rządzącą partią PiS, doszło do głośnego incydentu. Na planie programu o wypiekach nagrano setkę, w której Makłowicz zachwalał rzeczony program kulinarny, ale jego wypowiedź została wycięta i zmanipulowana w spocie promującą całą TVP. 

 

Makłowicz sprawę skomentował w mediach społecznościowych, tłumacząc kulisy zajścia. W efekcie ówczesne władze TVP rozwiązały z nim po 19 latach umowę. Doskonale wie, dlaczego jest dla TVP i obecnej władzy niebezpieczny. Jak mówił w wywiadzie z Grzegorzem Wysockim:

Bo pokazuje otwartość na świat i świata tegoż różnorodność, jest ciekaw innych kultur.

Dziennikarz potem współpracował przez krótki czas ze stacją Food Network, która emitowała program "Makłowicz w drodze". W 2020 roku ruszył z autorskim kanałem na YouTubie (ma już pół miliona subskrypcji), od 2020 do 2021 roku prowadził również audycję radiową na antenie newonce.radio.

Jak żyć jak Robert Makłowicz? 

Choć od jakiegoś czasu Makłowicz nie kręci nowych programów dla telewizji, to na pewno nie wypadł z obiegu. Ciągle lecą powtórki jego programów, a on sam publikuje nowe nagrania na YouTubie, czasem wrzuci też zdjęcia na swój profil na Instagramie. Nieodmiennie powstają z nim nowe memy, na satyrycznym profilu MLH już kilka razy padła propozycja, żeby Makłowicz wystartował w wyborach prezydenckich. Powstała też całkiem popularna piosenka "Żyć jak Makłowicz". 

 

Sam Makłowicz się śmiał w rozmowie z Grzegorzem Wysockim, że "to też jest fenomen zagadkowy, że teraz takiego starego dziada jak ja tak chętnie oglądają ludzie zupełnie młodzi". Ale jak tu nie kochać Roberta Makłowicza? 

Kto inny byłby w stanie tak wdzięcznie porównać Grażynę Szapołowską z bigosem i dojrzewającą szynką? Na prośbę "Playboya" przeanalizował jej fenomen następująco:

Panią Grażynę porównałbym do bigosu. Chodzi mi oczywiście o przenośnię. Bigos im starszy, tym lepszy, im dłużej gotuje się w kotle, tym piękniejszy. Może być też porównanie z długo dojrzewającą szynką, bo trudno powiedzieć, kiedy etap dojrzewania pani Grażyny osiągnie apogeum. A wszystko idzie w dobrym kierunku.  

Jest też rozbrajająco szczery. Zapytany o swoje wady potrafi przyznać: "Uwielbiam różowe koszule, odczuwam niezrozumiały afekt do fasolki po bretońsku, podoba mi się fiat multipla i wiem, kto to są siostry Godlewskie". Nie boi się też mówić rzeczy, które innym przyszłyby z trudem: "Kuchnia bez alkoholu nie ma sensu. Jak gotujemy w miejscach winiarskich, pijemy wino. Bez tego nie da się zrozumieć Francji czy Hiszpanii. Niemiec nie da się ogarnąć bez piwa, a Rosji bez wódki".

Ze sportami mu niezbyt po drodze: "Takie bieganie jest kompletnie pozbawione celu. Byłem też raz w siłowni i coś nudniejszego nigdy mnie nie spotkało", "Na rowerze człowiek się poci, a nie jeździ, a człowiek spocony wygląda źle", "Obcy jest mi terroryzm dietetyczny. Jesteśmy opanowani przez miazmaty, że człowiek do śmierci ma być młody, chudy i zgrabny. Dawniej starość była synonimem mądrości i powagi, a teraz jest démodé".

A do tego wszystkiego nie wstydzi się pokazywać, jak korzysta z życia. Rok dzieli między rodzinny Kraków i miesiące spędzone nad Adriatykiem. Za co pokochał Dalmację? "Tam jedzie się z Krakowa tak samo długo, jak do Koszalina. Niemal do końca wygodną autostradą. Te 1300 km to tylko jeden dzień dość męczącej podróży. Ale to miejsce idealne na moją starość: ciepło, oliwki, mule, ostrygi, wino. Poza tym stosunki między ludźmi są tam tak cudownie archaiczne" - opisał  w rozmowie z "Gazetą Krakowską". I trudno mu odmówić racji. Bo w sumie to chyba prawie każdy z nas chciałby żyć tak jak on. 

Więcej o: