Lata 80. były kolorowe, kiczowate, głośne. Ale do dziś rządzą popkulturą

Lat osiemdziesiątych nie da się z niczym pomylić. Cała ich stylistyka, estetyka, moda, muzyka i kino są tak charakterystyczne i wyraziste, że na trwałe odcisnęły swoje piętno na światowej kulturze. Nic dziwnego, że coraz więcej kultowych produkcji tamtych lat wraca na ekrany - tylko w najbliższym czasie będzie można zobaczyć w telewizji FOX nową wersję przebojowego serialu "Magnum. Detektyw z Hawajów".

Wcale nie jest trudno znaleźć dowody tego, jak wpływowa była to dekada. By nie szukać daleko, wystarczy wspomnieć, że w latach 80. powstały filmy tak kultowe i tak lubiane przez widzów, że ich kolejne części powstają do dziś.

Lata 80. to skarbnica filmowych pomysłów, z których czerpiemy do dzisiaj


Idealnym przykładem może tu być chociażby „Szklana pułapka” z Brucem Willisem, która do dziś doczekała się już sześciu części. Nawet tak artystyczny i refleksyjny „Blade Runner” czyli „Łowca Androidów” doczekał się niedawno swojej drugiej, niemniej ambitnej, kontynuacji. Tutaj też niewątpliwie pomogła gigantyczna sława i sympatia odtwórcy głównej roli, Harissona Forda. A nie możemy przecież zapomnieć o innej serii, której był niekwestionowaną gwiazdą.

Bo jak nie wspomnieć o serii kultowych filmów Stevena Spielberga o najodważniejszym archeologu świata? „Indiana Jones” to ten film, który wszyscy kojarzą z chwytliwego motywu muzycznego i jakże czupurnego głównego bohatera. Aż trudno uwierzyć, jak niewiele brakowało, by miał wąsy i zupełnie inną twarz!

 

Tajemnicą poliszynela jest, że główną rolę w filmie „Indiana Jones: Poszukiwacze zaginionej Arki” miał zagrać Tom Selleck. W tym czasie grał w także już bardzo znanym serialu „Magnum” i rolę przygodowego archeologa musiał odrzucić.

Ale spokojnie, nie wyszedł jednak na tym wcale źle – wręcz przeciwnie, dał życie innej równie dobrze pamiętanej postaci lat 80. Jego bohatera, prywatnego detektywa prowadzącego liczne śledztwa na Hawajach, pokochały miliony widzów na całym świecie. I to tak bardzo, że serial miał aż osiem sezonów.

 

Nic w sumie tym dziwnego, Thomas Magnum miał wszystko, co w tamtych czasach było atrybutem prawdziwego mężczyzny. Był przystojny, miał własny styl – charakterystyczny zarost, hawajskie koszule i super szybkie, bardzo luksusowe samochody. Do tego wokół niego zawsze kręciły się piękne kobiety, a on sam błyszczał inteligentnym poczuciem humoru i odwagą często będącą na granicy lekkomyślności.

Trudno się dziwić, że już niedługo w telewizji wystartuje nowa wersja tego przebojowego serialu osadzona w nieco bardziej współczesnych realiach. Tym razem Magnum nie będzie miał już takich wąsów, ale za to ciągle będzie jeździł szybkimi i drogimi autami.

Różnica jest taka, że teraz będzie byłym komandosem Navy SEAL. Po powrocie z Afganistanu szuka na siebie nowego pomysłu i zostaje konsultantem książek przygodowych oraz prywatnym detektywem na Hawajach. To o tyle sprytne, że ciągle wykorzystuje swoje zawodowe umiejętności.

"Magnum: Detektyw z Hawajów"

Serial "Magnum: Detektyw z Hawajów" będzie można śledzić już od 31 stycznia tylko na kanale FOX o 21:05.

Film czy serial bez muzyki? Nie ma mowy

Te przykłady ewidentnie pokazują też, jak ważną rolę w tym wszystkim odgrywała muzyka. Już sama piosenka „Ghostbusters” Raya Parkera Juniora wystarczyłaby tu za dowód, ale nietrudno o następne. Film dla młodzieży „Neverending story” rozsławiła piosenka Limahla o tym samym tytule.

 

Słynny „Wirujący seks” czyli „Dirty dancing” tworzyła nie tylko wciągająca historia miłosna ze wspaniałym Patrickiem Swayze w roli głównej. To także ścieżka dźwiękowa, w tym hit zaśpiewany przez samego aktora „She’s like the wind” czy “(I’ve Had) The Time of My Life”.

Co więcej? „Eye of the tiger” z filmu „Rocky” z Sylvestrem Stallone (który niedawno ostatecznie pożegnał się z postacią boksera, po nakręceniu siódmego filmu z serii), „Footloose” z filmu o tym samym tytule czy „Purple rain” Prince’a.  Także w przypadku przygód Thomasa Magnuma odcinki zaczynały się od odpowiednio dramatycznego muzycznego wprowadzenia (i lecącego helikoptera – to wszystko razem robiło odpowiednie wrażenie). Tylko kwestią czasu było, aż powstanie nowa wersja tego telewizyjnego hitu.

 

Muzyka z lat 80. jest tak charakterystyczna i wiąże się z nią tak duży ładunek emocjonalny, że za jej pomocą twórcy filmowi doskonale budują również nastrój w nowych filmach osadzonych w tamtej dekadzie. Tutaj wystarczy wspomnieć o „Atomic Blonde” z Charlize Theron w roli głównej.

Dzięki dobrze dobranej ścieżce dźwiękowej, udało się idealnie odtworzyć klimat epoki i odpowiednio podkręcić akcję szpiegowskiego filmu pełnego bijatyk. Podobnie zresztą robi Netflix przy produkcji popularnego serialu „Stranger things”, który jest w całości laurką wystawioną temu okresowi.

O tym, że warto sięgać do starych hitów wiedzą także polscy filmowcy. Monika Brodka zaśpiewała przecież elektryzujący cover piosenki Izabeli Trojanowskiej „Wszystko czego dziś chcę” na potrzeby serialu kryminalnego „Rojst” – którego akcja także jest osadzona w latach 80. Do tego okresu wrócił zgrabnie Juliusz Machulski w produkcji „Ile waży koń trojański”.

Nie ukrywajmy, lata 80. to też synonim kiczu widocznego choćby w okropnych fryzurach gwiazd tamtych czasów - mówimy tu o trwałej, asymetrycznym cięciu, pejsach czy zwisającym u dołu czaszki ogonku z włosów. Dodajmy do tego męski zarost wątpliwej jakości w warstwie wizualnej, neonowe i wyżerające oczy kolory ubrań czy przerażające poduszki na ramiona. Mimo to, lata 80. przeżywają swój renesans. Dlaczego?

Lata 80. nigdy nie przeminą

Ta nostalgia. I przy okazji to dość powtarzalny mechanizm w kulturze. Wystarczy się tu przyjrzeć kultowym filmom z epoki, która teraz przeżywa swój renesans - "Dirrty dancig" czy "Powrotowi do przeszłości". Akcja została osadzona we wcześniejszych dekadach, wyidealizowanych latach 50. i 60. Przykładem z naszego boiska jest tu też choćby czarowny obraz "Wszystko, co kocham" promowany hasłem "Kiedy miłość miała smak oranżady".

Najłatwiej to zjawisko wytłumaczyć w ten sposób, że minęło na tyle dużo czasu, iż ludzie, którzy byli dzieciakami wychowanymi w latach 80. lub niedługo po nich, od kilku lat są już wpływowymi twórcami filmowymi. W swoich pracach chętnie pokazują swój emocjonalny stosunek do tych utraconych już czasów i wspomnień oraz wszystkiego, co się z nimi łączy. Także widzowie chętnie wracają do mitycznego już dla nich okresu z ich życia.   

Lata 80. wracają zatem z pełną mocną. Wystarczy rozejrzeć się po ulicy, zajrzeć do programu telewizyjnego, posłuchać nowej muzyki, pooglądać najmodniejsze seriale albo sprawdzić na afiszu, który film z tamtej dekady doczekał się nowej wersji.  W Polsce mieliśmy nie tak dawno nową wersję kultowej komedii „Och Karol” z udziałem Piotra Adamczyka, a na ekrany kin dopiero co trafiła trzecia część niemniej uwielbianej przez Polaków komedii „Kogel Mogel”. I to są tylko lokalne przejawy trendu światowego. A ten w większej skali widać choćby także po tym, że nowe wersje starych hitów od kilku lat śmigają w telewizji. Pierwszy był choćby kultowy „MacGyver”, a teraz świeże wcielenie Thomasa Magnuma będzie rozwiązywać hawajskie zagadki kryminalne już od 31 stycznia tylko na kanale FOX o godzinie 21:05. W tą podłą zimową pogodę, jego przygody na pewno rozgrzeją wielu zmarzluchów.